![]() |
![]() |
|
|
|
|
|
|
Nr 67,
Styczen
2005 |
|
| str. 18 |
- Nie Kresy, a ziemie dawnej Rzeczpospolitej. Rozmowa z Teresa Siedlar-Kolyszko. Janusz M. Paluch |
|
Nie
Kresy, a ziemie
dawnej Rzeczpospolitej Z
Teresą
Siedlar-Kołyszko rozmawia Janusz M. Paluch. Wędruje Pani już od
wielu lat po
Kresach, poznając ludzi zwykłych i ciekawych. Efektem tych peregrynacji
są
niezwykle interesujące reportaże i książki. Ale przecież nie tylko dla
pozyskania materiału pisarskiego Pani tam jeździ. Proszę powiedzieć,
jaki
właściwie cel przyświeca tym podróżom? Zacznijmy
od tego, że
ja nigdy nie jeżdżę na Kresy, a na dawne ziemie Rzeczypospolitej,
wielkiej
królewskiej Rzeczypospolitej. Bo kresy, proszę pana, to ziemie dalekie,
ukrainne... Po co tam jeżdżę? Bardzo dawno temu zdałam sobie sprawę z
tego, że
dla mnie, Polki, polonistki, nazwy Nowogródek, Krzemieniec, Grodno są
tylko
martwymi rzeczownikami. Oczywiście Wilno, czy Lwów znałam tylko z
ilustracji.
Uzmysłowiłam sobie, że ja nigdy nie widziałam Ojczyzny największych
Polaków!
Mickiewicza, Słowackiego, Orzeszkowej... Zastanawiało mnie jak to jest,
że my –
bo przecież nie byłam w tym odosobniona – nie znamy tych ziem, które
dały nam
większość znamienitych Polaków! W końcu pojechałam do Wilna. To był rok
chyba
1986. Pierwszy spacer po Wilnie to był szok! Wysiadłam z jakiegoś
trolejbusu,
idę ulicą i nagle olśnienie... Matko Święta – przecież ja to wszystko
znam!
Towarzyszyła mi miejscowa dziewczyna, która po polsku mówiła, ale nie
miała
zielonego pojęcia o polskiej historii czy literaturze. Patrzyła na mnie
ze
zdziwieniem i uznaniem szeroko otwartymi oczyma, bo ja wszystko
wiedziałam i
jej opowiadałam, a ona poznawała jakby od nowa swoje rodzinne miasto.
To było
miasto, które w sobie nosiłam, znałam i kochałam! Stamtąd pojechałam do
Grodna.
Tam wspaniały człowiek i odważny Polak, fizyk, trochę poeta, nieżyjący
już
Franek Witowicz, prosił mnie: pani jeździ
po świecie, niech pani o nas mówi, że my tutaj jesteśmy, bo nikt o nas
nie wie!
I rzeczywiście tak było, bo my wszyscy myśleliśmy, że Wilnianie i
Lwowianie
wyjechali i nie ma tam, wówczas jeszcze w ZSRR, problemu Polaków. I
takim
cichutkim głosem, chociaż był potężnym mężczyzną, powiedział mi taki
wiersz,
który na całe lata utkwił mi w pamięci: Od Niemna brzegów nieśmy miłą wieść, Że Orzeł Polski nadal tutaj mieszka, I Naród Polski nadal tutaj jest, By pielęgnować sady swego wieszcza. To było wzruszające! Niebawem
wyjechałam do USA, a tam
w Instytucie Piłsudskiego odbyło się spotkanie ze mną, które
zgromadziło
nieprzeliczone tłumy Polaków. Opowiadałam im o tej swojej pierwsze
wędrówce.
Wszyscy słuchali z zapartym tchem, a po spotkaniu, nieżyjący już prof.
Jędrzejewicz powiedział mi: pani Tereso,
pani musi o tym pisać! Umówił mnie na spotkanie z Wierzbiańskim,
nieżyjącym
już redaktorem naczelnym „Nowego Dziennika”, który w swym gabinecie
zgromadził
całą redakcję i tam na stojąco słuchali, a ja przez bez mała trzy
godziny
opowiadałam o Litwie i Białorusi. Potem w rozmowach stwierdzali, że
opowiadam
im nieprawdopodobne rzeczy, o jakich nie wiedzieli i nie słyszeli. I
wtedy
uzmysłowiłam sobie, że przecież na tamtych ziemiach Polska była
kilkaset lat, i
dopiero od kilkudziesięciu lat nas tam nie ma i nagle nikt nic i
niczego nie
wie! Proszę popatrzeć, jak od tamtego czasu się zmieniło, jak wiele
osób jeździ
teraz w tamte rejony... Nie będzie
przesadzone
stwierdzenie, że znacznie i Pani się do tego przyczyniła... Reportaże
na łamach
nowojorskiego „Nowego Dziennika”, kolejne książki, już trzy – obecne
wszędzie
tam, gdzie Polacy! – godzinami trwające pani gawędy na spotkaniach
autorskich... To musiało zrobić swoje! Proszę opowiedzieć, jakie było
pierwsze
pani spotkanie ze Lwowem? To były lata siedemdziesiąte i było
to trochę
przypadkowe spotkanie... Jechałam z koleżanką w służbową podróż do
Kijowa
właśnie przez Lwów. Oczywiście nie mogłam tego miasta pominąć. Było to
trochę
nielegalne, poza tym nie miałyśmy pieniędzy, ale co nam zrobią! Nagle
zaczęłam
w holu dworca kolejowego na cały głos krzyczeć po polsku na moją
koleżankę: Jak możesz nie mieć nawet 10 kopiejek!
Ona patrzyła na mnie przerażona, bo nie wiedziała, o co chodzi... Na te
wrzaski
podchodzi do nas pan i pani, i konfidencjonalnie, żeby nikt nie słyszał
powiedzieli: Proszę pani, po co pani te
10 kopiejek? My pani damy... Ja na to: Proszę
pana, po to, żeby państwo się do mnie odezwali! I w ten sposób
poznałam
niezwykłą, cudowną rodzinę Owczarków, u której przenocowaliśmy... Ich
synowa
była później jedną z pierwszych założycielek Polskiego Radia we
Lwowie...
Natomiast pierwszy świadomy wyjazd do Lwowa nastąpił znacznie później.
Stało
się to dzięki wspaniałemu człowiekowi, panu Adolfowi Wisłockiemu,
pochodzącemu
z ormiańskiej rodziny. To on przyjeżdżał do Krakowa i opowiadał, że tam
istnieje Polski Teatr. I właściwie dzięki niemu powstała moja pierwsza
audycja
– jak się później okazało pierwsza w powojennych dziejach Polskiego
Radia
audycja o Lwowie – „Spotkanie z miastem serdecznym”. To była krótka, bo
15-minutowa rozmowa z panem Wisłockim, który opowiadał o życiu Polaków
we
Lwowie i o tym, że są. A to było najważniejsze! W końcu wybrałam się do
Lwowa,
do pana Wisłockiego. Pamiętam ogromne wrażenie, kiedy weszłam do
katedry na
mszę świętą, którą odprawiał, późniejszy biskup, o. Rafał Kiernicki.
Jak
usłyszałam tę słynną śliczną pieśń „Gwiazdo Miasta Lwowa”, kiedy
zobaczyłam te
orły w witrażach nad chórem, i zdałam sobie sprawę z tego, że ta
Świątynia jest
tak nieprawdopodobnie polska! Tyle wspaniałych i doniosłych wydarzeń
właśnie w
jej murach miało w dziejach naszej Ojczyzny miejsce! Zresztą do tej
pory się
dzieje! Widziałam współczesne tablice pamiątkowe, choćby ta poświęcona
Andrzejowi Małkowskiemu, twórcy harcerstwa polskiego! Nasi skauci
wywodzą się
przecież ze Lwowa! Pan Adolf zaprowadził mnie na Cmentarz Łyczakowski,
który
świadczy o tym, że mieszczanie lwowscy byli znacznie bogatsi niż
Krakowianie.
Swym pięknem dowodzi, jak było to ogromne i dostojne polskie miasto,
jak
zamożni byli jego mieszkańcy i jak wiele spraw, centralnych, polskich
działo
się we Lwowie... Stąd i niesamowita kwatera Powstańców Styczniowych!
Każdego,
kto tu przychodzi zmusza do zadumy nad dziejami naszej Ojczyzny.
Pośrodku tych
grobów stoi pomnik Szymona Wizunasa Szydłowskiego, chorążego Ziemi
Witebskiej.
Dla mnie ta kwatera, ten pomnik są świadectwem, że mimo zaborów,
Rzeczpospolita
była jednolita w ideałach... Wizunas z Ziemi Witebskiej, to 400 km od
Moskwy,
brał udział w Powstaniu Styczniowym, a pochowany został we Lwowie,
gdzie szukał
schronienia przed Rosją... I kwatera żołnierzy Powstania Listopadowego!
Pierwszy żołnierz, który padł w boju o niepodległość Polski – dumnie
noszę jego
nazwisko – a pochowany został na lwowskim cmentarzu, generał Benedykt
Kołyszko,
przyjaciel Kościuszki... Przecież więcej spoczywa tam wielkich ludzi
niż w Krakowie! Wprawdzie rozmawiamy
w Krakowie,
ale kiedy ta rozmowa trafi do Czytelników, będzie pani już w Stanach
Zjednoczonych. Proszę powiedzieć, jak pani postrzega problemy ziem
dawnej Rzeczpospolitej
z perspektywy amerykańskiej? Przecież wśród celów, jakie pani
przyświecają jest
nie tylko „poznanie”? Za Oceanem jestem również bardzo
blisko tych
problemów. Właśnie tam mam bardzo dużo wolnego czasu, który w całości
poświęcam
wschodnim sprawom. Mogę powiedzieć, że cały czas piszę, spotykam się z
ludźmi i
odbywam setki rozmów telefonicznych. Mam niesłychanie dużo
wzruszających
kontaktów. Stałam się też niemal agencją załatwiającą różne dziwne
sprawy i
kontakty. Ot chociażby na prośbę pewnej pani załatwiłam, że na dalekim
Polesiu
w Malczycach, postawiono piękny drewniany krzyż w miejscu, w którym
stał jej
rodzinny dom. Po tekście o Latyczowie i Międzyborzu zadzwoniła do mnie
kobieta,
której ojciec przykazał przed śmiercią, że musi pojechać do Latyczowa.
Ja jej
to ułatwiłam przekazując kontakty. Ale rzeczywiście najważniejszym
celem tych
moich pobytów stała się pomoc dla Polaków przekazywana właśnie zza
Oceanu.
Kiedy nie można było posyłać czeków, kiedy nie było tam niczego w
sklepach,
ludzie posyłali paczki. Szły setki porządnych paczek nie do jakichś
organizacji
czy parafii, tylko od człowieka do człowieka... Skąd się brały takie
kontakty? Wie pan ja jeżdżę „rzemiennym
dyszlem”, dość
siermiężnie. Mieszkam u ludzi. Poznaję ich biedy i troski w sposób
namacalny.
Nie zza przyciemnianych szyb służbowych samochodów. Zbieram adresy i
drukuję. I
to do tych ludzi wędruje pomoc. Głównie na Ukrainie i Białorusi, bo tam
najbiedniej. Na Litwie zawsze sobie jakoś radzili... Kiedy zaczęły się
możliwości wysyłania czeków, to mam takich dobrodziejów, którzy na
stałe pod
swoją opiekę wzięli rodziny i co kilka miesięcy posyłają im po 100
dolarów, co
w tamtych warunkach jest znaczną pomocą. I muszę zaznaczyć, że w tą
pomoc
włączyli się już młodzi ludzie, którzy wiedzą i czują, że mają
wschodnie
korzenie, co jest bardzo ważne. Czy ta pomoc
rzeczywiście do
nich dochodzi? Jakoś – wspominając niemiłe doświadczenia z naszą polską
pocztą
– nie miałbym zaufania do analogicznych instytucji na Ukrainie czy
Białorusi... Dochodzi!
Korzystamy
z usług firm wyspecjalizowanych w dostarczaniu przesyłek. Naturalnie
kosztuje
to więcej, ale mamy pewność, że przesyłka dotarła bezpośrednio do rąk
adresata.
Oczywiście ja również bywam kurierem, kiedy wybieram się w tamte
strony...
Kiedyś przeżyłam niesamowitą przygodę. Dotarłam do Dnieprodzierżyńska,
gdzie
działa wspaniała polska parafia. Jechałam tam pociągiem z Kijowa przez
całą
noc! Bo przecież to miasto, jego teatr, kościół, to dzieło polskich
inżynierów
i robotników z XIX wieku! To był wielki polski ośrodek! Tylko nikt o
tym nie
pamięta! Oczywiście ukazał się na ten temat tekst. A później zadzwonił
telefon
z Tennessee
z
podziękowaniami! Otóż pewna
pani, której mama urodziła się w tamtym mieście, są tam pochowani jej
dziadkowie, dzięki mojemu artykułowi odnalazła miasto swych korzeni!
Telefonowała wielekroć do ambasady ukraińskiej, by powiedzieli jej,
gdzie leży
miejscowość Kamienskoje. Nikt nie wiedział! Dopiero ode mnie się
dowiedziała,
że Dnieprodzierżyńsk to dawne Kamienskoje! Od tamtego czasu corocznie
posyła
pieniądze dla parafii z prośbą o msze święte w intencji swej rodziny.
Kiedy
wracam z Polski, zawsze przejeżdżam przez Nowy Jork, by w galerii
„Nowego
Dziennika” spotkać się ze swymi czytelnikami. I wtedy spotykają mnie
miłe niespodzianki...
Na przykład tuż przed spotkaniem przychodzi fax z pretensjami, dlaczego
organizują spotkanie w pierwszy piątek miesiąca, kiedy księża muszą
spowiadać i
odprawiać msze święte, a przecież każdy chce się z panią Siedlarową
spotkać –
pisał ksiądz pochodzący z Żytomierszczyzny, który był m.in. proboszczem
Bykówki
i Maniówki, wiosek w 95% zamieszkałych przez ludność polską, które po I
wojnie
światowej oddaliśmy na mocy pokojowego traktatu ryskiego – ja nazywam
go
rozbiorem ryskim, bo to skandal było zostawiać polskie ziemie. A drugi
ksiądz,
który na to spotkanie przybył z dwugodzinnym spóźnieniem, to ksiądz
Majewski z
New Yersey... Musiał koniecznie przyjechać na to spotkanie, bo
przeczytał jeden
z moich artykułów o Husiatynie nad Zbruczem, a on się tam urodził.
Jakże mi
dziękował za ten artykuł, a dodatkowo okazało się, że znalazło się tam
zdjęcie
jego kuzynki, która opiekuje się kościołem i pomaga księdzu. Takie mam
radości
od czytelników! Można tylko
pogratulować pani
czytelniczego sukcesu! W Polsce również jest organizowana pomoc dla
Polaków na
wschodzie, która płynie różnymi drogami. Najczęściej za pośrednictwem
organizacji. Krakowski Oddział Stowarzyszenia „Wspólnota Polska” stara
się
nieść pomoc bezpośrednią dla tych najbardziej potrzebujących – dzieje
się to
przy dużym oporze działających na Ukrainie organizacji polskich. To dobrze, że pomoc jest
organizowana i płynie różnymi
drogami. Moim zdaniem pieniądze przekazywane poprzez organizacje zawsze
w
jakimś tam stopniu zostaną zmarnotrawione na koszty tego rozdawania.
Dojazdy,
delegacje, noclegi itp. Poza tym nie chciałabym, aby były dzielone
przez
znajomości czy sympatie. Na dawnych ziemiach
Rzeczypospolitej, w środowiskach polskich działa od kilkunastu lat
wiele
organizacji. Proszę powiedzieć, czy spełniają swoje zadanie? Nie chciałabym nikogo oceniać, ani
oskarżać. Ale –
niestety – tam wciąż są ludzie o mentalności postsowieckiej. Na czym to
polega?
A na tym, że ci ludzie dorwawszy się raz do władzy i do profitów z tego
płynących, nie wyobrażają sobie, że można ten stan zmienić. Będąc tymi
prezesami przewraca często im się w głowach! A jeśli już się zdarzy, że
nie
zostaną wybrani, to się obrażają, zawieszają działalność, w najgorszym
przypadku robią wszystko żeby rzucać kłody nowemu zarządowi. A są też i
tacy,
że po prostu zakładają nową, swoją organizację. Prezesi nie jeżdżą w
teren. Nie
chce im się. A tak naprawdę, to im się opłaca jeździć tylko do
Warszawy. Mogę
wymienić wiele miejscowości, do których nie dotarł ani raz prezes
polskiej organizacji!
W wielu z tych miejscowości do niedawna jeszcze wiele osób mówiło po
polsku.
Teraz już nie, zmieniło się, nikt nie zadbał o tę ich polskość. Powoli
umknęła... Kiedyś byłam zwolenniczką i rzeczniczką tworzenia Domów
Polskich.
Teraz już nie... Uważam, że są to bardzo źle działające domy, które w
większości nie spełniają swych zadań. Przede wszystkim dyskusyjne są
miejsca
ich lokalizacji... Te domy nie powstają tam, gdzie są największe
skupiska
Polaków, a więc i największe potrzeby. Nie wiem, kto podejmował
decyzje, ale
zazwyczaj tworzono je w miejscach, gdzie są najmniej potrzebne. Myślę, że te decyzje
powstawały
w Warszawie, tak więc wina leży raczej po naszej stronie... Tak jest, ale do tego dochodzą
jeszcze
„układy”! Te domy zazwyczaj są zaniedbane! Nie powiem gdzie, ale te,
które
widziałam, były brudne i paskudne tak wewnątrz jak i na zewnątrz. No
wstyd! W
polskich domach zbudowanych przecież naszym wysiłkiem nie powinno tak
być.
Skoro już są, to powinny być zadbane, świecić przykładem i powinny być
godne
godła Rzeczypospolitej! W takim Gródku Podolskim, gdzie mieszka 70%
Polaków nie
ma Domu Polskiego. Zbudowano za to polską szkołę. I tu się pojawia nowy
wielki
dramat! Chciałabym, aby nasze stosunki z państwem ukraińskim układały
się jak
najlepiej, wszak jesteśmy bratnimi, słowiańskimi narodami, ale sprawa
szkół
polskich – bardzo nielicznych zresztą – jest paskudnie prowadzona! We
Lwowie są
dwie szkoły, do których teraz uczęszcza bardzo dużo niepolskich dzieci.
Powiedzmy, że polskie szkoły cieszą się we Lwowie dużym prestiżem... Na
Żytomierszczyźnie w Dowbyszu zbudowano polską szkołę – tam jest minimum
95%
Polaków(!), tam są czysto polskie wsie – i zaraz okazało się, że jest
to szkoła
polsko-ukraińska! W Gródku Podolskim – pamiętam jak oni marzyli o tej
szkole! –
decyzją nie wiadomo czyją, w szkole zbudowanej za polskie pieniądze,
dyrektorką
zostaje Ukrainka. Wprowadziła język polski tylko do czwartej klasy,
później
tylko ukraiński. I pomału powstaje za nasze pieniądze szkoła
ukraińska... Jeden
z moich czytelników, pan Pawłowicz, kolekcjoner map dawnej
Rzeczpospolitej,
specjalnie dla tej szkoły skopiował 58 map... Proszę pana one leżą
tutaj, w
krakowskim mieszkaniu, nie zawiozłam ich do Gródka. Pani dyrektor nie
ma ducha
polskiego i zniszczy te mapy, rozda albo wyrzuci... Jej to w ogóle nie
obchodzi! Ostatnio znowu dostałam dramatyczny list z Gródka, że nasza
szkoła
przestaje być polską szkołą. Dla mnie bardziej
dramatyczne
są, zupełnie niezrozumiałe, tendencje wynarodowienia Polaków przez
Kościół
rzymskokatolicki, co gorsza przez siostry zakonne i księży pochodzących
z
Polski? Tak, to kolejna ze spraw, które
mnie bolą i nie bardzo
potrafię sobie to wytłumaczyć. W kościołach coraz częściej wprowadza
się język
białoruski czy ukraiński. I jest to decyzja tamtejszych Episkopatów.
Ksiądz z
Żytomierszczyzny, którego sobie bardzo cenię, powiedział mi, że jego
władze
wręcz z nim walczą, bo on chce odprawiać msze po polsku, uczyć dzieci
po
polsku. Pewien ksiądz z Litwy opowiadał mi, że kiedy pojechał na
Białoruś z
katechizmami i biblijkami po polsku, to tamtejsza siostra zakonna – w
miejscowości, gdzie 90% to Polacy! – nie chciała ich przyjąć, bo dzieci
nie
mówią po polsku. Tak więc siostry katechizują po białorusku, to i
dzieci nie
rozumieją po polsku... To samo jest na Ukrainie! Czy pan wie, że biskup
Dubrawski przyjechał do Gródka Podolskiego poświęcić polską szkołę i
przemawiał
do zebranych Polaków po ukraińsku? Biskup oczywiście rodem z Polski. To
jest
dramat! Przez całe zabory przetrwaliśmy w całkowitej Polskości tylko
dlatego,
że był z nami Kościół. Kiedy pierwszy raz byłam w Żytomierzu,
odprawiano pięć
mszy po polsku. Teraz zaledwie jedną, to wszystko! W tamtym roku w
Latyczowie
zdarzyła się wręcz afera! Ksiądz, który bardzo dużo złego zrobił w
Bracławiu, gdzie
zupełnie wyeliminował polskość z kościoła, powiedział, że on nie będzie
odprawiał mszy świętej po polsku, bo język polski jest przeciw
Ewangelii! A w
Barze na Podolu?! Tam przyszedł nowy ksiądz i pierwsze, co zrobił, to
napis w
polskim kościele „Święta Anno módl się za nami!” w języku polskim
zamienił na
analogiczny, tyle że w cyrylicy... W
polskim kościele! To jest bardzo smutne! Skąd bierze się
takie podejście?
Przecież Kościół i Polskość na tych ziemiach to jak naczynia połączone.
Nie
przetrwałyby, gdyby jednego z tych elementów zabrakło! Kościół cały
czas był
zasilany przez księży z Polski... Gdy powstała struktura Kościoła
Rzymskokatolickiego na Ukrainie, okazało się, że Polacy stali się
tępicielami
Polskości...? Wydaje mi się, że takim
postępowaniem chcą
przechytrzyć... Ale to może się źle skończyć. To prawda, Kościół
przetrwał tam
dzięki Polakom, ale to mało! Tylko Polacy starali się o odbudowę tych
kościołów! To oni jeździli do Moskwy czy Kijowa, to oni poniżali się
przed
partyjnymi kacykami, tylko po to żeby odzyskać i odbudować świątynie! A
teraz
nie wiem, dlaczego księża w taki sposób postępują, bo chyba nie z
takiego
głupiego, wręcz idiotycznego powodu, o jakim słyszałam, że to język
państwowy... Bzdura! W Ameryce mamy kościołów polskich ile pan sobie
życzy,
mimo że język angielski jest językiem państwowym. Msza święta ma być
odprawiana
w języku wiernych! Ależ proszę pani,
przecież taka
jest właśnie argumentacja księży, którzy mówią, iż pracują w państwie
ukraińskim, gdzie jest obowiązujący język ukraiński, a kościół
rzymsko-katolicki nie jest narodowym kościołem polskim! To jest bzdura! Oni wyobrażają
sobie, że w ten sposób
wciągną do kościoła Ukraińców i Rosjan, aby mieć więcej wiernych. Jeśli
ktoś
będzie chciał się modlić po rosyjsku czy ukraińsku, to pójdzie do
cerkwi, bo
jest mu bliższa! Takim postępowaniem doprowadzą do zniszczenia
Kościoła. Ja się
tym bardzo martwię i zawsze z wielką radością jadę do tych księży,
którzy myślą
po polsku, bo tylko w nich nadzieja, bo dbają o wiarę i Polskość! O tę Polskość to i
Rzeczpospolita nie bardzo dba... Mnie bardzo boli nierówne traktowanie
Polaka
zza Sanu i Bugu i tego mieszkającego nad Sekwaną czy Potomakiem...
Jeśli któryś
z nich będzie chciał otrzymać paszport, to ten pierwszy ma nikłe
szanse, ten
drugi załatwi to w krótkim czasie... Jak pani do tego podchodzi,
mieszkając
trochę w Krakowie, trochę w USA i spędzając kilka tygodni rocznie na
dawnych
ziemiach Rzeczpospolitej? Ja mam dwa paszporty i nikomu to
nie przeszkadza... A
może te trudności są wynikiem tego, że Ukraina i Białoruś nie chcą się
zgodzić
na podwójne obywatelstwo... Nie wiem. Uważam, że autentycznym Polakom,
którzy
urodzili się przed wojną, często walczyli w Wojsku Polskim, czy w
podziemiu o
polskość, oraz ich dzieciom, bezwzględnie należy się polskie
obywatelstwo i
polskie paszporty. I dla mnie jest to bezdyskusyjne! Natomiast uważam
za smutne
i niedorzeczne ściąganie do Polski pewnych rodzin z Kazachstanu. Znam
wspaniałe
polskie rodziny, które wróciły z Kazachstanu na Żytomierszczyznę, skąd
zostały
wysiedlone. To autentyczni Polacy... Natomiast do nas w dużym procencie
przyjeżdżają zruszczone małżeństwa, którym się daje paszporty i
obywatelstwo
polskie w krótkim czasie. A jak jest z prawdziwymi Polakami? Dam
przykład....
Przyjechał do Polski z Nowogródka Ryszard Kleczkowski, wspaniały Polak
z
rodziny z tradycjami, przez pokolenia mówiącej w języku polskim, w
rodzinie był
organista, inni pomagali w parafii. Mieszka już w Polsce od 10 lat, ale
na
obywatelstwo i paszport czekał aż 7 lat! Wydaje się, że ci, którzy
decydują o
przyznawaniu obywatelstwa, nie znają historii Polski. Znamy trzy pani
książki, czekamy
na kolejne... Czy uchyli pani rąbek tajemnicy, o czym będą następne? Mam marzenia i materiały do kilku
książek. Tylko czasu
brakuje! Jedna z nich to „Literacki wschód”, która mówiłaby o pisarzach
i
poetach wywodzących się z dawnych ziem Rzeczypospolitej. Kolejna to o
polsko-amerykańskich spotkaniach z wielkimi Polakami. Ale ta
najbliższa, prawie
gotowa, będzie o tych miejscach, których nie odwiedzili prezesi
polskich
towarzystw, gdzie niedawno jeszcze mówiło się po polsku, ale ta
Polskość pomału
zanika. Będzie o tym, jak zniszczyliśmy, stłamsiliśmy Polskość, a
walnie do
tego przyczynił się Kościół i to jest straszne. Książka będzie miała
tytuł:
„Byli, są, czy będą”... Serdecznie dziękuję
Pani za
rozmowę. Teresa
Siedlar-Kołyszko ur. w
Krakowie, czyli stolicy Wielkiej Królewskiej Rzeczypospolitej.
Dziennikarka
radiowa, autorka licznych reportaży publikowanych na łamach prasy
polonijnej
USA oraz cyklu książek poświęconych dawnym ziemiom Rzeczypospolitej. Istnieje możliwość
zakupu
książek: „Między Dźwiną a Czeremoszem” oraz „Od Kirholmu po Jałtę”. Osoby zainteresowane prosimy o kontakt
listowy z redakcją, przez internet: januszmp@poczta.fm,
ewentualnie
telefonicznie: 0608155693 lub faxem (012) 4311960. |