![]() |
![]() |
|
|
|
|
|
|
Nr 63,
Wrzesien
2004 |
|
| str. 27 |
- Listy do Redakcji, a właściwie Historia Polski. Krzysztof Kostkiewicz |
|
Pogadajmy
o życiu Listy
do Redakcji, a właściwie Historia Polski Krzysztof
Kostkiewicz
Malkontenci
i
pesymiści jednogłośnie twierdzą, że albo nikt nas nie czyta, albo nikt
z
czytających nie potrafi już sklecić zdania, albo nikogo ostatnio nie
trafił
szlag na nasze, redakcyjne pisanie. A jak może Czytelnicy pamiętają,
szczycimy
się tym, że zamieszczamy wyłącznie teksty oryginalne, napisane
specjalnie dla Teraz.
Przedruków nie stosujemy. To nasza duma. Są oczywiście wyjątki. Ale
spuśćmy na
nie zasłonę miłosierdzia. Któż nie ma słabości? Obojętne,
jakie są
motywy, ja osobiście - i nie targajcie za to całej Redakcji - uważam,
że Czytelnicy
są zwyczajnie leniwi jak nagła cholera. Inaczej by się czasami wyrwali
z
listem. Coś ich wszakże musi poruszać. Czyż nie? A
jeśli nie, to
znaczy, że jednak pesymiści mają rację i wystarczy wam, drodzy
czytelnicy pogoń
za dolarem, a wieczorem tyle siły, żeby przykleić wzrok do telewizora.
Nie
potępiam tego całkowicie, to też potrzebna, nawet bardzo potrzebna
część życia.
Ale jeśli to już wszystko?… Po
odciążeniu wątroby
podzielę się z czytelnikami radością z otrzymanego listu. Czyli nie
jest tak
źle. List jest. Otrzymałem ten list wprawdzie ja osobiście, ale
ponieważ
identyfikuję się mocno, od kilku ładnych lat, z redakcją Teraz,
więc
uznaję, że list ten otrzymaliśmy wszyscy. A jest tego wart. Nadszedł
list od
mojej siostry ciotecznej, Anny Grigo, znanej warszawskiej dziennikarki,
córki
powstańca, Tadeusza Grigo, o którym pisałem w sierpniowym numerze Teraz.
Oddajmy
głos autorce:
„Ja
mam za sobą jakiś
obłędny maraton w pracy, ciężki miesiąc bez wolnych weekendów,
pracowałam też w
swoje imieniny, wróciłam po 22-giej, powoli odparowuję i mam nadzieję,
że ten
miesiąc będzie lżejszy, we wrześniu chcę wziąć urlop. Czekam na wolne
dni jak
na ciastko z marcepanem. Może ze względu na zmęczenie imieniny przeszły
mi
bezradośnie, choć tyle telefonów, życzeń pięknych niebanalnych i nawet
pierwszy
raz od lat morze kwiatów w redakcji. Nie chcę więcej narzekać, bo
pewnie
wszystkie listy z Polski jakby pisali malkontenci. (Oj prawda, prawda –
KK) Dziś
jest
poniedziałek, drugiego sierpnia, od rana leje deszcz, po tygodniu
pięknego
słońca. Przeżyliśmy w Warszawie niezwykłe dni związane z 60-tą rocznicą
Powstania Warszawskiego. Dla mnie był to czas mokrych oczu. I ze
względu na
Tatę, ale także Mamę, która była harcerką łączniczką. Były to też dni
patriotyzmu, jakiego nie widziałam tu nigdy. Mamy wreszcie, po raz
pierwszy
prezydenta miasta, który jest nie tylko gospodarzem, jest też godny
szacunku.
Kaczyński (a pamiętasz film "O dwóch takich, co ukradli księżyc"?) -
sam jest synem powstańców - okazał tym bardzo już starym ludziom tyle
szacunku
i tyle zainteresowania, że aż serce rosło. Pierwszy
raz poczułam
solidarność i wdzięczność wobec kogoś, kto jest u władzy... Pod tym
względem
Polacy są okaleczeni. A
miasto nagle
wypiękniało. Kwiaty, chorągwie i wysprzątanie. Ludzie odświętni,
życzliwsi,
choć na parę dni trochę oderwani od codziennych trosk. Wreszcie
zostało
otwarte Muzeum Powstania. Były uroczystości bardzo wzruszające i dla
nas ważne,
z udziałem chociażby kanclerza Niemiec, żebyś widział miny Powstańców,
gdy on
chylił przed nimi głowę. Nie, nie było satysfakcji, smutek raczej. To
zdarzyło
się tak późno. To pokolenie zbyt dużo przeżyło upokorzeń. Na
Powązkach
Wojskowych, tam gdzie leży Kryska, dowódca Taty i wielu jego kolegów z
batalionu, odbywały się wzruszające uroczystości. Kroiło mi się serce,
że On
tego nie doczekał. Mama była na przepięknym koncercie z efektami
"światło
i dźwięk" o Powstaniu pod Prudentialem. Razem pojechałyśmy na Wystawę o
medycynie w Powstaniu, o szkole Zaorskiego, którą kończyli moi Rodzice.
Na
ulicach wreszcie
widać było też starych ludzi, takich pięknych, zupełnie inne twarze,
wielu
przyjechało na te uroczystości z zagranicy, ci byli jacyś młodsi,
bardziej
kolorowi, częściej uśmiechali się. No i znacznie lepiej ubrani...
Harcerze
wręczali starym ludziom chorągiewki biało czerwone i kwiaty. Wczoraj,
1 sierpnia o
siedemnastej w godzinie W, wybuchu Powstania, zawyły na chwilę syreny,
wszyscy
stanęli na baczność, młodzi, starzy, tylko dzieci bawiły się,
szczęśliwe
pokolenie. A mnie pociły się oczy. Kaczyński prosił wcześniej,
zatrzymajmy się,
uszanujmy pamięć tamtych młodych świetnych ludzi, i tak było, stawały
też
dziewczyny z gołymi brzuchami i kolczykami w nosie, uliczni grajkowie
odłożyli
na chwilę instrumenty. Gdybym nie była z Mamą, czułabym się potwornie
samotna,
moi przyjaciele wychowani są w innej tradycji, większość wychowała się
w innych
miastach, rodziny nie ma, i w tym momencie nagle boleśnie to poczułam. A
tylu jest młodych
świetnych, czujących podobnie jak ja, jak moi Rodzice, słyszałam jak
tłumaczyli
swoim dzieciom, co się wtedy działo, pomagali zapalać lampki. W tylu
miejscach
Warszawy, gdzie ginęli Powstańcy, gdzie warszawiacy byli
rozstrzeliwani, stały
warty harcerzy. Niektórzy byli chyba zuchami, bo tacy mali... Nie masz
pojęcia,
z jaką dumą sprawowali te warty. Na szczęście w rękach mogli mieć
proporce a
nie karabiny. Dałam
Tacie gladiole
biało-czerwone, On zawsze lubił te kwiaty, opowiedziałam Mu, co się
dzieje w
Jego mieście, zabrakło tylko półtora roku…, byłoby to dla Niego wielkie
przeżycie, przecież odchodził we wspomnieniach powstańczych. Jego
fascynacji
tamtym czasem nigdy do końca nie rozumiałam, choć zawsze to szanowałam.
Zrozumiałam to dopiero wczoraj, kiedy słuchałam byłych Powstańców,
mówili
zgodnie, że tamte 63 dni to były najpiękniejsze chwile ich życia.
Dlaczego?
Sięganie po wolność? Honor? Patriotyzm wyrażany czynnie? Możliwość
bycia
prawdziwym mężczyzną, o co coraz trudniej? Nie
wiem, jestem
innym pokoleniem, na szczęście nie musiałam być w wojnie, takim
uciemiężeniu,
do tej pory. No i jestem kobietą. Może z racji płci nie lubię walczyć,
nie
rozumiem walki.” List
nie prowokuje do
komentarza, raczej do zadumy, czy odrobiny smutku. Komentarza więc nie
będzie.
Za to chwila refleksji i wspomnień. Każdy
ma swoje ulubienia.
Zuchy na warcie w miejscach uświęconych polską krwią, krwią przelaną za
wolność
Ojczyzny przywiodły wspomnienie pisarza, uczestnika wojny z
"bolszewią" w 1920 roku, znakomitego felietonisty Stanisława
Zielińskiego. Do jego "Wycieczek Balonem", czyli gawęd z podtekstem
wracam niejednokrotnie. Znakomite, leciutkie, puszyste, a głębokie
teksty
oparte o lektury dają niejedną chwilę wzruszenia. Niewielka książeczka
„Kiełbie
we łbie” pozostawała niezmiennie na czele mojej własnej listy
przebojów. Niech
wolno mi będzie zacytować Stanisława Zielińskiego – „Przed weteranem,
powstańcem każdy uczeń, choćby był najgorszym matołem i zakałą klasy
ściągał z
głowy czapkę i stawał na baczność nie śmiąc nawet mrugnąć okiem.” A
było to o
Powstańcach z poprzedniego powstania i o przedwojennych uczniach. Głęboki
ukłon dla
Prezydenta Warszawy Lecha Kaczyńskiego za przywrócenie tego obrazu
ulicom
stolicy. Po wielu, wielu latach. Niech
mi wolno będzie
również zacytować fragment listu Jana Pawła II do Prezydenta Warszawy,
w którym
papież dziękował za zaproszenie na obchody 60-tej rocznicy wybuchu
Powstania. „Jako
syn tego narodu
pragnę złożyć hołd poległym i żyjącym bohaterom sierpniowego zrywu.
Chylę głowę
przed powstańcami, którzy w walce nie szczędzili krwi i własnego życia
dla
Ojczyzny. Choć w ostatecznym rozrachunku z powodu niedostatecznych
środków i z
powodów zewnętrznych uwarunkowań, ponieśli militarną klęskę, ich czyn
na zawsze
pozostanie w narodowej pamięci, jako najwyższy wyraz patriotyzmu.” Słowa
o najpiękniejszych
chwilach życia, tych 63 morderczych dniach Powstania Warszawskiego,
powstania,
niejednokrotnie tu w Ameryce mylonego, (specjalnie? nie specjalnie?) z
powstaniem w Getcie Warszawskim, przynoszą wspomnienia dużo nowsze. Z
lat
osiemdziesiątych. Wspomnienia
własne, w
które właśnie odpływam i nie dam się zatrzymać. Nasze
pokolenie ma
dokładnie te same uczucia – najwspanialsze chwile życia to szesnaście
miesięcy
wolności, od Polskiego Sierpnia do 13 Grudnia 1981, dnia ostatecznej
hańby
komuny. A
był to czas zaiste
wspaniały. Nikt nie liczył godzin. Wszyscy byli po imieniu bez pół
litra na
głowę. Konsumpcja alkoholu spadła dramatycznie, nikt nie miał czasu na
ten
ruski sport. Rozrywkę nędzy i braku nadziei. Wracało
się do domu o
jedenastej w nocy, a o świcie, przed wyjściem do pracy, pisało artykuły
do
gazety. Własnej gazety, wydawanej bez cenzury. Była
za to cena,
oczywiście. Telefon
z ważnego
urzędu. Tu Urząd Kontroli itd., czyli cenzura. Z redaktorem naczelnym. Grzecznie
pytam – z
redaktorem naczelnym, co? Chwila
konsternacji,
z cenzurą nikt tak nie rozmawia – no, chcę mówić... - A
kto mówi i w
jakiej sprawie? Baba
podnosi lekko
głos – sekretariat dyrektor Iksińskiej, z Mysiej. -
No to co, że z
Mysiej, ja nie podlegam żadnej cenzurze, poza własną. W
tle słychać –
towarzyszko dyrektor, mówi, że nie podlega. Towarzyszka
dyrektor
odbiera babie słuchawkę. -
Panie redaktorze,
proszę przysyłać na Mysią po trzy egzemplarze każdego numeru gazety. -
Dlaczego? -
No, ja mówię z
Urzędu Kontroli itd., czyli z cenzury… -
Ja nie podlegam
cenzurze. Wydaję gazetę „do użytku wewnątrzzwiązkowego”. Nie
rozpowszechniamy. -
Nie zależy wam na
poszerzeniu kręgu odbiorców? - łasi się towarzyszka dyrektor. -
No nie. Nie poza
NSZZ Solidarność. -
Jeszcze
porozmawiamy - grozi dyrektor. Takich
przepychanek
było bez liku. Potem,
po 13 grudnia
były zamykania, rewizje, przesłuchania, groźby i szantaże. Była gazeta
podziemna, spotkania w lesie komorowskim, u zakonnic na Powiślu, w
mieszkaniach, domach i kościołach. Dziś,
po latach, spotykam
przyjaciela z rodziny o silnych tradycjach polskich,
niepodległościowych, był
szefem kolportażu CDN-u, jednej z najważniejszych niezależnych oficyn
wydawniczych, współpracowaliśmy w tworzeniu podziemnej gazety kolejarzy
warszawskich. Za takie aktywności, w razie wpadki, sądy PRL-u oferowały
wtedy
około pięciu lat. -
Wiesz co? – mówi -
nie można się dać zwariować, trzeba żyć dalej, godnie. Jakimi
tam byliśmy
bohaterami? Zwyczajnie, jak prawie wszyscy, nie znosiliśmy komuny.
Pojawiła się
możliwość zrobienia czerwonemu koło tyłka, to i robiliśmy. Zostały nam
wspomnienia i satysfakcja. Nawet i to, że byliśmy w nie tak znów
licznej,
grupie otwarcie aktywnych, niech pozostanie źródłem satysfakcji, a nie
frustracji i boleści. Ale
życie biegnie
dalej i tak musi być. Nie pielęgnujmy rozżaleń. Uśmiechnij się. Żałują
niech
ci, co przeczekiwali. A
historycy już
układają piękne tabelki. Już analizują, czy było warto. Już pakują nas,
uczestników do swoich szufladek i kombinują – może lepiej i taniej było
przeczekać. Komuna i tak by się zawaliła, bo system miał niedostatki, a
właściwie był jedną wielką kupą niedostatków. Więc po co było się
wyrywać? Kilku
uczestników,
czyli baraków, wspólnego obozu przeczekało i dostało za darmo to, za co
myśmy
się uszarpali, za co nadstawialiśmy karku, za co wielu położyło życie. Może
oni mieli rację?
Ale
co wpiszą do
narodowej historii? Na czym będą wychowywać swoje dzieci? Na tym, że
przeczekali? Nie,
panowie
historycy. Nie godzę się na wasze szufladki. Żeby
nie wiem ile
profesorsko-doktorskich tytułów oświecało wasze nazwiska i poglądy, nie
godzę
się. Żeby
nie wiem, jak
racjonalne były przytaczane argumenty, nie godzę się. Historia
właśnie
uczy, że trwają te narody, które mniej rachują, a więcej czują. Które,
gdy
trzeba pracują, a gdy trzeba zdobywają się na zrywy. Wspaniałości
szesnastu miesięcy wolności nie dam sobie odebrać. To
był zachwyt
wolnością. Odkrycie, że można to, co było dotąd niemożliwe. Że czarne
jest
czarne, a białe jest białe. A nie wszystko szarobure. Że nowo mowa
zebraniowa
wzięła totalnie w łeb i ludzie zaczęli używać normalnej polszczyzny do
porozumiewania się, nawet w bardzo oficjalnych okolicznościach. Że
pękły bariery
strachu i nigdy już nie wróciły na swój poprzedni poziom. Nawet w
stanie
wojennym. Nie
odbierajcie nam,
uczestnikom, tego wszystkiego. Zabraniam. Krzysztof
Kostkiewicz |