![]() |
![]() |
|
|
|
|
|
|
Nr 68,
Luty
2005 |
|
| str. 20 |
- Prowokacja naczelnego, czyli
podszczypywanie chwaly. Krzysztof
Kostkiewicz
|
|
Pogadajmy
o życiu Krzysztof
Kostkiewicz Prowokacja
Naczelnego, czyli Podszczypywanie chwały
Razu
pewnego, na
zebraniu redakcji, które oby częściej się zdarzały, rozmawialiśmy o
wszystkim
co trzeba, aby gazeta mogła trwać i się rozwijać, ku pożytkowi i
pokrzepieniu
czytelników, oraz aby osiągnąć dziesięciolecie, co pozwoli nam wydać
następny
bal rocznicowy i przydzielić sobie kolejne bibułkowe medale, które
będziemy
sobie cenić znacznie wyżej niż medale oficjalne podpisane przez
wierchuszkę
byłego PRL-u. Ktoś zapytał dlaczego ciągle
pojawiają się błędy, mimo
starannej korekty przeprowadzanej przez samego Szefa, naszego
sztandarowego i
jedynego z wykształcenia polonisty. Kto inny czepił się zdjęć. Że ich
czasami
nie ma, nawet jeśli autorowi się zdawało, że były integralną częścią
tekstu,
albo, że pojawiają się zdeformowane w procesie wydawniczym. Albo, że
nie ma
listów do Redakcji, a nawet jeśli się pojawią, to nie drukujemy. Gdzieś
nam
giną wśród tych chochlików komputerowwych, internetów i innych cudów
techniki.
Tak nam umknął list od Prezydenta Warszawy, który otrzymałem ja, ale z
wielce
miłymi słowami o naszej gazecie i z życzeniami noworocznymi dla całej
redakcji.
I tak byśmy sobie rozkosznie
narzekali, jak się należy na
każdym konstruktywnym zebraniu, gdyby nie silna ręka naszej Sekretarz
Redakcji,
która umiejętnie dyskusję skanalizowała proponując abyśmy spuścili
zasłonę na
przeszłość, a zajęli się propozycjami na przyszłość. Oraz abyśmy
przestali
paplać o braku czasu, bo go nie ma nikt w nadmiarze i nikt nikomu czasu
nie
dołoży. Narzekania skończyły się jak
ręką odjął. Redaktorzy zajęli
się herbatką i innymi coca-colami, oraz chrupkami i ciasteczkami - i
chwilowo
nastała cisza, bowiem nie jest tak łatwo zmienić nastrój. Naczelny,
ratując
sytuację, zalecił aby przegląd prasy był robiony rotacyjnie. Pomysł
udany i
działa do dziś. Rotujemy. Następnie ktoś wspomniał, że warto byłoby
drukować
recenzje książek. I to wtedy właśnie nastąpiła prowokacja. Naczelny
wstał i
powiedział - no to przeczytajcie jakąś książkę i napiszcie recenzję. Redakcja powróciła do
herbatki, coca-coli i innych napojów,
nie wyłączając wyskokowych, pewnie z desperacji. Oficjalna część
zebrania
dobiegła końca, a redaktorzy zaczęli przewracać w ciszy własnych Ja sprawę lektur. Nie
mam czasu na
pisanie, to skąd mam wytrzasnąć czas na czytanie? Jakie to książki
ostatnio
czytałem? Czy nadają się do zrecenzowania? A recenzje do opublikowania?
Czarna Księga
Komunizmu, dzieło zbiorowe. Książka
wydana we Francji w 1997 roku.
Praca zbiorowa jedenastu autorów. Podtytuł – Zbrodnie,
terror, prześladowania właściwie stanowi super lakoniczne
streszczenie. Opatrzoną komentarzami
listę zbrodni systemu, który wziął się diabli tylko wiedzą skąd i trwał
niewytłumaczalnie długo. A może gatunek ludzki ma ciągoty do
masochizmu?
Andrzej Paczkowski napisał część polską. Dusza uczestnika, czy
podmiotu,
wydarzeń buntuje się przeciwko łagodności opisu. Ale jeśli porównać
naszą listę
z chińską, czy kambodżańską? Któż to jeszcze zechce czytać
o komuniźmie? Był. Nie ma.
Recenzji, więc nie będzie. Lalka, Bolesław
Prus. Fragmenty o życiu biedującej studenterii wydobywają z pamięci
pewien dom
w Szwecji, którego właściciel, polski Żyd, raz na tydzień próbował
wydobyć
należne komorne od raczkujących emigrantów. Rozliczne korytarze,
pięterka,
rusztowania i zakamarki ułatwiały uniknięcia wizyty gospodarza. Głęboki
oddech
ulgi nie miał żadnego racjonalnego uzasadnienia, bowiem egzekutor
nieuchronnie
zjawiał się znów za tydzień, lub zaskakująco następnego dnia. Całą tę
grę
wyjaśniał fakt, że rudera była w stałym remoncie, co demonstrowały
permanentne
rusztowania, czynsz był pobierany wyłącznie gotóweczką, czyli interes
był
zupełnie wolny od podatku. A lokatorzy, wszyscy na czarno, też byli
szczęśliwi,
że nikt im nie sprowadzał na łeb policji. Kiełbie we
łbie, Stanisław Zieliński.
Książeczka ta zajmowała czołowe miejsce
na mojej własnej liście przebojów przez wiele lat. Wracałem do niej dla
relaksu. Ku pokrzepieniu ducha. Dla uśmiechu, czy chwili zadumy. Autor
pisał
także o doświadczeniach wojskowych: „Na komendę tępawego kaprala,
trzydziestu
chłopa, połowa po wyższych studiach, wali się w błoto. Klną wyszukaną
polszczyzną, by po latach wracać do tych wspomnień z rozrzewnieniem, z
rozczuleniem nawet.” Podszczypywanie
chwały, Zbigniew Szczepanek.
Wydawnictwo Tower Press. S. 267 Coś to podszczypywanie ma
wspólnego z kiełbiami. Mam
nieodparte wrażenie, że pan Zbigniew zagości na mojej liście przebojów.
Marynarskie opowieści dają się czytać w każdych okolicznościach. W
pociągu, w
pracy, do poduszki. Wszędzie. Przyciągają uwagę, budzą wspomnienia,
powodują
uśmiech. Mimo różnicy pokoleń, Szczepanek i Zieliński to koledzy z
wojska.
Podśmiewają się z armii dobrotliwie, nie rujnując warstwy patriotyczno
–
historycznej. Nawet różnica broni nie przeszkadza. Jeden marynarz, a
drugi
kawalerzysta. Ale czyż marynarz to nie taki morski kawalerzysta? Lance w dłoń, szable w dłoń… Zanim oddam głos autorowi,
kilka słów o nim samym. Urodzony
w Gdyni. Spędził dwadzieścia lat w Wyższych Uczelniech Morskich,
najpierw jako
student, potem doktorant i wykładowca. Uznany artysta malarz, jego
akwarele
zamków polskich przedstawiliśmy w poprzednim numerz Teraz. Gawędziarz.
Właściciel dzikiego psa Werniksa, który po zakończeniu pracowitego,
psiego
żywota dochrapał się pomnika na kazimierskim rynku. Od kilku lat
lotniarz. Pod
skrzydłem swej paralotni szybuje najchętniej nad ukochanym morzem. A
jest gość
siedemdziesięciolatkiem. Podszczypywanie
chwały
autor, jak przystało na malarza, zilustrował osobiście. I
znakomicie. Rysunki i szkice wprowadzają w nastrój książki, pomagają
zobaczyć
opisywane wydarzenia. Dla zaprezentowania książki Zbigniewa Szczepanka
wybieram
opowieść brydżową, bowiem brydż jest także moją namiętnością. „W rejsie do Gibraltaru i
Casablanki uczestniczył doktor M.
Już na początku podróży okazało się, że gra źle w brudża. Ale grać
lubił…
Czasami, sądząc, że doktor śpi, zainteresowani paroma partyjkami
zbierali się w
mesie, a wtedy drań Frąchal, który sam w brydża nie grał, gnał co sił w
nogach
i wołał: -
Doktorze, w mesie szukają
czwartego do brydża! -
Już lecę! – odkrzykiwał
radośnie opiekun naszego
zdrowia i w chwilę potem był w mesie zacierając ręce. Wtedy to nieszczęśni spiskowcy
wymieniali
spojrzenia i tłumacząc się obowiązkami, w popłochu opuszczali niedoszłą
jaskinię hazardu. Zdarzało się jednak, że doktor
miał
szczęście i wchodził na czwartego. Zachwycał wtedy sztuką licytacji.
Zapamiętałem jedną z nich. Doktor licytował jako trzeci.
Po
pierwszym bez atu był pas i czekano co powie doktor. Ten zaś studiował karty. Mijały minuty – doktor milczał. Milczeli i pozostali, bo M.
był starszym
człowiekiem, szanowanym chirurgiem i głupio było go ponaglać. W końcu jednak takt przegrał z
niecierpliwością i ktoś zapytał ostrożnie: -
A co pan doktor powie? Zapytany skierował wzrok w
stronę
pytającego i zdziwił się: -
A co, to teraz moja kolejka? Po czym dodał półgłosem: -
Antek, Antek, ty tu zaraz
rozpętasz wojnę… Ale zamiast obiecanej agresji
nastąpiła
kolejna, długa cisza, a wreszcie mocne: -
Pas! Jego partner, który miał kartę
jak diabli
i liczył na szlemika, zerwał się i wyszedł. Do mesy już nie wrócił. W sprawach brydża nie było to
jednak
ostatnie słowo naszego doktora. W kilka dni później skontrował swego
partnera
wchodząc z marszu do złotej księgi naszych wspomnień.” Autora brydżowe doświadczenia
własne,
którymi dzieli się z czytelnikiem na dalszych kartach książki, jawią mi
się
nieco podobne do moich własnych. Kiedyś,
podczas studiów, próbowałem nieśmiało
partnerować Wackowi Suchockiemu, medykowi, który miał pamięć
fenomenalną i znał
wszystkie możliwe konwencje. Było to dla mnie misterium niezgłębialne.
Po
jakimś moim wyjściu ni w pięć, ni w dziewięć,Wacuś poczerwieniał i
nadzwyczaj
spokojnie zapytał: -
Krzysiu, czy lubisz grać w
brydża? -
Oczywiście - odpowiedziałem z
entuzjazmem. -
To się naucz - brzmiała
brutalna riposta. Zapadło to we mnie głęboko. Kilka lat później, dzięki
brydżowi, cały
studencki obóz wojskowy w Lisewie Kaszubskim przeleciałem w
tenisówkach, ku
zazdrości kolegów leczących rany po wojskowych butach. Stawałem na
zbiórkach w
drugim szeregu, aby się nie pchać w oczy oficerom, którzy udawali, że
nie widzą
tego przestępstwa. Ich tolerancja była stymulowana wieczorami
brydżowymi, w
czasie których uczyłem ich podstaw gry, którą lubili, a nawet myśleli,
że
znają. Gorąco polecam lektury
autorstwa
Zbigniewa Szczepanka. Albumy akwareli zamków polskich z komentarzem
własnym
pana Zbigniewa, z których pierwszy już się ukazał, a dwa dalsze są w
przygotowaniu to prawdziwe dzieło sztuki. Warto mieć te zamki w
bibliotece i
oglądać, i podczytywać. Podszczypywanie
chwały
jest świetne na smutki, na słoty, na chandrę. Daje
odprężenie, chwilę zadumy, a często szczery śmiech. |