Philadelphia  -  Atlantic City  -  Trenton -  Wilmington










nr68 Nr 68, Luty 2005

str. 16
- Wybory na Ukrainie. Adam Bodziak

Wybory na Ukrainie

Cztery dni obserwatora

Adam Bodziak

 

Osiem autokarów, czterysta pasażerów, wolnych miejsc brak. Wyjeżdżamy jako obserwatorzy, 23 grudnia spod lubelskiego zamku, na trzecią turę prezydenckich wyborów na Ukrainie. A następnego dnia wigilia...

Termin wyjazdu – godzina 21. Ale ruszyliśmy o 23. Wszystko przez spontaniczną organizację wyprawy. Wszyscy pomału zaczęli się przyzwyczajać, że plany to tylko myślenie życzeniowe Mnóstwo ludzi zaczyna pod nosem lub głośniej psioczyć na organizatorów, którymi byli Prawo i Sprawiedliwość oraz Komitet Obywatelski Polska - Ukraina. Tak jakby jechali na wycieczkę z Orbisem i najważniejsza była wygoda, a nie pomoc w jednym z najważniejszych momentów w historii Ukrainy.

To przełomowy czas nie tylko dla tego kraju. Ważą się losy układu geopolitycznego, dla co najmniej wschodniej Europy. Zostało dwóch kandydatów. W uproszczeniu – Wiktor Juszczenko uważany za proeuropejskiego zwolennika reform i demokratycznego kursu oraz Wiktor Janukowycz, który dąży do zbliżenia z Rosją i jest niechętny swobodom obywatelskim w rozumieniu zachodnim. To właśnie jego ekipa odpowiada za fałszerstwa w drugiej turze wyborów. Społeczny zryw Ukraińców doprowadził do unieważnienia tychże wyników, stąd trzecia tura i zadanie dla nas – obserwatorów.

W moim autokarze nr 3 większość obserwatorów to studenci, choć jest kilka osób po 40. Co znaczące nie mniej niż połowa ni w ząb nie mówi po rosyjsku lub ukraińsku. Oczywiście cyrylica jest dla nich niewiele więcej zrozumiała niż hieroglify. Tym sposobem nawet ja zostałem podręcznym tłumaczem. Może trzeba da się to zaznaczyć w CV (curriculum vitae). Trója z rosyjskiego w liceum procentuje po latach.

- Tylko, czy aby wrócimy? Jeszcze jakiś pucz będzie, kolejny generał zechce wziąć naród w garść i za mordę uszczęśliwić. - Ktoś rzuca dla podkręcenia atmosfery. Reaguje Ukrainiec uczący się w Polsce – Żadna rewolta, żadne użycie siły. Nic takiego nie będzie – krótko ucina takie bajania z niezłomną miną jak z socrealistycznego pomnika.

Jestem sam, a w autokarze prawie każdy jest z kimś znajomym, w grupce lub ekipie. Przysiadam się do Karola, studenta geografii z Krakowa. Świetny teoretyk. Zna historię ostatnich lat regionu, bywał tu kilkakrotnie, nawet odwiedził zwykle zamkniętą strefę przy elektrowni w Czernobylu. Opowiada o tamtejszych lasach gdzie drzewa maja czerwone igły. Jeszcze dodatkowo dla pełni wiedzy studiuje w autokarze książkę o Ukrainie. Pomarańczowe wstążki, apaszki, szaliki, czapki – co druga osoba w aucie podkreśla, że kibicuje Juszczence. Maciek, jeden z koordynatorów wyprawy, sympatyczny, energiczny, choć czasem lekko zagubiony, prosi o nie afiszowanie się z tym poza granicą – Pamiętajcie, jesteśmy międzynarodowymi obserwatorami, którzy muszą być bezstronni. Nam chodzi nie o zwycięstwo kandydata, tylko o wybory bez fałszerstw.

Do dnia wyborów mało kto z pomarańczowych przejął się tym apelem.

Jeszcze Krysia, jedna z organizatorek z parafii greko – katolickiej, Ukrainka perfekcyjnie mówiąca po polsku prosi o głośne zmówienie modlitwy. I wot pajechali.

 

Wyższość i naiwność

Granica. Koniec Unii Europejskiej. Stoimy godzinę po polskiej i trzy po ukraińskiej stronie. Plotki o tamtych celnikach tylko czyhających na okazje do cofnięcia nas pod byle pozorem, np. z powodu pomarańczowego plakatu, się nie potwierdzają.

Jedziemy pomóc Ukraińcom jako przyjaciele. Jednak zaraz po ich stronie niektórzy, świadomie lub nie, zachowują się niczym osadnicy jadący na Dziki Zachód niosący do ciemnego kraju „brzemię białego człowieka”. Dowcipkują z sarkazmem o higienie, warunkach sanitarnych panujących na Wschodzie. Jedna panienka boi się czy w ogóle znajdzie odpowiednio czyste łazienki, nie mówiąc o ubikacjach. Student szeroko gestykuluje – Bo oni tak naprawdę nie chcą wolności. Są za Juszczenką, bo stworzył ciekawe widowisko z kampanii. Dopiero my, musimy ich nauczyć demokracji - wyższość ale i naiwność daje się także wyczuć w słowach jego kumpla – Ci co są za Janukowyczem, gdzieś mają takie pojęcia jak wolność, swoboda wypowiedzi. To ludzie – robotnicy. Dla nich liczy się tylko to, żeby mieć zapewnione zatrudnienie – mówi i wyciera chustką okulary.

Pierwsza ofiarą wyjazdu okazał się koło 45 letni pan Marek. Właściwie to stał ofiarą samego siebie. Uaktywnił się z letargu na przejściu po ukraińskiej stronie. Jego początkowy bełkot z minuty na minutę przeszedł w życiowe deklaracje. Ich potwierdzenia szukał u sąsiadów siedzących obok. W końcu wypalił: – Każda kobieta urodziła się kurwą i kurwą zemrze – Tego jedna z obserwatorek już nie zdzierżyła. Poszła po koordynatora Maćka. Marek wyleciał z autokaru. Pozostawił po sobie pustą flaszkę 0,75. Ukraińscy celnicy mieli go zawlec i odstawić w ręce polskiej policji. Nikt inny w autokarze nie pił.

Połowa drogi do Kijowa. Jest już dzień. Stanęliśmy na parkingu przy stacji benzynowej. Utworzyły się kolejki do ubikacji, w tym do jednej drewnianej, samotnie stojącej na polu. Wracamy do swoich autokarów. A tam... śpi pan Marek. Trzeba tu przyznać – nie wepchał się na cudze miejsce, trafił na swoje. Okazało się, że ksiądz z innego autokaru zlitował się i wyrzuconego pana Marka przyjął do swojego pojazdu. Jednak w czasie postoju pijany wyszedł i wrócił w alkoholowym zwidzie do poprzedniego autobusu nr 3. Tym razem koordynator Maciek podjął ostrą decyzję. Pan Marek w Wigilię został sam obok trzech tirów na ukraińskiej stacji paliwowej położonej między ośnieżonymi polami. Stał tak z rozdziawioną buzią. Kilka dziewczyn nieśmiało się za nim wstawiło. Ale pojechaliśmy dalej.

U nas budiet Europa

Po szesnastu godzinach jazdy jesteśmy w Kijowie. Jeszcze dwie godziny stania na podwórzu przed hotelem, kolejne sporządzanie listy i lokujemy się w pokojach. W środku, wbrew „wieszczeniom” wielu malkontentów, standard całkiem przyzwoity. Bez porównania lepszy od polskich akademików. Okazuje się, że będę mieszkał z Wieśkiem.

Wprawdzie mój współlokator ma 58 lat, ale już na początku zaznacza – Jaki pan? Wiesiek jestem – Były górnik, obecnie na rencie. Dużo działa w fundacji zapobiegania przemocy, więc doświadczenia organizacyjnego mu nie brak. Jak sam przyznaje lubi zadymy w słusznej sprawie. Często swym tubalnym głosem Piotra Skargi pomaga koordynatorom zebrać ludzi, zgłasza propozycje, co i jak grupy mają robić w najbliższym czasie. Wiesiek to naturalny, szczery, dobry chłop. Jego problemem jest... twarz. Mianowicie ma szeroką facjatę, przypominającą boksera albo gangstera recydywistę. Przy tym jest krępy i łysy. Z tego powodu już nie raz był zatrzymywany. Opowiada jak brygada antyterrorystyczna wyciągnęła go w kajdankach z domu, jak na granicy zwykle jest brany na kontrolę osobistą. Nie inaczej było na tym wyjeździe. Polska celniczka z Dorohuska skojarzyła go z jakimś zakapiorem z listu gończego.

Wiesiek tłumaczy swą decyzję o wyjeździe – Wyjechałem, po jakiemu by ci tu powiedzieć, żeby pokazać, że Polacy wyciągają dłoń do Ukraińców. Moją rodzinę dawno, dawno spotkało sporo złego od nich. Teraz trzeba zapomnieć, pogodzić się. Wyciągam do Ukraińców grabę jako przyjaciel – mówi, a jego twarz wygląda jeszcze straszniej, bo pozacinał się przy wieczornym goleniu.

W wigilijny wieczór najpierw jedziemy na słynny kijowski Majdan Niepodległości. Co by nie pisać, to frazesy, że trzeba być w jakimś miejscu, że nie da się tego opowiedzieć pasują dobrze do relacji stamtąd. Nawet telewizyjne reportaże może ledwo w połowie oddają atmosferę najciekawszego miejsca świata w końcu 2004 roku. Pomarańczowe morze ludzi na pewno po ponad miesiącu czekania w napięciu już chciałoby mieć swojego prezydenta. Ale w tych ludziach jest tyle radości i nadziei, że kolejne pół roku też by przetrzymali. Tym łatwiej o to dzięki klimatowi ciągłej fiesty. Nikt tam nie czuje się jak osaczeni powstańcy na barykadzie. Na okrągło ktoś przemawia, grają kapele rockowe, śpiewają piękne Ukrainki z zespołów folklorystycznych. Co chwila tłum skanduje rozbite na trzy sylaby nazwisko pomarańczowego kandydata. Serca ludzi to jedno, ale też public relations nieustającej imprezy na Majdanie jest absolutnie mistrzowskie. My niestety mamy tylko pół godziny. Jedziemy na uroczystą wigilię.

W Centralnej Radzie Nauczycielskiej 500 obserwatorów wysłuchało kilku oficjałek, podstawowych porad, występów ludowych i dowiedziało się o wysokości diety na głowę. Kilka osób na wieść o tym, że dostaną 30 hrywien na dzień (równowartość 20 kilku złotych) westchnęło z pretensją. Okazuje się, że informacje z polskich poważnych gazet o tym, że każdy będzie miał kierowcę, kartę sim do telefonu i swobodnie będzie się poruszał po różnych komisjach wyborczych to bujda. Na koniec to, na co wszyscy czekali – poczęstunek. Wygłodniali obserwatorzy w kilkanaście minut opustoszyli stoły.

Przed północą powrót do hotelu. Zagaduję etażową, kobietę, która dba o porządek na piętrze – Ludzie pełni nadziei w tym waszym Kijowie – ta radośnie odpowiada -  Niczewo, niczewo u nas toże budiet Europa.

 

Który sojuz lepszy?

Rano szkolenie, zwracają nam uwagę, kiedy trzeba być czujnym, w jakich wypadkach oszukiwali w ostatniej turze. Sąd Najwyższy Ukrainy tuż przed wyborami ponownie umożliwił chodzenie z urnami po domach gdzie mieszkają niepełnosprawni – to potencjalne pole do manipulacji. Otrzymaliśmy smycze na identyfikatory obserwatorów, ale ktoś nierozsądnie wydrukował na nich „Ukraina” na pomarańczowo. Musimy być bezstronni, czyli smycze będą tylko na pamiątkę, nie na dzień głosowania. Po szkoleniu, kołowrotek z listami osób mających jechać w dane miejsce. Przed hotelem z ciekawości kupuję, jeszcze od starszej kramarki z pełną klawiaturą złotych zębów, słoik arbuzów w occie. Po południu wsiadamy do autokaru, który ma jechać do Połtawy. W końcu okazuje się, że pojedzie wraz ze mną do Kremienczuga, 300 kilometrów na południowy wschód od Kijowa.

Tamże w bardzo fajnym hotelu mieszkam tym razem z Mariuszem, absolwentem politologii z Białej Podlaskiej. Obolały i zmęczony idę momentalnie spać. Mariusz jeszcze w łóżku sumiennie zakuwa zwroty ze słowniczka dla obserwatorów.

W niedziele rano pół raźny, pół spięty wysiadam przed wyznaczoną mi komisją w miejscowym centrum kultury. Mam tam zostać cały dzień. Wchodzę, przedstawiam się przewodniczącej Larysie. Jest to kobieta koło 50. z efektownym blond kokiem, kojarząca się z Ałłą Pugaczową, gwiazdą radzieckiej piosenki z epoki Breżniewa. Uprzejma, uśmiecha się, ale wzrok u niej surowy, badawczy. Spisuje moje dane przesympatyczna, ładna sekretarz komisji Irina, lat dwadzieścia kilka, ostry makijaż i jeden złoty ząb (tyle dobrze, że z boku, a nie z przodu).

Kolejne godziny upływają na łażeniu po sali, rozmowach z ukraińskimi obserwatorami i kilkoma z członków komisji. Pytają między innymi o to, czy w Polsce było lepiej przy „radzieckim Sojuzie”, czy jest lepiej teraz przy „europejskim Sojuzie”. Interesują ich średnie zarobki, kurs dolara w Polsce. Niektórzy pokazują zdjęcia rodzinne. Otwarci, serdeczni ludzie, większość z duszą na dłoni. Do zakończenia głosowania o kandydatach nie można nam rozmawiać. Przedstawiają mi się, kto jest wyznaczony przez komisję danego sztabu. Zaznaczają, że to nie ma znaczenia, bo wielu jest z „łapanki”, dla zarobku, bo musiała być określona liczba w komisji od każdego z kandydatów, nie koniecznie oddaje to ich preferencje przy głosowaniu. Ale od razu po odcieniu wspomnień, wymarzonych planach dla siebie i kraju można poznać, kto jest, za kim.

Zamieszanie powstaje, gdy przychodzi dwoje „ruchomych” obserwatorów z Narodowego Instytutu Demokratycznego z Białorusi. Zwracają oni uwagę na podejrzanie dużą w porównaniu z innymi okręgami, liczbę oddanych głosów przez niepełnosprawnych w domach. Ludzie z komisji tłumaczą Białorusinom i mnie, że po prostu taki jest ten rejon – mieszka tu mnóstwo osób starszych. Rzeczywiście wcześniej dziwiłem się przy Irinie, że mało młodych przyszło do urn. Jednak losuję kilka z 34 oświadczeń osób głosujących poza lokalem wyborczym. Z trójką z komisji idę sprawdzić, czy naprawdę oddali głosy. W domach gdzie trafiliśmy jest niezbyt bogato, ciasno, ale schludnie. Prawie w każdym na ścianie wisi jakiś dywan. A z głosami wszystko się zgadza, nikt za nich potajemnie nie skreślał kandydatów.

Wracając idę do spożywczaka obok komisji. Dwie szczebioczące sklepowe klarują mi, że najlepiej im było za Sojuza – Dziś właściciel nam zabronił komentowania wyborów, ale co tam. Przy Rosji wszystko było. Po cholerę nam ta demokracja? Chyba żeby codziennie nie wiedzieć, co będzie jutro  młodsza psioczy, ale nie przestaje szeroko się uśmiechać.

Wracam. Jeszcze naszą komisję odwiedza dwoje obserwatorów - Niemka z Chorwatem. O ósmej drzwi się zatrzasnęły, koniec wyborów.

 

Dieta Juszczenki

Liczenie głosów. Dochodzi do spięcia, starsza kobieta z komisji nie chce się zgodzić na zaliczenie jednego głosu dla Janukowycza. W kratce zamiast krzyżyka był napis TAK. Po kilkuminutowym sporze jednak głos jest przez większość uznany za ważny. Okazuje się, że słusznie. Potwierdzam to dzwoniąc do gorącej linii dla obserwatorów. W mojej komisji 51 głosami wygrywa Juszczenko.

Protokoły wypełnione, głosy zawiezione do terenowej komisji. Czyli czas na bibę. Zrzucamy się po dziesięć hrywien. Wkrótce zsunięte stoły zastawione są wędlinami, rybami z puszki, suszonymi kalmarami i alkoholem rzecz jasna. Na wschodzie ponoć mówią, że jak nie pijesz to donosisz. Ja odmawiam kieliszka, ale nikt dłużej nie nalega, ani się nie obraża.

Teraz już każdy może swobodnie wygłaszać swe polityczne kredo. Tu w przeciwieństwie do Kijowa można usłyszeć argumenty drugiej strony. Jurij, trzydziestokilkuletni inżynier z miejscowej fabryki asfaltu, choć sam popiera Juszczenkę to tłumaczy zwolenników Janukowycza, wciąż premiera w czasie wyborów – Tu nie zachód Ukrainy. U nas głosują fifty – fifty. Gdy Juszczenko był na czele rządu kilka lat temu, wypłaty opóźniały się o kilka miesięcy, niższy był wzrost gospodarczy, większe bezrobocie­ - mówi. Choć dodaje, że tak naprawdę, u nich w centrum kraju, nie ma skrajnych emocji. Tak naprawdę ludziom w zasadzie jest dość obojętne, kto wygra, oby już się skończyła niepewność. Szefowa komisji Larysa, już nie ukrywa poparcia dla Janukowycza – To dobry gospodarz, tak jak i Putin. O ten to taaaaaka głowa. Mołodiec. A w celowe otrucie Juszczenki nie wierzę. Musiał po prostu nie uważać na dietę.

Jeszcze w sierpniu Juszczenko miał twarz przystojnego aktora. We wrześniu nagle poczuł się fatalnie, najbliżsi odwieźli go do szpitala na Ukrainie. Stan okazał się na tyle poważny, że poleciał do Wiednia do specjalnej kliniki. Cudem wyszedł z tego z życiem. Ale twarz zmieniła mu się w jakąś obrzmiałą maskę jak z tandetnego horroru.

Nikt z komisji, z imprezy po liczeniu głosów, nie zrezygnował. Co ciekawe w kąt poszły polityczne spory. Przy biesiadzie nie było najmniejszego zgrzytu między zwolennikami dwóch kandydatów. Atmosfera była jak na prywatce dla bliskich znajomych. Szefowa wstaje i krótko przemawia. Zadowolona jest, że poszło gładko i nie ma cienia podejrzeń o oszustwo. Proszą mnie o kilka słów. Podnoszę się i najpierw po polsku, a później to samo kalekim rosyjskim mówię, że bardzo mi się podoba przyjacielska atmosfera, iż ludzie z odmiennych opcji siedzą teraz razem przy stole, bez cienia pretensji do siebie. Po tych słowach starsza pani, która była za Juszczenką i tak walczyła o nieuznanie głosu dla Janukowycza, podbiega do szefowej i siarczyście obcałowuje jej policzki.

Wesoło, coraz weselej. Kobiety chcą tańczyć, także ze mną. To sygnał, że trzeba się ewakuować. Wracam do hotelu. Odprowadzają mnie Jurij i Rusłan. Wymieniają najładniejsze miejsca na Ukrainie. Zachęcają do wizyty.

 

Pomarańczowy karnawał

W poniedziałek wracamy do Kijowa. Po drodze wymieniamy się historiami ze swoich komisji. Jedynie u Konrada, absolwenta politologii, wygrał Janukowycz. Jeden z komisji tłumaczył mu, dlaczego. Niby nie było żadnych fałszerstw. Ale w tym rejonie mieszkają ludzie w większości pracujący w jednym zakładzie. Przed wyborami podobno było tam zebranie i jakiś kierownik jasno powiedział, że jeśli tu wygra Juszczenko to ludzie liczcie się z częstymi przerwami w dostawie prądu, gazu na osiedlu...

Wieczorem jeszcze raz idziemy na Majdan Niepodległości. Już wszystko jasne, wygrał Juszczenko. Tym razem mamy trochę więcej czasu. Kilka osób kupuje w kramach pomarańczowe gadżety, czapki, szaliki po horrendalnych cenach.

Zwiedzamy słynne miasteczko z kilkuset namiotów. Ukraińcy już rozluźnieni, są tacy którzy za kołnierz nie wylali. Zimno przecież jest. Ale bez przegięć, wszystko pod kontrolą.

Rozmawiamy z grupką koczującą pod budynkiem prezydenckim. Grzeją się przy wielkim, płonącym w środku kotle. Kilku było lub teraz pracuje w Polsce. Obiecują, że jakby co to oni i naszych polityków poobserwują. Zapraszają, zostawiają swoje adresy.

Z żalem musimy opuścić Kijów, bo zapowiada się wielodniowy karnawał na pomarańczowo. Nic to, że w mroźnym, kontynentalnym klimacie. Na pewno będzie goręcej niż w Rio.

W autokarze do Polski rozmawiamy o kolejnych wyborach na Białorusi. Będzie, co obserwować. Będzie, komu obserwować.

Adam Bodziak