|
Mój dom
rodzinny
Mój dom rodzinny
przychodzi z
burzą
kiedy powietrze
gorące i
rozgrzane.
W strachu palę
zioła
święcone na Matki
Boskiej Zielnej,
aby ich dym
odgonił
błyskawice i
gromy
od naszego domu.
Zapalam gromnicę
i
modlę się...
gorączkowo
powtarzam słowa
do Boga o pomoc.
Bóg pewnie nie
może ich zrozumieć
bo mówię szybko,
chaotycznie,
w strachu przed
gromem niebios.
Po burzy jest mi
wstyd przed Bogiem,
tej modlitwy ze
strachu.
Ale o tym
wstydzie wie tylko
On i ja.
Mój dom rodzinny
przychodzi z
opłatkiem
w wigilijny
wieczór
dzielę go rękoma
mojej matki
mówię jej słowami
życzenia
i jak ona mam łzy
w oczach.
Mój dom rodzinny
przychodzi z
wiosną
kiedy pierwsze
zielone pędy
wychylają się z
ziemi
myślę wtedy z
niechęcią,
znowu trzeba
będzie
sadzić, pielić i
podlewać i dbać
i zbierać
i po co to..., po
co to,
myślę
przecież można
kupić wszystko,
można kupić
wszystko,
i sadzę
podarowaną przez kogoś
cebulkę.
Codziennie idę
patrzeć jak
rośnie, jak
zamienia się w kwiat,
który więdnie bo
jego czas minął.
Mój dom rodzinny
pojawia się w
czasie
niedzielnej mszy.
Klęczymy z mamą.
Mama w skupieniu,
modli się.
Patrzę na nią i
myślę
czy można nauczyć
się
tak modlić!
Mój dom rodzinny
pojawia się kiedy
widzę wysokie,
smukłe drzewa.
Przypominają mi
topole,
które rosły nad rzeczką.
Rzeczki już nie
ma.
Został po niej
dół.
Patrzyłam na
topole nad rzeczką
przez całe
dzieciństwo.
Były wysokie i
smukłe i
budziły szacunek.
Niektóre powalał
grom!
Kładły się przez
rzekę,
pokazując górę
korzeni.
Ludzie potem
pozbawiali je
gałęzi i bywało,
że
zmartwychwstawały
samym pniem.
Tak stały te
topolowe pnie
między topolami
i schły z
rozpaczy.
Topoli też już
nie ma.
Były stare i
umarły.
Mój dom rodzinny
widzę kiedy
włączam ogrzewanie.
Palę w piecu
kaflowym,
w którym nie ma
cugu.
Nie chce się palić
drewno na
podpałkę i dymi piec.
Kaszlę i dmucham.
Ręce i twarz mam
całe czarne od sadzy.
Otwarte drzwi
pokoju, korytarza
i werandy.
Wreszcie cug,
płomień i ciepło.
Przytulam się do
ciepłego pieca i
patrzę w okna jak
w telewizor
na których mróz
rysuje białe obrazy.
Mój dom rodzinny
pojawia się
podczas każdego prania.
Widzę pochylone
nad balią
plecy mamy.
Tą balią wybrałam
się kiedyś,
rzeczką w daleką
podróż
w nieznane.
Miałam bardzo
dobrze
przygotowany plan
ale osiadłam na
mieliźnie
pod mostkiem
niedaleko domu.
Wracałam z ciężką
balią
i wiarą, że
kiedyś mi się uda.
Ludzie pytają,
czy tęsknię
za moim domem
rodzinnym.
Mówię, że tak,
ale nie tęsknię
bo mój dom
rodzinny
pojawia się
ciągle i wszędzie
kiedy patrzę
przed siebie,
kiedy ręką
dotykam przyszłości
kiedy odpoczywam
w teraźniejszości.
Alicja
Makowska-Jacyna
Philadelphia,
31 grudzień, 2001
|