![]() |
![]() |
|
|
|
|
|
|
Nr 63,
Wrzesien
2004 |
|
| str. 10 |
- Nie minelo nic, procz lat. Cz.15. Listy Szymona Kobylinskiego do Aleksandry Ziolkowskiej-Boehm. Aleksandra Ziolkowska-Boehm |
|
NIE MINĘŁO NIC,
PRÓCZ LAT... LISTY SZYMONA
KOBYLIŃSKIEGO DO ALEKSANDRY ZIÓLKOWSKIEJ-BOEHM (Cała korespondencja, czyli także
listy Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm, ukazała się w książce p.t. Nie
minęło nic,
prócz lat”. Książka ta wydana została niedawno w Polsce nakładem
Wydawnictwa
Nowy Świat i jest do nabycia w www.merlin.com.pl.
azb) (odcinek 15) 48. Wieś Gniazdowo,
26 pażdziernika 1999. Oleńko Boehmiła! Z wielką frajdą
przyjęliśmy Twoje odezwanie się listowne, bośmy już coraz
melancholijniej
myśleli, żeś się obraziła na moje impetyczne wytykanie Stanom ich „way
of
life”, zjawiska zbyt prymitywnego, jak na europejski smak... Tymczasem
powody
milczenia były inne, co nie znaczy, że przez nas aprobowane, boście o
wiele za
młodzi, by kwękać z przyczyn zdrowotnych, zgodnych z metryką w o wiele
późniejszym wieku! Najśliczniejszy
kawałek listu, to ten o podróżniczce-automobilistce Suzy. Kto wie, a
nuż
dołączysz do pisarzy takich, jak np. Kareł Čapek, Kipling, London, czy
Dygasiński lub niezapomniany Grabowski z Pucem i Bursztynem, a więc
literatów
sławiących urok i wdzięk zwierzęcia u boku. Ów fragment dowodzi, że
masz
odpowiednie wyczucie sprawy, czy raczej: – macie
ten zmysł czułej obserwacji. Oby tak dalej i obficiej! Wzięty jednak na
warsztat motyw indiański też niezgorszy, acz już solidnie przez mrowie
skrybów
wyeksploatowany; – trudno o wolny kawałek obserwacji. Dla mnie –
przyznam –
fascynującą rzeczą jest ciąg jaskrawych analogii, występujących u
jakichś
Siouxów czy innych Czirokezów z np. naszymi góralami tatrzańskimi...
(kaukaskie
grupy etniczne też mają tu wiele wspólnego). Od mokasynów-kierpców
poczynając,
aż po orli, ostry profil i starodawne warkocze u męskich skroni, pod
fantazyjnym, dekoracyjnym piórem drapieżnika – mnóstwo elementów łączy
prerie
spod Gór Skalistych ze Skalnym Podhalem. Czy będzie to tomahawk i
ciupaga, czy
miękki, cichy chód, albo rodzaj obrzędowego tańca z drobieniem na
palcach wokół
ogniska, wciąż widzimy zadziwiające pokrewieństwa. Ot, choćby sławne
dzięki
Sabale uprzedzanie – pełne specyficznego szacunku! – niedźwiedzia, że
się z nim
myśliwy pragnie zmierzyć w walce fair play, już to zaskakuje
identycznością
emocji i odczuć. W ogóle głębokie poczucie, iż się jest cząstką godnej
czci przyrody,
a nie tyranem otoczenia, już to ukazuje wspólnotę obu grup. Wystarczy
uprzytomnić sobie tryb zdobywania bizoniego mięsa przez
czerwonoskórych, wręcz
hieratyczny obrzęd niezbędny dla życia całych szczepów – i zestawić to
z
rozstrzeliwaniem tych zwierząt setkami, tysiącami (nawet bez
pozyskiwania
tuszy, i z czasem samych języków), a ujrzymy przepaść, dzielącą
mentalnie,
etycznie, kulturowo panów amerykańskiego lądu od najeźdźców ze wschodu.
Właśnie
charakterystyczna, dobrze umotywowana godność plemienna Indian,
dokładnie taka
sama, jak hyrność gazdów i juhasów z
Tatr, to także wyróżnia chwalebnie Podhalan i Indian wśród innych typów
etnicznych. Ba, nawet tradycja pykania fajeczki, za oceanem: kalumetu,
to też
łączy te dwa nurty folklorystyczne. Dodam też, że jedni i drudzy
boczyli się na
przeciąganie linii kolejowej wgłąb ich dziedzin przez zewnętrzny, dólski, ceperski vel traperski żywioł.
No a bitność w obronie ojczyzny? Ileż westernów ukazuje owe straceńcze
walki
różnych Crazy Horse’ów czy Sitting Bull’ów, walki bardzo podobne
(chociażby) do
wojennej wyprawy z ciupażkami hen, ku Lanckoronie, albo
sienkiewiczowski wąwóz,
w obronie króla na kartach „Potopu”. Co krok, to analogia! – No i
ostateczne,
współczesne przerobienie całej tej ogromnej i porywającej kultury
lokalnej w
cepeliadę, w plastikowe pamiątkarstwo, w pokazowe taneczki i śpiewki
dla
turystów... Już znikły realia tetmajerowskie, jak znikły szanse na
nowego Grey
Owl’a z jego Sejdżio oraz jej bobrami... Zostały tanie, płytkie
pokazówki za
biletami. Nic dziwnego, iż
to właśnie Polak – jak Ty Ziółkowski! – podjął się apoteozy indiańskiej
dumy i
rozmachu. Ciekawe, ile jeszcze brak do ukończenia tego monumentalnego
pomnika?
Jest on stokroć bardziej na miejscu, niż głowy siłą tu się jawiących
prezydentów,
wykutych dla podkreślenia pychy północnych konkwistadorów. A u nas? Cóż,
wyjątkowo ciepła jesień (Niemcy świeżo podali, że w tym rejonie taka
była w
roku 1820!) umila pobyt w i tak dobrotliwym otoczeniu nadliwieckim.
Bieżący
weekend, podczas którego piszę te słowa, ukazał mi wczoraj kwintesencję
naszego
stanu familijnego, co z lubością ukażę. Oto obok dwu parkujących na
alejce aut
(w sumie mamy ich pięć, tylko Danka nie szoferuje we własnym, osobnym)
stoją,
gwarząc pogodnie: Maciek z dwójką dzieci, na tle pasącej się wzdłuż
trawnika
klaczy, angloarabki, należącej do Weronisi. Nie chodzi mi o zasobność
finansowa, dużo zresztą wyższą u potomków, niż u nas, starych – ale o
psychiczne ukojenie, o wygodę wspólnoty międzypokoleniowej. Gdzie
rekwizyty są sygnałem,
że możemy sobie pogodnie odpoczywać, będąc razem wśród kwietnych rabat. Całe wakacje, z
małymi wypadami nad morze albo w góry, wnuki przebyły u dziadków, teraz
właśnie
jawią się weekendami. Wspomniana kobyłka Nisi zjechała tu z Bieszczad,
gdzie panna
ją trzymała; – tego roku, zrobiwszy w ciągu jednego dnia tysiąc
kilometrów,
sprowadziła zwierzątko do pobliskiej gospodyni wiejskiej, a teraz krąży
sobie w
siodle po dookolnym pejzażu. Jest zresztą nie tylko świetną amazonką,
wrosła
już głęboko w całe środowisko zawodowych „koniarzy”, ale przy swoich 18
latach
wytrawną, śmiałą malarką, przede wszystkim hippiczną. Kończy właśnie
Liceum
Plastyczne, a już brała udział w zupełnie dorosłym plenerze
jeździecko-malarskim i potem szumnym wernisażu, sprzedając to i owo
płótno.
Teraz czeka ją „międzyszkolna wystawa najzdolniejszych”, a później
ekspozycja
indywidualna, jako zaproszoną osobną inwitacją organizatorów. Wcześnie
ruszyła
w te profesjonalne szranki! Czternastoletni
Maksio, acz też zdolny, nazbyt ulega wrodzonemu (dziedzictwo m.in. po
mnie...)
lenistwu, by odnosić podobne triumfy. Jest jednak w gębie błyskotliwy,
dowcipny
i żwawy, oby zeń wyrósł facet jak należy! Swego samochodu jeszcze nie
może
prowadzić po drogach publicznych, starsza siostra dopiero łońskiego
roku
zdobyła prawo jazdy i ona to hula samodzielnie w różne strony kraju i
miasta.
Ewa, synowa, coś tam działa w zagranicznej firmie kosmetycznej, a
Maciek
rozwinął business na całą bezmała Polskę w dziedzinie wnętrzarstwa oraz
budowy
bogatych siedzib dla dorobkiewiczów. Jest tego bractwa mnóstwo
przeogromne! Raz
po raz jednak przerywa ciężką harówkę i użeranie się z klientami,
poczym mknie
na Mazury, naogół biorąc ze sobą Maksia, i tam żegluje swoim jachtem po
labiryncie jezior. Dziś, odjechawszy stąd z synem wczorajszego
wieczoru, ma
brać udział w jakichś prestiżowych regatach, zobaczymy, czy przywiozą
puchar!
Raczej nie, bo to dla chłopaków głównie relaks, bez ściśle sportowych
ambicji. My z Danką
kwękamy przepisowo, właśnie w zgodzie z metryką, jak się należy.
Pigułek nam
zapisano całe garście, żremy je trzy razy dziennie, jak to w emeryckim
życiu.
Swoją wszakże drogą emerytura, a swoją niezbędne zarabianie, aby młodym
i
kobyłce było co dać jeść, kiedy nas odwiedzą. Toteż wciąż coś tam
zwolna dłubię,
teraz uzupełniam dawną książkę „Jej Królewska Mość Wisła”, gdyż bez
czerwonej
cenzury mogę dać opis Cudu nad Wisłą i inne podobne kawałki. Towarzyszą nam
zwierzaki w osobach Felka-kundelka, srebrzystej Koci (która po psiemu
zjawia
się na gwizdanie) oraz rekordzistka wieku, sędziwa ponad wszelkie
normy,
przeszło siedmioletnia sikorka Mańka. Ta, co nienawidzi opuszczać
klatki i
która się wścieka, jeśli straci Dankę z pola widzenia. Pies nie zjada
na
szczęście kota, kot nie zjada ptaszka, ba! nawet jak złapie na dworzu
mysz lub
norniczkę, to potrafi taką przynieść całkiem zdrową i żywą. Chyba, że
się
ofierze zdarzy skonać ze strachu, co te gryzonie często czynią, nawet
nie
uszkodzone, bo dziewczyna ich nie uszkadza. Ma tylko nadzieję, że będą
jak jej
ukochane żaby ogrodowe – skakać pięknymi łukami, trącane miękką łapką... No, myślę, że Cię
już zanadto swym gadulstwem umęczyłem, toteż kończę i pozdrawiam
serdecznie Państwa Oboje z Przyległościami i otoczką, ten sam Szymon do usług PS. Specjalne
dzięki dla Mister Normana za śliczną angielszczyznę na odwrocie karty –
za
którą z kolei Nisia wyraża przeogromną wdzięczność PS 2. Siedzimy tu
jak zwykle do 11-XI 49. Warszawa, 28
stycznia 2000 Oleńko Boehmiła! Wstyd aż mnie
skręca, że to minęło jakieś półtora miesiąca nim-em zasiadł do
odpowiedzi...
Domyślasz się jednak z pewnością, że to okoliczności życia mnie
przyhamowały, a
w ogóle jeszcze żyję. Kiedyś Samozwaniec zatelegrafowała do siostry: –
„Lilka,
co z tobą, miałam straszny sen”, na co poetka oddepeszowała przytomnie:
–
„Byłoby w gazetach”. Ze mną chyba podobnie, może nawet nowojorski
„Dziennik” w
odpowiedniej chwili notkę zamieści? A więc tymczasem prosperuję nadal.
Tyle, że
właśnie codzienne, powszednie troski i robótki przeszkadzają w
poprawnej korespondencji,
tak krajowej, jak zagranicznej. Nastąpiła bowiem niejaka przerwa w
zamówieniach, nagle zapomniano o mnie i nic nie chciało wpływać na
(nader
skromniutkie!) konto bankowe. Jąłem się zatem... malowania obrazków,
zacząłem
serię starych dworków, na co pono zawsze są kupcy. To ogromnie
pracochłonne
zajęcie, zwłaszcza dla odwykłego od pędzla. Zanim jednak sprzedałem
którykolwiek dworek, obstalunki wróciły, w perspektywie duża książka
(autobiografia ilustratora po 55 latach pracy, po circa 300 książkach z
mymi
rysunkami), jakieś plansze reklamowe, ciut więcej zleceń prasowych – no
i
odetchnąłem. Biorąc zaś przed
się Twój list z 10 grudnia, a więc z ubiegłego tysiąclecia – bo ja
liczę
niefachowo, iż przyszło następne – to uradowałaś mnie zaczątkiem odczuć
najbardziej
dla mnie zrozumiałych. To znaczy słowami: – „...mam absolutnie dosyć
Ameryki i
wszystkiego. Chcę do Polski, do siebie...” Ano właśnie. Nie
da się nam, Europejczykom nawykłym do tego, że musuje w pobliżu coś, co
się
zwie roboczo INTELIGENCJĄ (w znaczeniu sfery, nie tylko giętkości
umysłu), nie
da się żyć bezustannie poniżej kreski, wyznaczającej pułap
półinteligenta. A ta
kreska, ponad którą w USA wystaje ledwie troszkę, rozsianych z rzadka
tu i
ówdzie osobników – ta kreska przygniata między oceanami cały
przeogromny kraj.
Wystarczy, jak tutaj, poobserwować same tylko, potężną lawiną nas
przytłaczające od rana do nocy filmy hollywoodzkie, a ujrzymy, iż
praktycznie żaden nie opowiada o osobach innych,
niż parweniuszowskie. Czy będzie to western, czy kryminał, czy tzw.
„psychologiczny” lub science-fiction albo melodramat, nikt się wzwyż
nie
wychyli. Środowiska wyłącznie prostackie, choć sploty fabularne i
pomysłowość
scenariuszowa potrafią dech zatkać, nie mówiąc o maestrii technicznej.
Jakich
ludzi dziobią ptaki Hitchcocka? Kim co najwyżej jest facet, patrzący u
tegoż
reżysera przez okno na podwórze? Jaki jest poziom intelektualny nad Rio
Bravo w
samo południe? Ile są warci umysłowo ci, co zwiedzają Jurassic Park? Co
prowadzą wojny gwiezdne? Co z nabożeństwem wsłuchują się w rewelacje
Woody
Allena? A wymieniam hity, obrazy wysokiej rangi na kinowym rynku...
Jakiś czas
to nawet zabawne, ale na dłuższą metę przerażenie ogarnia i marzy się o
byle
filmiku z Francji czy Włoch, nie koniecznie zaraz o „Komediantach” albo
„La
stradzie”. Wystarczy „Rejs” Piwowskiego, wystarczy kawałek
Kieślowskiego z
Chęcińskim. I już wypoczywamy psychicznie w dobrym towarzystwie. Tak i
cała
reszta. Welcome home! Twoje prace wokół
indiańskości – fascynujące. Z oceną ogólną czekam na całość dzieła,
wiedząc z
góry o jego walorach. Jedno tylko, do rymu z powyższymi grymasami wobec
Ameryki, ośmielę się teraz podkreślić, bodajże powtarzając wcześniejsze
konstatacje. Otóż niezłym miernikiem wartości kulturowych całych nacji
czy krajów
jest to, co dana grupa wniosła do dorobku ogólnego świata. Tacy maleńcy
Holendrzy rozkwitli i podróżami, i Rembrandtami, umiejąc nawet via
Piotr Wielki
wpłynąć na los kolosa ruskiego. A drobna obszarowo Anglia,
poobrastawszy przez
wieki Commonwealthem? Że nie zaśpiewam o Francji, Niemczech, Tahiti,
Japonii, o
stu dalszych punktach promieniowania indywidualnością twórczą. Zewsząd
wyłania
się jakiś styl, jakieś doświadczenie artystyczne, jakaś sztuka, bodaj
po
afrykańsku „ludowa”, po hindusku otchłanna, po chińsku monumentalna od
tysiącleci. I Twoi Indianie, tak ci z północy z tomahawkami, aż po
południowych
(zwłaszcza prekolumbijscy!) i ich wyspiarskie odpryski aż na Wyspie
Wielkanocnej itp. – Indianie stanowią, z Inkami czy Aztekami, lub nawet
bez
nich, walny, ważki element światowego piękna. I Brazylia też coś wnosi,
acz
konglomerat, lecz z cennych składników, Argentyna nie inaczej, a Meksyk
aż
huczy wspaniałościami, tak jak urzeka Kanada. Jeno wpośród tego dziura
estetyczna: – pragmatyczne, doraźne, płyciutkie Stany. Co mają
barwnego, to
import, jak hiszpańskie akcenty na południowym skraju, jak francuski
Nowy
Orlean z murzyńską muzyką, jak angielskie naśladownictwa architektury
spod
Londynu – natomiast nie masz zjawisk kulturowych tak amerykańskich, jak
amerykański
jest Edison, Goldwyn- z Mayerem czy oba Armstrongi, zwłaszcza ten
księżycowy,
bo Satchmo już „afro”. Spójrz na byle wioszczynę bawarską albo
podhalańską,
ewentualnie na Bali i porównaj jej wartość estetyczną z główną,
najtypowszą
ulicą z najcharakterystyczniejszego westernu. Te koszmarne budy
jakiegoś Kansas
City i cuda osiedla japońskiego! Głód urody dookolnej i obojętność na
wygląd
otoczenia, to właśnie różni rozmaite obszary cywilizacyjne. I nie
pozwala nam,
nawykłym od co najmniej malowniczej chaty Piasta, na tolerowanie ludzi
bez
potrzeb zdobniczych własnego chowu. I to się nawarstwia, nakłada
pokoleniami,
generacjami, stuleciami. To tworzy atmosferę możliwą i niemożliwą do
oddychania
na dłuższą metę, Satis, już więcej nie będę – już to sama
wychwytujesz... Rysunki Tomka
dziarskie i żwawe, byle tak dalej! Miło mi, że się przed koleżanką
pochwalił
mną, ale przecież miał lepszego człeka do wspominania z chlubą, samego
aż
Wańkowicza! Goście Pana Melchiora to w tej sytuacji jeno statyści
szczególnej
monodramy, o ile takowa może mieć statystów. Co rzekłszy, przerywam, bo
zagadałbym Cię monstrualnie – i pozdrawiam najkordialniej Szymon 50. Oleńko Boehmiła! „Bardzo słusznie
cię Oleńka obsztorcowała – stwierdziła Danka – bo już takie bzdury jej
wypisujesz, że coś okropnego!” W ramach tego
słusznego obsztorcowywania dajesz przykłady dóbr, dostarczonych światu
przez
USA, aby zbić moje gderania, że nic wiekopomnego stamtąd nie wyszło.
Mimo woli
jednak, a zgodnie ze stanem faktycznym, kładziesz nacisk na zjawiska
raczej
techniczne, na różanych Edisonów i Wrigtów z Fordami, podczas gdy mnie
szło o
bogactwa typu kulturowego, o Rembrandtów z Balzakami, Michelangelów z
Fellinimi, Goethów z Cervantesami i przede wszystkim: – o przemożny
wpływ
umysłów i prądów intelektualnych Starego Świata na dzieje umysłowości
ludzkiej.
Tu Ameryka, młodziutki misz-masz ludności, pobranej (niczym w
Australii) przede
wszystkim z prymitywniejszych, „odpadowych” rejonów socjalnych Europy,
Ameryka
nie jest nijak w stanie konkurować mentalnie z omszałymi kulturami
„śródziemnomorskości”. Toteż, umiejąc się generalnie wzbogacić i –
wolna od
wojen – zorganizować nader pragmatycznie – urosła w naczelne mocarstwo
globu,
sięgające od omnipotentnej giełdy po sam armstrongowy Księżyc. Z
dodatkiem
jeszcze jednego, arcyważnego Armstronga, czyli Satchmo... Przy tym
wszystkim okazuje się jednak, że jesteśmy oboje tego samego zdania
ogólnego! A
mianowicie i Tobie i mnie tak samo doskwiera identyczna sprawa: władczego schamienia, hegemonii
ćwierćinteligenta, decydującego ostatecznie o losie planety. Tak u nas
(stwierdzasz smętnie), jak w Stanach, tyle że owe Stany promieniują
szkodliwymi
wzorami stokroć potężniej, niż nasi nadwiślańscy chamowie u sterów...
„I choćby
przyszło tysiąc atletów, i każdy zjadłby tysiąc kotletów” – a mówiąc
inaczej:
choćby się pojawiło tysiąc znaczących artystów i myślicieli w elicie
USA, i
zjadło tysiące rozumów, – „to nie udźwigną, taki to ciężar”, ów ciężar
parweniuszowskiej przewagi, wyznacznik charakteru
czasów. Nasi maluczcy, co się zachłannie rzucili na hot-dogi,
hamburgery,
monopol Hollywoodu i inne amerykanizmy – jakże długo wzbraniane
terrorem
czerwonych! – klepią za tą matką pacierz i również przesądzają, co i
jak ma nas
przytłaczać nieuchronnie a groźnie. Dlatego właśnie ci z elit
amerykańskich,
choćby lśnili najpiękniej, nie będą mieli wpływu na, jak to się
powiada:
całokształt spraw, natomiast ich przeciwieństwo, a więc mocarne
chamiało,
wyposażone w najświetniejszy sprzęt do supremacji – chamidło weźmie
górę, ba!
już wzięła żelazną garścią. Zarówno po tej, jak po tamtej stronie
oceanu. Tyle,
że osławiony „American way of life” stanowi coraz skuteczniejszy
wzorzec dla
reszty niebezpiecznych zastępów u władzy, stąd moje przygnębienie
obrazem i
wyrazem standaryzacji typu stars and stripes... Dołączyłaś do
listu różne atrakcyjne wycinki prasowe, ukazujące m.in. ów fascynujący
treściami, lecz uboczny margines amerykańskości. Dzięki za te
ciekawostki!
Panie-filmówki, twórcza żeńskość w sztuce, cudeńka massmediowe i
artystyczne...
Oczywiście, tak ogromny tygiel wszystkoizmu,
doskonale zinstrumentalizowanego i w końcu nieźle finansowanego – musi
zakwitnąć również barwnymi (o ile tygle kwitną?) kwiatkami intelektu
czy
pomysłowości, Tyle, że – powtarzam – te zabawy nie zmieniają obrazu
ogólnego,
nie odbierają ani krzty znaczenia absolutyzmowi ćwierćinteligenta!
Niemniej
miło się pobawić i powiadać sobie: „Ho, ho! Ale to fajne!” Tu sprzeciwię Ci
się w zupełnie innej, niż powyższa materii, a mianowicie w kwestii
„Gwiezdnych
wojen” Kubricka. Krzywisz się na tę umysłową łatwiznę, jak rozumiem, i
lekce
sobie cenisz trickowe igraszki rozszalałego mechanizmu science-fiction
z
laserami, maserami, eksplozjami, trzaskiem i wrzaskiem. Masz rację,
leje się tego
kretyństwa cała lawina bezustannie z telewizora i w kinach, zwariowane
pojazdy
latają do obłędu i wyczyniają wariactwa elektronowe bez śladu
pomyślunku. Ha,
lecz akurat i właśnie tamten – niemal pionierski tematycznie, a na
pewne
torujący drogę wielu chwytom „kosmicznym” – film był czymś zupełnie,
ale to
zupełnie innym, niż wrzaskliwy cyrk efektów pirotechnicznych i
komputerowych
dzisiejszej produkcji. Twórca owego obrazu – co oglądałem z lubością i
smakiem
ze trzy bodaj razy! – dał, owszem, mnóstwo draczek mechanicznych,
sztuczek
wizualnych i eksplozji całkiem infantylnych, ale to dla dzieci, dla
hecy
maluczkich widzów, niech im fajerwerk postrzela i sypnie iskrami.
Dorosłym
jednak dał odmienną, a wyborną atrakcję: – parodie, pastisze i
karykatury różnych
stylów filmowych świata. Był tam
więc kapitalny, ośmieszony inteligentnie western, był enigmatyczny
Antonioni,
grany przez populację obcej planety, był arcykomiczny „postępowy nurt
radziecki” w piekielnie złośliwym, krzywym zwierciadle (ach, ta
genialna scena,
jak dzielny bohater ludowy w zgrzebnej, lecz schludnej koszulinie
wygłasza akt
strzelisty ku czci swej całkiem pustynnej, jałowej ojczyzny, która
zamiast
jakichkolwiek dóbr posiada dwa
ogromne słońca!), były prześmiewki z samurajskości Kurosawo-Mifuńskiej,
mignął
styl staroangielski, pikanteria francuska i mnóstwo innych żartów
pierwszorzędnego gatunku. No, a tępi naśladowcy, niechawszy podtekstów
kulturowych, rozdęli później jeno stronę techniczną, te ryki motorów,
zielone
ludki, rakiety, świsty i błyski. I to, jak słusznie zauważasz, mierzi
już i
brzydzi od dawna. Znikł wdzięk „Gwiezdnych wojen”, gdzie wśród innych
uroczych
okazów wędrowali przez Galaktykę Don Kichot z Sancho Pansą jako para
robotów:
wysoki i rzewny naiwniak złotej barwy i mały, pękaty cwaniaczek, pełen
serdeczności. Wspominam ich z rozrzewnieniem... Pytasz, czemu u
nas – wbrew moim gderaniom – szanuje się i ceni amerykańskie Oscary,
nagrodę
dla Kapuścińskiego itp. Albowiem ma to automatyczną skalę
ogólnoświatową,
niestety na równi z plotkami hollywoodzkimi, rozwodami i ciążami idoli
i
idolek, z najtańszymi bredniami massmediów. Już dawno stwierdził
KTToeplitz, że
u nas Cudzoziemiec (– a osobliwie „Amerykan”! –) to jest zawód, i to
bardzo
intratny zawód. Na wyższym poziomie oddaje się hołd nagrodzie Pulitzera
czy
ekspozycji w śrubce Guggenheima, na niższym – notable się ślinią,
obskakując
klowna Michaela Jacksona, ale i bezimienny gość zza Atlantyku promenuje
w
glorii swej nowojorskości i zadaje szyku nad Wisłą szarą... Snobowanie
się bowiem
na coś lub kogoś potrafi mieć obok cennych wartości również cechy
ośmieszające
snobów – i to w większości przypadków. Załączam Ci jednak wycinek z
brukowego
magazynu „Życie na gorąco”, przepełnionego zazwyczaj reakcjami o
starletkach i
ich kochankach, ale oto i z opinią (żony nominowanego do Oskara)
aktorki
warszawskiej, która nie uległa zauroczeniu żadnym Beverly Hillsem.
Mimo, iż jej
wybranek docenia swoją kalifornijską karierę w pełni, a nawet ciut
więcej. Tymczasem w kraju
brak obecności Mistress Boehm-Ziółkowskiej. Ujrzałem to wyraziście,
kiedy facet
w wieku naszych synów na planie quizu tv, po iluś eliminacjach
wstępnych – nie
wiedział, co to za nazwisko: „Wańkowicz”. A to Twoja działka... Co
gorsza,
również prowadzący teleturniej prezenter, że to była mowa o autorstwie
hasła
„cukier krzepi”, którego to autorstwa pytany nie umiał podać, wybrawszy
je
spośród paru innych, też mu obcych – prezenter wyjaśnił, że to ułożył
pan
Melchior, „prawdopodobnie przypadkiem, przy jakiejś okazji”. Widzisz
ten bezmiar
niewiedzy o epoce, o realiach, o samym pisarzu? To się szerzy, to
dominuje, to
przeraża. Twoja działalność popularyzatorska przydałaby się tedy
bardzo, a przy
okazji wańkowiczowskiej – także w innych domenach. Nie sądzisz? „...Ale kocham te
szare wróbelki” – powiadasz o rodakach Polakach u końca listu. „Nie
napadam
jednak na innych – dodajesz srogo – bo Szymonie mam perspektywę i widzę
dobre i
złe strony wielu miejsc”. Zgoda. A jak z oceną ich proporcji? Tu
właśnie
wzdycham, zarówno wobec sytuacji krajowych, jak i przyjmowanych
bezkrytycznie a
masowo, importowanych z dala. Kiedy nam siłą wtłaczano ruskie normy
wedle
krwawego Kremla, naród stawał jak najsłuszniej okoniem i nie dał się
przekabacić, lecz teraz ochotniczo i ochoczo, wręcz łapczywie chłonie
byle co,
aby było z przeciwnego zimnowojennie bieguna, byle było made in USA! Dobrze jednak, że
mamy w zapasie jakieś swoje Gniazdowo, jakiś azyl duchowy, krainę
wytchnienia
od wrzasku i trzasku świata. Tak, jak masz i Ty, jak każe instynkt
samozachowawczy. Czego Ci
gratulując, pozdrawiam Państwa Oboje od serca i pozostaję
upartym dziadygą Szymon z całą
życzliwością 51. Wieś Gniazdowo, 3
lipca 2000 Oleńko Boehmiła! Należałoby wydać
specjalną mapę Stanów z podaną jako ciekawostka trasą pobytów Państwa
Boehmów!
Byłaby to zaiste plątanina kresek, wiele mówiących o różnościach,
chociażby
takich, że grunt tam oporny dla zapuszczania korzonków. Już dawno
Kopaliński w
felietonach po pobycie w USA podkreślał, że Amerykanin biega po kraju
bez
przywiązywania się do miejsc, a tylko patrząc lukratywności adresu.
Gdybym
sobie wyobraził, iż w Biłgoraju lub Zabrzu zarabiałbym więcej, niż w
Gniazdowie
– i zaczął jeździć od kwatery do kwatery, doznałbym zawrotu głowy oraz
ataku
melancholii. Toteż imponują mi, podziwiam ich, gdy widzę takich, którzy
potrafią peregrynować pilnie tam i siam, mając ze sobą jedynie siebie,
a za
oknem (auta lub mieszkania) cokolwiek... Potrzeba w tym celu ogromnego
hartu
indywidualności, że się tak wyrażę, wielkiej siły tożsamości osobistej,
jaka da
się wozić bez uszczerbku z kąta w kąt. Niemniej, niczym jednostki
wodne, ma się
zazwyczaj nazwę portu macierzystego
wypisaną na stałe poniżej relingu. Dobrze, że takową przechowujesz w
sercu i w
Polsce, tym się różnisz od tamtych pcheł, skaczących gdzie się da, ba!
że nawet
mister Boehma zdajesz się pomaleńku zakotwiczać w ojczyźnie kolegi
Chopina...
Wańkowicz jak najświadomiej tęsknił do swej sennej żaby w ciepłej
kałuży, może
dlatego, iż mu ta nazwa przypominała Kałużyce –? Wiedział, co robi. Frapującą
ciekawostkę podajesz, mówiąc o roślince, zwanej przez Ciebie po
starosłowiańsku
– i ślicznie – „bogunwiją”! Nie mógł się spodziewać przed dwustu laty
stary
Louis Antoine de Bougainville w swych wokółświatowych podróżach
botanicznych –
gdzie zostawiał po sobie nazwy „rodowe”– iż zostanie kiedyś tak
ślicznie opolaczony, niemal na wzór jakowegoś
bożka prapiastowskiego... Bogunwija, Bogusław, Bogumił, Boguchwała,
pasuje do
kolekcji jak ulał. Szkoda, że o tym nie wiedział smakosz polszczyzny,
Sienkiewicz gdy opisywał np. buganwille w pustyni, a raczej w puszczy! Inne realia
raczej mi bywają nieczytelne, jak choćby informacja, że Tomek „wyleciał
z JFK”.
Wyleciał z Johna Fitzgeralda Kennedy’ego? Zapewne to jakieś lotnisko,
ale nie
mam pewności. W ogóle nie doganiam mnóstwa współczesnych terminów i
określeń, z
zasady amerykanizowanych. Ostatnio mi wtrynili w firmie telefonów
komórkowych
jakiś – ponoć niezbędny na świeżym etapie technicznym – rewelacyjny
aparat,
który m.in. łączyłby mnie z internetem, gdyby... funkcjonował.
Najzwyczajniej
oszukali, dodając zresztą książeczkę, gdzie jest pono szczegółowy opis
warunków, ale napisaną niepojętym dla mnie językiem technicznym. I leży
to
cudeńko jako szmelc, nieźle opłacony specjalnym (bo o to szło!)
abonamentem. Korzystamy
ze starego, po paru latach już przestarzałego urządzenia, do którego
zabrakło
baterii i trzeba ów przenośny mechanizm trzymać jako stacjonarny, na
drucie,
włączonym do sieci. A żadnego Internetu nie używałem, nie używam i nie
użyję,
choćbym i mógł. Jednym słowem wykołowano mnie haniebnie, a ja pozostaję
bezradny wobec elektronicznych cwaniaczków. Podobno kiedyś tzw. zasięg, czyli pole ma objąć i tutejszą
wieś, chwilowo jest to tylko w sferze
obiecanek, pozwalających nabierać gości. Brrrrrl! A to, że Tomek
pięknie obrotny i twórczy, bardzo raduje. No i że ma klientów na swoje cartoons, czego o sobie powiedzieć nie
mogę. Z niedocieczonych do końca przyczyn ten gatunek publikacji u nas
zwiądł
od kilku ładnych lat. Żyję z ilustracji książkowych, reklam, trochę z
felietonistyki i czego się da. I ciągle jest tak, jak u „Alicji w
Krainie
Czarów”: – należy bardzo szybko biec, aby przynajmniej stać w
miejscu... Wiem,
że to na tle świata jest NORMALNE, ale pod warunkiem właśnie światowym,
iżby
mianowicie nie było przerwy w ewolucji warunków. U nas wszakże przerwa
była, i
to okrutna, bezmała półwiekowa, kiedy wszystko stało na głowie, było
paranoiczne i bezsensowne. Jak po tym nawrócić ku logice? Takich
enerdowców
zachodni Niemcy nie mogą wciąż ustawić w konkretach sensu światowego,
zdemoralizowano wschodniaków doszczętnie. Takimi okolicznościami, jak i
nad
Wisłą, gdzie powstało najpotworniejsze powiedzonko destrukcyjne: – „Czy
się
stoi czy się leży, dwa tysiące się należy”. Podźwignąć ogół z tego
bagna jest
niewymownie trudno, zwłaszcza gdy ten ogół wciąż się obsuwa ku swym
oprawcom,
wciąż w większości forsuje do władzy byłych właścicieli Peerelu... Ha,
sam
Wałęsa rozdeptał się własną lewą nogą, co już dawno sygnalizowałem na
łamach
„Dziennika” w Niujorku, inni też zupełnie zgnoili swe niegdysiejsze
sukcesy.
Smutno. Co do
ewentualnego obejrzenia „Gwiezdnych wojen”, to moje namowy są tylko
jednokierunkowe. Iżbyś się pobawiła, jak ja, aluzjami autora do różnych
gatunków filmowych, czyli obejrzała kolekcję zabawnych parodii
ekranowych.
Jednakże wiem, sam tego doświadczam, – że po owym dziełku powstało tyle
bredni
z fikcyjnymi mechanizmami i komiksowymi awanturami, że nie sposób
patrzeć,
kiedy to wszystko na ekranie wybucha, fruwa, świszcze i buzuje. Kiedy
widzę, że
w telewizorze znowu się rozrywa kosmitów w strzępy, albo leci rakieta
przez
Kosmos, to uciekam jak mogę! Swoją wszakże drogą Maciek z Maksem, będąc
na
Mazurach pod żaglami, oglądali bardzo efektowne UFO na tamtejszym
niebie... No,
ale to inny gatunek przeżyć, niż eksplozje idiotyzmów kinowych. Do żałosnej,
przygnębiającej listy tych, którzy spaskudzili własny, piękny ethos
antykomunistyczny, należy niestety także – wzmiankowany przez Ciebie –
Giedroyć
w Paryżu. Upadł aż tak nisko, że z poduszczenia nihilisty Michnika
wpuścił do
redakcji, podając mu nawet rękę (!!!) Jaruzelskiego... Co za
degrengolada i
wstyd. Znowu muszę krzyknąć: – brrrrr! Pytasz u końca
listu „czy w Polsce są nawyki, by dzielić się zarobionymi pieniędzmi,
nawet w
skromnym zakresie, w dobrym celu, czy sponsoruje się instytucje, cele
kulturalne” etc –? A jakże. Coprawda nie na – powiedzmy – moim poziomie
finansowym, czy tym bardziej niżej pod względem zasobów, ale
powszechnie w
sferach, mogących sobie na pozwolić. Takich jest sporo. Niezależnie od
zbiórek
funduszy i różnych darów z okazji np. klęsk czy dalekich wojen, tu
płyną i
groszowe, serdeczne datki oraz prezenty dla poszkodowanych. Potem pani
Ochojska
wiezie to ciężarówkami na każde Bałkany lub do innej Czeczenii. Po
pismach zaś
stale spotykamy (bardzo żebracze w tonie, ale przecież skuteczne)
apele, by się
złożyć na operację małej dziewczynki lub chłopczyka, bo rodziców nie
stać.
Stała obecność takich apeli świadczy, że rzecz działa. Ogromnie mi to
przypomina praktyki dziadów proszalnych, co to wystawiają na widok
publiczny
kikuty uciętych nóg lub inne kalectwa, by budzić litość – jednakże
mechanizm ów
przynosi ulgę niejednemu. Łącznie ze zgrają oszustów, nabiegających
publiczność, ale to już taki koszt zjawiska. My tutaj, jak
wiesz, trwamy do połowy listopada, a nuż Państwo Boehmostwo zdążą
zawitać na tę
wieś? W Warszawie zapraszamy także, lecz już nie ma to tak ładnej
otoczki. Obecnie, że to
wakacje, delektujemy się wnuczętami, czasem wpadnie i Maciek. A
Weronisia – już
dojrzała malarka i graficzka, jak zgodnie twierdzą eksperci – szykuje
się do
swych kolejnych wystaw, acz jeszcze do matury nieco brak – i hula na
swojej
klaczce po tutejszym pejzażu, a także po różnych zawodach konnych. Z
dobry mi
wynikami sportowymi. Maksio ma do matury ze cztery lata, nie
entuzjazmuje się
szkołą, naśladując w tej abominacji Tomasza Manna i Einsteina... Co zameldowawszy, pozdrawiam
serdecznie, niereformowalny
borsuk podlaski Szymon PS. Mapę „Uroki
Polski” załatwiam dla Twych towarzyskich kręgów w firmie, która to
wydała, ale
na wszelki wypadek jej adres: TERRA NOSTRA, 02 123 Warszawa, ul
Korotyńskiego
25 tel-fax (022) 659 29 64 52. Wieś Gniazdowo,
25 sierpnia .2000 (Best wiskes to Oleńko Boehmiła! Jak widzisz,
zacząłem
od końca Twego listu, bo tam były miłe słowa od mister Normana. A tuż nad tym
Bogunwija. Oczywiście, że mi się to Twoje spolszczenie Bougainville’a
spodobało, tak jak polubiłem dzisiejszych wyznawców Światowita i
Swaroga (bo są
tacy, stworzyli sobie nawet obrządki kultowe!) za zmienienie
pejoratywnych
„pogan” na sympatycznych bogan! Popieram tychże
bogan jak mogę, podobnie do Związku Szlachty Polskiej i innych ruchów,
podtrzymujących różnej długości korzenie naszej tradycji. Stąd i
przynależność
– jedyna, którą podłączyłem do życia – do Stowarzyszenia Miłośników
Dawnej
Broni i Barwy, tudzież życzliwe kontakty z heraldykami i archeologami. Nie traktuję
jednak ani tego wszystkiego, ani też innych okazji, jako obiektów
dofinansowywania z prywatnej kieszeni. Najbliższe sercu byłoby mi (nam)
Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami, ale pozostaję tu przy gratisowym,
kiedy się
tylko możliwość nastręczy, dawaniem rysunków, plakatów, ulotek itp. – a
nie
pieniędzy. Albowiem te są najbezczelniej rozkradane, wszędzie dokoła.
Jakieś
zbiry żerują na bezmała każdej akcji, inicjatywie, sprawie
ogólnoludzkiej i
innych tego typu zjawiskach. I to jest, niestety, ponurą regułą. Tak
jak np.
podatek od kierowców zwany drogowym, lecz ani groszem nie wspomagający
naszych
fatalnych dróg. Trudno w tych warunkach o odruch, zwłaszcza powszechny,
oferowania własnej gotówki anonimowym, nieuchwytnym gnojom. Dam Ci
typowy
przykład tego stanu rzeczy: – oto przed laty któraś gazeta napisała, że
zaprojektowałem (jasne, że darmo, co bodaj przemilczeli) specjalną
pocztówkę na
zagranicę, dla różnych Polonii, aby ciułano fundusze na odbudowę Zamku
Królewskiego. Podano też, że w efekcie rodacy belgijscy zebrali tymi
moimi
„cegiełkami” tyle-a-tyle tysięcy franków. Poczym spotkałem pewną
facetkę, skądinąd
hrabinę Dąmbską, która wręcz spytała, ile z tego kapnęło dla mnie –?
Oburzyłem
się, ale nie wierzyła mi absolutnie, jeno mówiła: „Przy tak ogromnej
forsie dla
pana ani grosza?!?...” I to jest właśnie nawyk, hamujący fundatorskie
odruchy,
nawyk notabene powzięty hen z głębi zaboru rosyjskiego i wszelkich
gogolowskich
czynowników, z których każdy szarpał ku sobie. Niczym wobec onego
bogusławowego
„postawu czerwonego sukna”, a więc i rodzimych zwyczajów... Nawet w
najdrobniejszej skali działa ten parszywy mechanizm, że się robi, jeśli
się
zarobi – i obecnie czytam w gazecie, iż gnije pół tony owoców i warzyw,
zebranych przez działkowiczów dla stołecznego ZOO, bo nikomu się nie
chciało w
tymże ZOO załatwiać transportu. Nic by na tym nikt nie zarobił. Co
innego
zbiórka na różne cele, tu „mechanizm pocztówek zamkowych” działa
energicznie,
oczywiście według modelu owej hrabiny. Stąd, powtarzam, trudno o nawyk
i
rozległość prywatnych dotacji na szczytne cele, acz mimo to i tak
ludzie dają
sporo. Nie tyle, ile by można było uzbierać bez złodziei po drodze,
lecz dużo.
Odruch serca bierze górę, szkoda tylko, iż jest tak nagminnie
marnowany.
Dlatego osobiście wolę przyłożyć rękę, a więc pracę graficzną, tekst w
druku
itd., niż powierzać (ze sporym trudem zarobione) dobra nie wiadomo
komu, z
wątpliwą perspektywą godnego zużycia. Co tyczy
amerykańskiej skoczności po całej mapie – ha! Są wręcz rozległe
społeczności
typowych nomadów, którzy mają pęd do pędu zakodowany w genach. Beduini
chociażby, czy Cyganie. Kultury wędrowne, i to od zawsze do dziś. A
wśród
narodów z zasady osiadłych jawią się jednostki czy nawet grupy o
podobnych
skłonnościach. Najwidoczniej Ty – z miłym panem Normanem – należysz do
takich
właśnie dobrowolnych nomadów, w czym amerykańska łatwość peregrynowania
tam i
siam pomaga jako dookolny obyczaj. Ja się psychicznie wiodę z rodów,
rzekłbym,
kamiennych, a więc tych, co to osiadają najchętniej w jakimś miejscu
niby głaz
i pragną jak najspokojniej obrastać sobie ciepłym mchem. Już Danka ma
inne
inklinacje, to ja ją – aż przykro patrzeć – zawsze hamowałem w tej
mierze. Nasz
Maciek, początkowo ruchliwy jak pchła, jął z biegiem lat coraz bardziej
„kamienieć” i tak geny matki kontra genom ojca stwarzają mu
ambiwalencję
skłonności. Wnuki, wyobraź sobie, mają jeszcze wyraźniejsze chęci do
osiadania
w jednym, sercem wybranym, najdogodniejszym nastrojowo miejscu.
Weronisia,
mogąc wybrać Paryż lub Gniazdowo dziadków, wraca uparcie do Gniazdowa.
Ba tu
planuje w przyszłości osięście na stałe, założenie wymarzonego ośrodka
jazdy
konnej i – co nam szczególnie imponuje – hippoterapii dla
niedorozwiniętych
dzieci, a także pracowni plastycznej, jako źródła zarobków. Być może –
gdyby
się zaczęła rozglądać – dużo lepsze po temu warunki znalazłyby się w
Hradec
Kralove, albo pod Hannowerem czy w rejonie Szczecina (może być i
Kordoba lub
okolice Chicago) – ale Gniazdowo jest od urodzenia JEJ.
I to element decydujący, przeważający, naczelny. Rozciąga się to –
dodam melancholijnie – i na czas po czasie... Od kilkudziesięciu lat
wraca mi
stale na pamięć zakończenie pewnego wiersza Puszkina, które brzmi w
oryginale: ...I chot’
biezczuwstwiennomu tiełu Rawno po wsjudu
istliewat’, Wsio bliże
k’miłomu prediełu Mnie by chatiełoś
pacziwat’... Co się przekłada
– jak pisał Boy: – na polskie: ... I chociaż
nieczułemu ciału jest obojętne,
gdzie ma stleć, to ja u progu
mego domu chciałbym swe
wieczne miejsce mieć... Przepraszam za
częstochowski rym, lecz żaden inny mi nie przyszedł do głowy, tak jak
przepraszam za to wylepianie maszynopisu paseczkami poprawek, gdy
popełnię
jakąś literówkę. – Od dawna namawiają mnie znajomkowie na używanie –
jak Ty
czynisz – komputera, bo wtedy pyk-pyk, wymienia się elektronowo krzywe
słowa na
proste, ja jednak nie umiem się duchowo zdobyć na tę maszynerię.
Zostanę już,
jak w tej chwili, przy lepieniu paseczków. Akurat odwiedził
nas największy polski egiptolog (zarazem najmniejszy, bo niemal
karzełkowaty
wzrostem), prof. Andrzej Niwiński, który mimo swych naukowych tytułów
wygląda
jak chłopię. Takie chłopię z bródką. I powiedział, że definitywnie
zerwał z
niemal siłą wmuszonym weń komputerem. „Napisałem – rzekł – całą
dyskietkę
danych i ich opracowania, poczym to draństwo spytało, czy ma gotowy
materiał
sformatować. Myślę sobie: – nada notatkom jednolity format, no to lu!
Naciskam
guzik, że tak. To on mi wtedy całą robotę, wielogodzinną robotę drań
zlikwidował! Bo w jego języku to sformatowanie oznacza usunięcie!! Co
za
świństwo!” I wrócił do poczciwej, jak moja, maszyny do pisania, którą
pan Prus
już się zachwycał. A choć w prusowskiej epoce była ona nowością taką,
jak teraz
ten drań komputer, to mimo wszystko jest to przyrząd stokroć
naturalniejszy,
powiedziałbym: bardziej biologiczny niż elektronowe pudło z własnym
słownikiem
abrakadabry. No, ale z tym tak samo, jak z podróżowaniem innych ludzi:
– ja się
wzdrygam, lecz przecież nie odmawiam nikomu, skoro ktoś chce, jeżdżenia
po
całym bodaj globusie! Tymczasem,
wykonawszy na zamówienie szefa ISKIER, Uchańskiego, portrety do jego
redakcyjnego muzeum pod wezwaniem Boya (jest tam Boy, Franc Fiszer,
Waldorff,
Kisiel i M. Brandys), przygotowuję się do dalszych – bo on chce je
mieć –
podobizn literackich. Proponuję uparcie Wańkowicza, choć najtrudniejszy
do
narysowania, bo mu się twarz niesamowicie zmieniała z latami. Już
szkicowałem i
nie wychodziło mi nic sensownego graficznie... Zobaczymy, jak będzie,
gdy
dostanę więcej dobrych zdjęć – o ile stanie na Wańkowiczu. A lato już
przeszło w łagodną jesień, pożegnawszy nas burzami, z których jedna,
szczególnie wichrowa, powaliła nam ten piękny dąb, który od małego
wyrósł
potężnie za naszej tu kadencji, tuż przy domu. Nadto 68 godzin byliśmy
bez
prądu, tzn. wody, lodówki etc. Oby tylko takie kłopoty nas nękały! Co rzekłszy –
pozdrawiam Cały Circle Szymon 53. Warszawa, 3
stycznia.2001 Oleńko Boehmiła! We wczesnych
godzinach porannych nowego, pierwszego dnia, tygodnia, miesiąca, roku,
wieku i
millennium napisałem do Ciebie przepiękny list z podzięką za Twoje
życzliwe
słowa. Następnie wygładziłem ten tekst stylistycznie, poczym
przeczytałem da
capo, podarłem i cisnąłem do kosza. Albowiem rzecz była tak
przesiąknięta
goryczą, którą epistolarnie wylałem znienacka na Ciebie – nie winną
przecież
niczemu! – że się to nie nadawało do wysyłki za ocean. Dziś więc
zaczynam od
nowa. Gorycz owa bierze
się głównie z metryki, po prostu (w zgodzie z regułą, iż aby żyć długo,
należy
w tym celu być starym) jestem sobą tak zniechęcony i znudzony, że
nastrój ten
wyłazi nazewnątrz również w korespondencji. Miałoby się bowiem chęć
rzec sobie:
– „No wystarczy. Natyrpałeś się, dziadu, naharowałeś już dość, teraz
sobie
usiądź gdzieś w kącie, niczym do niczego nie poganiany, niczego nie muszący, i siedź tak, niknąc aż do
zera”. Tymczasem pies przychodzi i powiada, że jest siódma rano,
południe, lub
dziewiętnasta, czyli spacer, albo dzwoni – na całe szczęście!! – jakiś
klient,
zamawiający portret Marszałka Piłsudskiego, nadchodzi zaproszenie do
jury,
oceniającego kalendarze, wraz z obietnicą dobrej zapłaty za
posiedzenie, nadto
trzeba wykonać ileś robót za darmo i ku czci, pojechać na miasto po
dalsze
sprawunki, bliższe przynosząc ze sklepu na parterze naszego domu, jak
co dnia.
Kot tylko nie absorbuje sobą zbytnio, ot, przyjdzie się przespać u mego
boku
nocą, ewentualnie podczas południowego szlumerka, czy popołudniowego
chrapania.
Rekordzistka wiekowa, sikorka Mańka, osiągająca już dziesiąty rok
życia, wymaga
najmniej, mam ją tylko podać Dance na stół do obrządku i odstawić
później na
okno. Na wsi będzie łatwiej pod względem fauny, tyle że dojdzie
szoferowanie, w
Warszawie całkowicie zastąpione taksówkami, wzywanymi co kilka dni do
oblotu
miasta w iluś punktach ciurkiem i hurtem. Z rozrywek jeno telewizja
(Dance
dochodzi rozwiązywanie krzyżówek), czasem, nad wyraz rzadko jakiś
odosobniony
gość, jedynie wnuki, wnuczka zwłaszcza – to osłoda i opromienienie
żywota
dziadków. Załączam fotkę tejże Nisi na kobyłce Nadziei, przed startem
do tzw.
Biegu św. Huberta opodal Gniazdowa. Poprzedni bieg wygrała, zdobywając
lisią
kitę i flo – nigdy nie jestem pewien, jak się to pisze – oraz uznanie
fachowców
od pięknego stylu jazdy. Rozrzewniła mnie
Twoja propozycja, abym się zjawił z tą-że wnuczką u Was za Wielką
Wodą... Ha,
nie mogę opuścić domu na dłużej, niż parę godzin, bo kto wyjdzie z psem
na
kolejne sikanie? Kto dostarczy z rana bułki, maślankę i wędliny? Kto
wykona
osiemnaście rysunków do broszury o zaletach Buska Zdroju na piątek? Już
nawet
pomijając kwestię zasobów energetycznych, zapasu witalności, niezbędnej
do
wykonywania zawodu. W tym momencie przerwałem na chwilę, bo właśnie
zadzwonili
z jakowegoś gremium, kreującego „mistrzów mowy polskiej”, które
postawiło mnie
w czołówce kandydatów do tego tytułu. Przyjedzie zatem za dwie godziny
facecik
dla zrobienia wywiadu wstępnego – a więc muszę być stale na posterunku,
by nie
wylecieć całkiem z rynku, z pola widzenia, z wszelkiej konkurencji.
Nigdy nie
lubiłem podróżować, nawet gdy miałem potężne zapasy sił, tymbardziej
ani mi
myśleć o peregrynacjach, kiedy skąpię owych sił, wydzielając po
okruszku na
najniezbędniejsze doraźności... Niemniej miło mi bardzo, gdy czytam
takie
zaproszenia w daleki świat, dzięki stokrotne! Nie inaczej,
kiedy namawiasz mnie do filantropii, co oznacza Twoje przekonanie, że
dysponuję
pieniędzmi ponad konieczne życiowe potrzeby i mogę te sumy rozdawać
chorym,
Indianom, pechowcom oraz kalekom w kraju czy na świecie. Każdemu życzę
tak
dobrego samopoczucia finansowego! Niestety nie dysponuję ani groszem
powyżej
rodzinnych konieczności, raczej oscyluję zarobkami i oszczędnościami na
samej
granicy kwot obligatoryjnych, czasami zapadając nieco niżej, co
nadrabiam w
panice i popłochu. Bywają też przerażające dziury zarobkowe, kiedy nie
nadchodzi żaden obstalunek, zaś zbiornik retencyjny konta zaczyna
pustoszeć i
straszyć. A wydatki nie maleją, priorytetem jest tu wszystko, co tyczy
potomków, Maćka i wnucząt, muszę każdej chwili być gotów do wsparcia,
podtrzymania kasy, podsunięcia grosiwa. Nader chętnie obsypywałbym
wszelkimi
dobrami wszelkich ułomnych, niedopieszczonych socjalnie i w ogóle
żałosnych. I
wysoko cenię Osoby, będące w stanie to czynić, bo znaczy to, iż mają
nie tylko
dobre serca, ale i uspokajający budżet domowy. Nie umiałem się tego
dorobić,
eheu. Pięknie, że
ciągniesz coraz wyraźniej i skuteczniej ku Starej Ziemi, zagarniając i
mister
Normana do Polski! Tylu się Ketlingów w naszych dziejach chwalebnie
opolaczyło,
że do Lindego, Canaletta z Bacciarellim, Kallimacha, Galia Anonima,
Jarossy’ego
czy Margueritta warto dodać i Twego Małżonka! Co rzekłszy, pozdrawiam
serdecznie i niezmiennie Szymon PS. Dzięki też za
prześliczne stampsy z petami (tu mi tekst wlazł na wcześniejszy
podpis).
Załączam przy okazji ostatnie – zapewne – zdjęcie Giedroycia, nadesłane
mi
przez społecznika z prowincji, Czesława Szawiela (73 150 Łobez, ul
Kraszewskiego
51/1), twórcę wielu placówek i imprez w szczecińskiem, w tym muzeum
paryskiej
KULTURY. To dopiero wulkan inicjatywy i żarliwości socjalnej! Może Ci
się
przyda jako spec od giedroycianów? A jeździ po świecie wefte i wefte,
różne
Lafitty zaliczając! Polecam człeka. 54. Warszawa, 12
marca 2001 Oleńko Boehmiła! Zaznaczyłaś w
liście: – „PS. Nalepka na kopercie zwróci Twoją uwagę” – i
rzeczywiście, kiedy
zobaczyłem tam współrzędne Twego Męża Normana, a nie żeńskie,
wystraszyło mnie
to niepomału!... Co się stało?!? Na szczęście po rozerwaniu koperty
zobaczyłem
tekst po polsku i odetchnąłem. Co zresztą nie wyjaśniło mi, czemu
nadawcą był
tym razem – tu ukłony i pozdrowienia! – Pan
czesko-niemiecko-amerykańsko-polski. Zbitka ta wynika z faktu, że po
niemiecku Böhm
znaczy „Czech”, a idzie o człowieka z Ameryki, ożenionego z Polką.
Nadmieńmy,
że i przesławny jenerał Bem, to też efekt fonetyczny Boehma czyli
Böhma, co
tyczy też naszej tutejszej pieśniarki (z chrypką w jazzie) Ewy Bem. O kotach, a
ściślej: – o kocicy Koci piszę w załączeniu, jak rozkazałaś. Właśnie mi
wlazła
na biurko, bo czegom zapomniał rzec w jej charakterystyce, to to, że
uwielbia
ona kłaść się akurat na tych papierach, jakie są w danym momencie
obrabiane,
czytane, układane etc. No i ładuje się w każde – zwłaszcza nowe –
pudełko,
pudełeczko, pudło, które napotka w mieszkaniu, co dotyczy również
toreb. Musimy
dobrze pilnować, by nie odziała się w plastikowy worek, mogący ją
udusić! Sikorka Mańka
kończy latoś nie 10, ale 9 lat, co i tak jest godnym Guinessa rekordem
wiekowym. Oślepła najpierw z miesiąc temu na jedno, ostatnio na drugie
oczko,
lecz kiedy błysnął flesz aparatu fotograficznego, drgnęła wyraźnie,
tzn. na
mocne światło jeszcze reaguje. Jest zresztą wesolutka jak zawsze, a że
odległości między pręcikami w klatce ma opanowane automatycznie przez
tyle
czasu, ślepota praktycznie jej nie wadzi w życiu potocznym. Jeno
jedzenie
lepiej teraz kłaść na podłodze, łatwiej je znajduje. Co tyczy tematu
„filantropia w USA i nad Wisłą”, różnice nawykowe istotnie są duże i
zastarzałe. Mnie akurat ojciec-społecznik przepoił poglądem, że należy
dokładać
wszelkich starań (jak sam w pocie czoła czynił całe pracowite życie),
aby
biedny znalazł sposób na poprawienie sobie losu, nie zaś dawać mu w
prezencie
to i owo, i to z gestem, zwanym właśnie Filantropią. Ot, prastary
chiński model
z rybą i wędką! Stąd duże opory wobec owego gestu, jakie odczuwam i
mimowolnie
kultywuję. Patrząc zarazem z lubością, gdy na samym dnie bezradności
(np. w
gospodarstwach-ugorach po byłych „sowchozach” czyli pegeerach) ktoś
nagle
potrafi założyć lukratywną hodowlę... strusi, lub pasiekę, czy też inny
skuteczny business. Na takich inicjatywach, jak już spostrzegł pan
Sienkiewicz,
gdy za Modrzejewską pojechał za ocean, wyrosła zaradność pionierów w
Stanach i
wszelkie efekty materialne ekonomicznego kolosa. Nie czekali na żadną
mannę,
tak z nieba, jak od sąsiada. Toteż raczej w jakimś Utah, a nie w
Warszawie
winien dominować nawyk samodzielności, chyba że idzie o zwierzęta, te
istotnie
nie mają co liczyć na siebie. Wszelako i tu najwyżej cenię układy
strukturalne
opieki nad fauną, niż pojedyncze dotacje. Brigitte Bardot montuje
właśnie
struktury ochronne dużo wyraziściej, niż by organizowała kwesty, acz
dobre to i
to. Uderzyła wszakże w ważną strunę: – w ludzki snobizm, tworząc cel
„być kimś
takim, jak wielka gwiazda!”. Dalej powiadasz,
że walczycie Oboje o drzewa, zwane (nie tak jak sądzisz, bo:) sykomory, ma tu być O zamiast A. Taka
jest tradycja językowa w tej mierze, co się jawi i w polskim
przekładzie
Biblii, i w niezliczonych innych tekstach – melduję posłusznie.
Zastanawia mnie
wszelako, czemu to akurat owa, jak ją zwie encyklopedia wedle Lewantu:
– „ośla
figa” jest akurat obiektem Waszej troski i czy nie idzie o, dajmy na
to, sekwoję,
pomnikowe drzewo Nowego Świata, całkiem odmienne od tego, co nauka
określa per
FICUS SYCOMORUS –? Aczkolwiek, przy ciężkostrawnych owocach, sykomory
dają
drewno wyborne na meble i rzeźby. Jednakowoż jego, tego drzewa
występowanie
kojarzy się przyrodnikom raczej z Egiptem i w ogóle Afryką wschodnią, a
nie
którąś z Ameryk... Odbieram zatem sprawę jako zagadkę. Dodam, iż
Słownik
Wyrazów Obcych Kopalińskiego wywodzi roślinę – widząc w niej głównie
tworzywo
rzeźbiarskie przy niesmacznych figach – z Afryki, a jej nazwę z greki,
z wyrazu
sykomoros. Co tyczy
materiałów (gratisowych), jakie miałbym wznowić na łamach polonijnego
„Teraz”,
chętnie coś wybiorę z mego dorobku i prześlę odbitki, na co mi trzeba
nieco
czasu. Wzmianka o Madame
Marien skojarzyła mi się z cytowanym tu Kopalińskim, bo jest od owej
pani rok
starszy! A jaki żwawy!! Świeżo wybrał się ze mną do Liceum Plastycznego
Weroniki, gdzie dyrekcja całą olbrzymią aulę poświęciła dla – jak ją
zwie
szefowa: – „chluby szkoły”, czyli Weroniki. Załączam Ci jeden z
zeszłorocznych
pejzaży panny, studium rzeczki Liwiec koło Gniazdowa. Już wielu
fachowców
przyjmuje za całkiem naturalne to, że dziewczyna (rocznik 1981) miała
cztery
wystawy, w tym dwie indywidualne. Albowiem: – „już jest dojrzałą,
świadomą
swojej sztuki artystką” – a Kopaliński dodaje: – „..i równie pełnym człowiekiem!” Na koniec ponowne
dzięki za „przyjazny dom w tych stronach globu”, pozdrowienia mister
Normanowi Szymon Załączniki: trzy
fotki, Kocia z Felkiem w Gniazdowie, Weronika na swej klaczce Nadziei
podczas
„biegu św. Huberta”, oraz zdjęcie gwaszu „Liwiec” tejże wnuczki oraz
trzy
materiały dla „TERAZ” ,a nawet cztery. 55. Wieś Gniazdowo,
20 września 2001 Dzieki za
fascynujący list i imponującą przesyłkę! Oleńko Boehmiła! W malutkiej wiosce,
w równie małej szkółce podstawowej (ufundowanej ongiś wraz z kursami
drobiarskimi przez Helenę Paderewską, dziś z mężem patronkę tej
placówki)
odbyła się świeżo uroczystość ku czci muzyka i jego połowicy. Było
odśpiewanie
hymnu minuta milczenia z myślą o nowojorskim kataklizmie – Twój list
powstał
dzień wcześniej! – potem świetny koncert profesorki Konserwatorium i
wreszcie
występ małomiasteczkowego chóru młodzieżowego, który po kilku nader
trudnych
utworach odśpiewał monumentalny „Hymn do wolności”... po angielsku! Tak
wygląda
dziś wioska w zapadłam kącie Podlasia. Ta dziatwa, oddająca hołd
ofiarom
terroru w mowie owych ofiar, nie mogłaby się pojawić w ubiegłym
reżimie, na
jaki obecnie ochoczo głosuje – by coś z niego przywrócić – większość
rodaków, skądinąd
pilnie uczęszczająca do kościołów, natomiast nie czytająca żadnych
książek. Zdaje się, że statystycznie wypada na rok jeden
tytuł, albo mniej. To wiele wyjaśnia. Również w kwestii Wańkowicza,
pisarza,
zapomnianego. Tak, jak wyparowali Słonimski, Wiech, Iwaszkiewicz,
Brandysowie,
Kuncewiczowa – – – mógłbym tę listę ciągnąć kilometrami. Kilka nazwisk
z
Sienkiewiczem na czele ratuje kino, dając niejakiego Mickiewicza czy
Wyspiańskiego, bo już z Żeromskim gorzej. Hegemonem telewizja, niemal
już do
szczętu wyprana z tematów kulturalnych, tradycji historycznej,
tożsamości
narodowej, rodzimej sztuki czy innych elementów polskości. I tylko, –
jak
obserwuję, żyjąc w tym zapadłym wiejskim kącie, – bokami, „w terenie”
zwanym
kiedyś prowincją, żyją jeszcze imponderabilia typu ukazanego na
wstępie. Tu się
ludziom CHCE działać po dawnemu,
judymowemu, kulturowemu, tu cwałują ułani (nasza Weronika jako „ułan z
cenzusem” należy do 5 pułku Zasławskich z m.p. w Wyszkowie), tu
nieletni
śpiewają po angielsku kantatę światowej solidarności... Bez uciekania się
do tzw. spiskowej teorii dziejów widać od kilku znamiennych lat, że
rynek
księgarski, tak zresztą jak prasowy, a już szczególnie najmocarniejszy:
telewizyjny – jest w rękach czerwonych, oni dyktują podaż i dobór
towaru. Stąd
brak Wańkowicza et consortes, co jest akcją od dawna świadomą i
konsekwentnie
prowadzoną, choć zamiast Marksa itp. drogowskazem jest aliaż władzy z
najcięższą forsą. Ponad ćwierć wieku temu, gdym ilustrował piękny cykl
powieści
młodzieżowych, rozwijający się fabularnie wzdłuż dziejów Polski,
szefowa
wszystkich krajowych wydawnictw, towarzyszka Zatorska z gatunku „ciotek
rewolucji” – ucięła nagle całą sprawę, wyjaśniając, że tacy
Przyborowscy,
Gąsiorowscy, Domańskie etc „sieją szowinizm wśród młodzieży”. Jako
podłych
nacjonalistów, sługusów imperialistycznych podżegaczy wojennych,
należało tych
autorów wycofać, jak dziś nie dopuszcza się do ich zaistnienia. Niemniej przełom
ustrojowy, jaki się zdążył dokonać, zanim wrócili – jak dziś – do żłobu
i tronu
destruktorzy ojczyzny, przełom ten wydał swe chwalebne owoce, a
mianowicie ową
bujną, kwitnącą pozytywami „prowincję”. Jedziesz Polską i widzisz w
miejscu
ponurych ruder, odrażających klocków nakazowej architektury peerelu,
zamiast
pauperyzacji i siermiężnnego pejzażu – jasne skupiska nowych, zasobnych
domów,
domków, rezydencji wręcz, byle mieścina kipi dostatkiem i nie zahamuje
tego
umyślne, dywersyjne biadanie czerwonych massmediów i agitatorów, że
„solidaruchy” zrujnowały nam wszystko, że nędza wszędy, prostracja i
dno. A
zobacz parking przed byle kościółkiem co niedziela, jakich czołowych
marek i
jak liczne auta tam stoją, jak wygląda roześmiany festyn (świeżo
zaliczyłem
taki z okazji wystawy poplenerowej we wsi Kamieńczyk nad Bugiem, z
udziałem cudzoziemskich
artystów, paradą orkiestry dziewczęcej w komicznych mini i znów z
samochodami
super klasy!) – by ujrzeć rozziew
między propagandą drani, a faktami. Wszakże tam, gdzie dranie mają
wpływ na
stan rzeczy, Harry Potter zwycięża i Wańkowicza, i Prusa, i Dygata lub
Boya...
O ile ten statystyczny rodak weźmie w ogóle książkę do ręki, gdy ma
Reality
Show na codzień w telewizorze. Wańkowiczów zaś i reszty Dygatów w tej
sytuacji
się nie wydaje – i tak błędne koło zostaje zamknięte. A teraz na inny
temat. Pytasz mnie o
moje kontakty z ODRĄ... Ha! W ogóle nie miewam tego pisma w dłoni, nie
kupi się
go w żadnym kiosku dokoła. Mnie różne pisma przedrukowują, nie dostaję
ani
grosza, by the way. Analogiczne praktyki znane są szeroko, ot,
chociażby – co
miłe dla mnie, głównie z uwagi na rysunek Weronisi!! – tekst w
filadelfijskim
TERAZ, wzięty w całości z miesięcznika wojskowego RAPORT, ale z
nadrukiem:
„Specjalnie dla TERAZ”. Tyz piknie. Grosza także nie widać, słowem:
normalka.
Co nie umniejsza frajdy! I podzięki dla Ciebie, żeś to przysłała. I że
owo
pismo chciałoby czegoś więcej ode mnie. Gdybym tylko wiedział (od nich,
niech
już Ciebie nie męczą), jaki towar ma być dostarczony, wtedy dostarczę
każdy
wedle obstalunku. Mam straszny głód zamówień, to bardzo doskwiera. Zaskoczyło mnie
(niezbyt przyjemnie) że mówisz o swej idącej starości... Masz na to
czas, u
paralusza! Data nie przygniata. To raczej – sądzę – efekt zmęczenia
latami
pobytu w dekoracjach z obcej sztuki. Sto razy na tydzień odczuwałem to,
będąc gdzie indziej, w jakiejś Anglii czy
Szwajcarii, a Maciek w kraju Tella stękał bezmała co rano, spojrzawszy
wokoło:
– „O rany, znowu przepięknie!” Życzę Ci
swojskiej szarzyzny wypoczynkowej i pozdrawiam serdecznie PP Oboje +
Tomka Szymon A teraz ja.
Weronisia jest już studentką I roku Wydziału Grafiki na ASP. Zdała
znakomicie,
tak jak i maturę. Powiększył się nam zwierzyniec o koziołka Kubusia –
mamy
teraz konia, psa, 2 koty, Mańkę – sikorkę i Kubusia Całuję Was bardzo
serdecznie, Danka ******** PAP, IAR, tb: ZMARŁ SZYMON
KOBYLIŃSKI W nocy z
niedzieli na poniedziałek 15 kwietnia grafik, rysownik, karykaturzysta,
eseista
i dziennikarz Szymon Kobyliński. Miał 75 lat. Studiował grafikę w
Akademii
Sztuk Pieknych oraz historie sztuki na Uniwersyteciie Warszawskim. Karierę rysownika
rozpoczął w latach pięćdziesiątych. Publikował swoje prace w wielu
pismach
satyrycznych oraz w licznych zbiorach z rysunkami i karykaturami. Od
1975 roku
przez trzydzieści lat jego rysunki można było znależź na łamach
„Polityki”,
rysował też między innymi dla „Szpilek”, „Kuriera Polskiego” oraz
„Dookoła
Swiata. Od lat
sześćdziesięciu pisał ksiązki o sztuce, m.in. „Obserwacjea plastyczne”
oraz
„Tajemnice pocztu Matejki”. Zilustrował wiele pozycji z literatury
pieknej i
młodzieżowej, wśród nich „W pustyni iw puszczy” Henryka Sienkiewicza i
serię
„Pan Samochodzik” Zbigniewa Nienackiego. Był autorem kilku komiksów
oraz wielu
plakatów. Często gościł w audycjach radiowych i programach
telewizyjnych. gdzie
komentował sytuację w kraju oraz popularyzował sztukę. Był także
scenografem
ponad dwudzuestu spektakli teatralnych i kabaretowych. Zaprojektował
kostiumy
do fulmu „Janosik” Jerzego Passendorfera. Miał wiele wystaw
zagranicznych,
m.in. w Paryzu, Wiedniu i Sztokholmie. Internet: Donosy:
ZMARL SZYMON
KOBYLIŃSKI. RYSOWNIK,
GAWĘDZIARZ I ESEISTA. URODZIŁ SIĘ W 1927 R. W WARSZAWIE, STUDIOWAŁ
GRAFIKĘ NA
WARSZAWSKIEJ ASP I HISTORIĘ SZTUKI NA UNIWERSYTECIE WARSZAWSKIM.
DEBIUTOWAŁ W
1947 ROKU, WSPÓŁPRACOWAŁ M.IN. ZE SZPILKAMI, PRZEKROJEM, KULISAMI,
KULTURĄ,
POLITYKĄ, TYGODNIKIEM SOLIDARNOŚĆ;
ZILUSROWAŁ SETKI KSIĄŻEK. BYŁ TEŻ AUTOREM KOMIKSÓW,
SCENOGRAFEM
TELEWIZYJNYM I FILMOWYM. ZMARŁ WCZORAJ W WARSZAWIE |