Philadelphia  -  Atlantic City  -  Trenton -  Wilmington










nr63 Nr 63, Wrzesien 2004

str. 7
- Ulica ... zywego strumienia. Andrzej Jacyna

Ulica... żywego strumienia

Andrzej Jacyna

 

Jak wspomnieliśmy w poprzednim numerze, niedawno ukazało się drugie wydanie autobiograficznej książki Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm – "Ulica żółwiego strumienia". Książka została nieco uzupełniona i pięknie wydana przez wydawnictwo "Twój Styl". Po przeczytaniu jej ponownie, doszedłem do wniosku, iż recenzja sprzed dziesięciu lat jest dla mnie autora w dalszym ciągu aktualna i nie zmieniłbym w niej ani jednego słowa. Z przyjemnością przedstawiam czytelnikom recenzję Ulicy żółwiego strumienia, która przed dziesięciu laty ukazała się w "Przeglądzie Polskim", tygodniowym dodatku społeczno-kulturalnym "Nowego Dziennika".

 

Najpierw przeczytałem notatkę na obwolucie książki Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm. Sugeruje ona, że głównym miejsce akcji będzie Dallas, a tematyka przede wszystkim amerykańska. Tymczasem Ulica żółwiego strumienia okazała się autobiografią. Autobiografią osoby urodzonej niedługo po wojnie, a więc kogoś z mojego pokolenia. Fakt ten sprawił, że byłem czytelnikiem reagującym niezwykle gorąco i konfrontującym losy i przemyślenia autorki z własnymi. Czytałem parę wspomnień autorów o tym samym doświadczeniu pokoleniowym co ja, mniej więcej rozedrgany wewnętrznie i odkładałem je nieraz z poczuciem zawodu.

Lekturę książki rozpocząłem bez zbytniego entuzjazmu. O autorce wiedziałem niewiele... W miarę czytania czułem jednak, że wciągam się coraz bardziej, że zaczyna się pojawiać intymna więź między autorką a mną.

Po pierwszych stronach wydało mi się, że mam do czynienia z typowym dziennikiem damy z dzisiejszych „wyższych sfer”. Znane nazwiska, wykwintne restauracje, podróże, eleganckie hotele. Słowem – „wielki świat”. czyli ulubione danie dla szaraczków, serwowane we wszystkich krajach świata. Tymczasem zamiast w Hollywood znalazłem się w Łodzi.

I wtedy mnie wciągnęło. Zobaczyłem dom przy ulicy Franciszkańskiej, gdzie mieszkali niebanalni ludzie, choć życie mieli zwyczajne. Powiem więcej – ładnie zwyczajne.

„Przed przystąpieniem do kolacji dzieliliśmy się opłatkiem. To właśnie on nadawał Wigilii jakiś nierzeczywisty, uniwersalny wymiar. Każdy z nas osobno podchodził do siebie i składał życzenia: trwało to dość długo. Nie zapomnę wzruszeń i wysiłku, by życzenia były osobiste i specjalne dla każdego”.

To mi przypomniało, że dokładnie w tym samym czasie w moim domu, w innym mieście i na innej ulicy, odbywała się taka sama uroczystość z bardzo podobnymi wzruszeniami. Czy warto o tym pisać, skoro było to tak zwyczajne, tak powszechne, tak normalne? Warto! Warto, gdyż były to święta naszego dzieciństwa i już teraz nie ma takich świąt... i nie będzie. Czas zmienia świat niepostrzeżenie, nie zauważamy, jak nikną dawne obyczaje, staroświeckie niemodne cnoty: godność, prawość, uczciwość. Zauważamy jedynie odchodzenie naszych starszych bliskich, jednak lukę po nich szybko zasypuje pędzący tabun wydarzeń. Autorce udało się dom przy Franciszkańskiej i jego mieszkańców ocalić od zapomnienia.

A stało się to dzięki temu, że Ziółkowska potrafiła przekazać jego aurę i duszę: tylko dlatego wspomnienia te mogą zainteresować, pomimo braku ekscytujących wydarzeń. To dom rodzinny, obowiązujące w nim zasady moralne zahartowały autorkę, dały jej pozytywne nastawienie do życia i pozwoliły zauważyć i wykorzystać wszystkie szanse, jakie przynosił jej los, aby wzbogacić i rozwijać własną osobowość.

W literaturze współczesnej odbija się kondycja ludzka przeważnie od swojej mrocznej strony. Jej bohaterowie są najczęściej ludźmi słabymi, miotającymi się w rozterkach, ulegającymi najrozmaitszym popędom i w końcu przegranymi. Pisarze unikają pokazywania ludzi przeżywających życie godnie i uczciwie, bojąc się zapewne, że tacy bohaterowie będą nudni i papierowi. Tymczasem warto czasem sobie uświadomić, że nawet wśród pokus współczesności można żyć zarówno przyzwoicie, jak i interesująco. Książka Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm jest tego namacalnym dowodem.

Aleksandra

Jeden z moich przyjaciół powiedział kiedyś, że życie dookoła jest tak wstrętne i brutalne, iż nie chce z tym się spotykać w filmach i książkach. „Ja najbardziej lubię jak hrabia i hrabina całują się na łódce przy księżycu” – dodał. Nasza obecna telewizyjna epoka wystarczająco przygniata nas obrazami gwałtu i przemocy, codzienność jest coraz bardziej odpychająca, ucieczka w lekturę staje się jedyną dostępną nam ucieczką. Przejście z cywilizacji obrazów w krainę myśli ma ogromne wartości terapeutyczne.

Lektura Ulicy żółwiego strumienia taką rolę pełni znakomicie, rytm tej prozy można przyrównać do zdrowego, równego bicia serca. Dla mnie stała się źródłem bardziej optymistycznego spojrzenia na własne życie i życzliwszego spojrzenia na bliźnich. I to trwa...

W formule, której użyła Aleksandra Ziółkowska-Boehm do napisania swej autobiografii, istnieje sporo niebezpieczeństw. Autorka należy do elity intelektualnej, nie ma kłopotów materialnych większości potencjalnych czytelników, mogłaby więc zostać potraktowana jako niekompetentny autorytet moralny. Sprzeciw, jaki mogłaby wywołać książka, byłby podobny w wydźwięku do wypowiedzi pewnej staruszki, która tak skomentowała pogrzeb Żeromskiego. „Biednego by tak nie chowali”... Często reagujemy negatywnie na sukcesy swoich współziomków.

Sądzę, iż tę rafę autorka ominęła niezwykle zręcznie, choć raczej intuicyjnie. Nie wyraża w swej książce zdecydowanych poglądów, autorytatywnych sądów, nie ma w niej stwierdzeń ex cathedra itp. Zostawiła wrażenia, odczucia - wszystko to otwarte, niedopowiedziane, wieloznaczne.

„Wiele osób pomaga nam przejść przez życie. Rodzina, przyjaciele, obcy, czasami przypadkowi ludzie”. To postawa autorki rozbrajająca ewentualną agresję zawistników. To nie ja, to inni mi pomogli, to przypadek zdarzył, po prostu miałam szczęście. Jednak szczęściu w życiu trzeba pomagać, szczęśliwe przypadki troskliwie pielęgnować, aby wydały owoce. Te drobne – jak sama twierdzi - sukcesy, w przypadku Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm, to wynik także jej ogromnej pracowitości, samodyscypliny i konsekwencji. W tym wypadku dla czytelników ważniejszy staje się sposób życia niż jego perypetie.

„...Mocuję się z nimi, ze wspomnieniami dobrymi i gorzkimi. Książka ta będzie zapisem tylko tych dobrych. Co odeszło, to często się idealizuje. Staram się być pwościągliwa, gdy nie mam najlepszych wrażeń lub wspomnień. A może należę do tych osób, które zapamiętują tylko dobre i szczęśliwe momenty swojego życia.”

Rzadko się zdarza, szczególnie u piszących kobiet, aby opisywanym przez siebie osobom nie przyczepić gdzieniegdzie łatki, tu ówdzie nie wsadzić szpileczki. Powyższy cytat dowodzi, że można z tego zrezygnować.

Wszystkie postaci zaludniające książkę, a jest ich niemało, przedstawione są od swej najlepszej strony. Autorka prezentuje je indywidualnie, bez zwracania uwagi na ich polityczne umiejscowienie. To rzadki i w dzisiejszych czasach bezcenny przypadek. Nawet na esbeka, syna hubalczyka, patrzy ze współczującym zdziwieniem. Wyjątek to ojciec jej syna Tomka, o którym jest parę informacji obojętnych, i Ewa Pape, która jest pokazana jako osobowość trudna.

Niezwykła skromność, którą odznacza się Aleksandra Ziółkowska-Boehm, najbardziej uwypukla się w wątku współpracy z Melchiorem Wańkowiczem. Ileż tu było możliwości do podkreślenia swojej ważności, niezbędności oraz dokonań, skoro zmarły pisarz już niczego nie może sprostować. Ileż pokus, aby upiec własną pieczeń w blasku cudzego talentu. I nic z tego. A przecież rola autorki wspomnień musiała być nie byle jaka, jeśli wielki pisarz zostawił jej w testamencie swoje archiwum.

Tak się złożyło, że o mały włos moja droga nie przecięła się z drogą Wańkowicza, gdyż mój przyjaciel Mikołaj Rostworowski, kuzyn Wańkowicza, wielokrotnie obiecywał, że umożliwi mi poznanie autora Na tropach Smętka. Niestety, jakoś do tego nie doszło Od niego też słyszałem o apodyktyczności i trudnym charakterze Mistrza. Jednak żadnych skarg czy napomknień na ten temat w swej książce Aleksandra Ziółkowska-Boehm nie zamieszcza.

Czy wobec tego portret Wańkowicza jest nieprawdziwy? Nie sądzę. „Miał szeroką twarz, dość długie włosy w nieładzie. Oczy z opadającą górną powieką, ruchliwe i uważne. Wydawał mi się duży i otyły, ale poruszał się lekko i tym samym nie sprawiał wrażenia ciężkiego. Miał w swojej sylwetce, ruchach, coś szlachetnego, coś „pańskiego”. Wydawał się także oschły, niecierpliwy i znużony”.

I właśnie to spojrzenie widza, osoby bezstronnej w stosunku do opisywanych postaci przydaje im, może paradoksalnie, niesłychanej autentyczności, co jest niebagatelną zaletą książki.

Parę zdań na temat formy Ulicy żółwiego strumienia. To była druga poważna rafa, którą autorka szczęśliwie ominęła. Wiadomo, że nawet najlepiej napisane wspomnienia nie muszą być kreacją literacką. Najczęściej stosowanym sposobem, aby podnieść je do rangi sztuki, jest tworzenie nowych wartości w sferze języka. Czyniło tak wielu pisarzy, np. Gombrowicz, Andrzejewski, Brandys. Ziółkowska pozostawiła jednak językowi rolę wyłącznie komunikacyjną. Wprowadziła natomiast dwa przeplatające się plany, co jest interesującym wzbogaceniem formalnym.

Szesnastomiesięczna kronika pobytu w Dallas, wyróżniona drobniejszym drukiem, jest zapisem codziennych, najzwyklejszych wydarzeń. Takie amerykańskie ułatwione życie ludzi dobrze sytuowanych. Można by nawet powiedzieć, że nieco nudne. Ta potrzeba bywania na koncertach, jadania w dobrych restauracjach, uprawiania sportów, w większości wypadków umotywowana chęcią przynależności do elity niż czymś głębszym, bardziej osobistym, została przeze mnie oprotestowana na początku lektury. Jednak, kiedy doszedłem do końca książki, wydało mi się, że te statyczne partie uwypuklają część biograficzną, którą moglibyśmy przedstawić jako linię wznoszącą się aż do przecięcia z tą płaską, będącą obrazem dziennika z Dallas. Nie chciałbym posuwać się w swej analizie za daleko i wmawiać autorce czegoś, czego nie zamierzyła, podkreślam jednak, że tak jawi mi się wątek z Dallas. Jakby płynął po nim strumień żywy, pulsujący. Pod ascetycznym, wyzbytym z emocji stylem można dostrzec osobowość wrażliwą, myślącą troszczącą się o swoich bliskich.

Zdaję sobie sprawę, że to co napisałem, jest zawikłane, może nawet karkołomne. Tłumaczę to tym, że lektura Ulicy żółwiego strumienia miała u mnie największy oddźwięk w sferze emocjonalnej, czyli w tym, co najtrudniej poddaje się wszelkim opisom, analizom.

Autorka pisze: „Traktuję czytelnika jak dobrego znajomego, któremu chciałabym więcej opowiedzieć o sobie”.

Mogę na to odpowiedzieć, że miło mi było poznać bliżej panią Aleksandrę Ziółkowską-Boehm.

 

Andrzej Jacyna

 

Aleksandra Ziółkowska-Boehm, "Ulica żółwiego strumienia", Twój Styl – Wydawnictwo Książkowe, Warszawa 2004.

Książkę można nabyć w księgarniach w Polsce i na stronie internetowej: http://www.amazon.com/ i http://www.merlin.com.pl/

 

Polecamy jeszcze jedną pozycję autorstwa Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm w języku angielskim – "The roots are polish". Książka zawiera wywaiady z  generałem Donaldem Kutyną, Alexandrą de Wankowicz., Charlesem Kraszewskim, Zbigniewem Brzezińskim, Janem Nowakiem-Jeziorańskim, Isaakiem Singerem, Czesławem Miłoszem, Zdzisławem Starosteckim, Januszem Żurakowskim, itp. Razem 20 rozmów. Pozycję tę można nabyć na stronie internetowej: http://www.amazon.com lub pod adresem: The Canadian Polish Research Institute, 288 Roncesvalles Ave, Toronto, Ontario M6R 2M4, Canada. Cena z przesyłką: $ 10.-.