Philadelphia  -  Atlantic City  -  Trenton -  Wilmington










nr63 Nr 63, Wrzesien 2004

str. 30


- Przez Kreml na Kresy. (Rosja, Bialorus, Wilno, Tallin, Helsinki -
 maj/czerwiec 2003. Cz. 13  - Moskwa, Jaroslaw, Rostow Wielki, Zagorsk (Siergiejew-Posad). Alicja Makowska-Jacyna

PRZEZ KREML NA KRESY

Rosja, Białoruś, Wilno, Tallin, Helsinki – maj/czerwiec 2003

Alicja Makowska-Jacyna

CZĘŚĆ III – MOSKWA

Jarosław, Rostow Wielki, Zagorsk (Siergiejew-Posad)

Ciąg dalszy

Początki Jarosławia nad Wołgą zaczęły się na tzw. strzałce, czyli w miejscu, gdzie ziemia w formie strzały wbija się między dwie rzeki: Wołgę i wpadającą do niej Kotorośl. Wiele jest legend związanych z tym miejscem i być może któraś z nich wyłącznie zawiera w sobie prawdę, a być może prawda przeplata się w każdej z nich. W trójkącie, którego dwa boki chronione były wodami obu rzek, w gęstym lesie i wysokich trawach powstała osada nazywana Niedźwiedzim Kątem czy Rogiem. Mieszkali w niej poganie, wyznawcy boga Wielesa czy Welesa zajmujący się rozbojem. Bali się ich płynący na barkach w górę i w dół Wołgi, kupcy i różnego rodzaju podróżni, i starali się przepływać koło tego strasznego miejsca niezauważeni.

Zdarzyło się, że przepływający kiedyś rzeką książę Jarosław Mądry był świadkiem napadu mieszkańców Niedźwiedziego Kąta na kupiecki statek płynący Wołgą. Obronił on kupców a mieszkańców zmusił, by zostali jego podwładnymi. Mieli oni od tej pory zaniechać swojego zbójeckiego procederu. Zmuszeni zostali także do przyjęcia książęcego namiestnictwa oraz zgodzili się na płacenie daniny księciu, ale chrześcijaństwa, do przyjęcia którego zmuszał ich książę, nie chcieli zaakceptować. Wrócił książę do Rostowa Wielkiego, stolicy swojego księstwa. Po jakimś czasie w towarzystwie mnichów, rycerzy i różnego rodzaju rzemieślników odwiedził Niedźwiedzi Kąt. Niewierni wypuścili na niego niezwykle groźną niedźwiedzicę, którą nieustraszony książę zabił swoją dzidą. Przestraszyli się rozbójnicy, padli na kolana przed księciem i poddali całkowicie jego władzy, a stojący niedźwiedź z dzidą w ręku stał się głównym elementem herbu miasta. Ludzie książęcy rozbili namioty a na drugi dzień książę wyniósł z namiotu ikonę Matki Bożej, razem z całą swoją świtą wyszedł na brzeg Wołgi i tam na strzałce wbił drewniany krzyż kładąc podwaliny Kościoła w imieniu surowego proroka Ilii (Eliasza). Dokładna data tego wydarzenia nie jest znana. Oficjalnie za rok narodzenia miasta przyjęto rok 1010, chociaż istnieją hipotezy, że Jarosław powstał trochę wcześniej na przełomie lat 1006 i 1007. Istnieje inna legenda, że w 1003 roku książę Jarosław otrzymał w daninie dziewkę z Niedźwiedziego Kąta. Jego kolejne odwiedziny wypadły w czas narodzin syna, Ilii. To na cześć syna położono podwaliny kościoła jego imienia, ale żeby „matczyne miasto” zmienić w „ojcowiznę” nazwał książę owe miejsce Jarosławiem od swojego imienia. Od tych wydarzeń wywodzi się też Święto Niedźwiedzia, które celebruje się w czasie, kiedy miasto odwiedzają jacyś niezwykle dostojni goście, dla uczczenia których zabija się specjalnie wyhodowanego na tę okazję niedźwiedzia.

Wiele jest jeszcze legend związanych z historią Jarosławia. Przez miasto przechodziły wielokrotnie ordy Tatarów ze wschodu. Od zachodu Jarosław między innymi oblegali także najeźdźcy z Polski. Miasto ze względu na swoją historię i wspaniałe zabytki rosyjskiej kultury i architektury należy do tzw. Złotego Pierścienia, obejmującego miasta wokół Moskwy, które warte są zwiedzania. W Jarosławiu urodziła się Walentyna Tierieszkowa, pierwsza kobieta, która poleciała w kosmos.

Wieczór. Wieje zimny wiatr, stukają obcasy pantofelków Leny. Idziemy brzegiem Wołgi do samego czubka strzałki, z którego widać rzekę Kotorośl. Brzeg jak czub żaglowca unosi się do góry ponad wodą obu rzek. W dole na nadbrzeżu i na wyspie znajdującej się u ujścia rzeki Kotorośl, park, dalej most łączący wyspę z lądem. Rzuca się w oczy roślinny herb Jarosławia, znajdujący się na długim wielkim trawniku. Stojący niedźwiedź czy niedźwiedzica z dzidą w ręku. Jesteśmy w samym czubku historii Jarosławia. Lena mówi, że to miejsce różnego rodzaju spotkań i wydarzeń kulturalnych miasta. Idziemy dalej teraz już drugim brzegiem strzałki, który biegnie wzdłuż rzeki Kotorośli, by po chwili skręcić w najstarszą część Jarosławia. Jest już ciemno, a my mijamy białe ściany cerkwi, ponad którymi wznoszą się zielone kołpaki dzwonnic.

Lena opowiada mi, że większość cerkwi, a jest ich w Jarosławiu wiele, została zbudowana przez bogatych kupców w mieście. Ludzie, kiedy się bogacą lubią wystawiać sobie za życia pomniki, które zdają się trwać dłużej niż groby i cmentarze, gdzie pochowano ich doczesne szczątki. Cerkwie miały sławić ich imię i zachować pamięć u potomnych. Kierujemy się do przystani gdzie stoi samochód. Jedziemy do domu. Jutro bardzo wcześnie rano Gala i Sasza zaplanowali wycieczkę do klasztoru w Tołdze, znajdującej się po drugiej stronie wielkiej Wołgi. W domu ciepło a ojciec Baltazar przygotował dla nas wszystkich spagetti z sosem sugo dokładnie tak samo smakujące jak to, które nauczyłam się gotować w Austrii. Jest prawie północ, kiedy kładę się spać. Śpię w pokoju, który spełnia między innymi rolę biblioteki. Czytam przed zaśnięciem pamiętniki arcybiskupa Feliksa Felińskiego, który spędził w Jarosławiu na zesłaniu dwadzieścia lat.

Wstajemy rano o 6:30. Gala mówi żebym ubrała się ciepło, bo rano w Jarosławiu, czyli na siewierie jest bardzo zimno. Jedziemy na przystań, od której wczoraj rozpoczęliśmy marszrutę po najstarszej części Jarosławia. Matwiej zostawia nas i sam jedzie samochodem do klasztoru przez most, przekraczający rzekę powyżej przystani, gdzie będzie czekać aż my przepłyniemy na drugą stronę statkiem pasażerskim, których kilka stoi zacumowanych przy nabrzeżu. Na przystani spotykamy się z Leną, która towarzyszy nam w wyprawie. Idziemy do małego budynku, gdzie mieści się kasa biletowa. Jest zamknięta jak i cały budynek. Za szybą można przeczytać rozkład „jazdy” statków i z niej dowiadujemy się, że o 7:04 odjeżdża statek do Tołgi. Jest nawet sporo podróżnych nadchodzących z różnych stron Jarosławia. Przeważnie starzy mężczyźni i kobiety. Zniszczone życiem, wiatrem i słońcem twarze na bezkształtnych tułowiach w niewymyślnych, szarych, skromnych ubraniach. Głowy kobiet nakryte są chustkami. Przechodzą koło nas i wsiadają do któregoś z trzech statków poddrygujących leciutko na wodzie od zapalonych silników. Mimo, iż nigdzie nie ma żadnej informacji, żadnych napisów na statkach, wszyscy nadchodzący wsiadają do tego właściwego statku, który na pewno zawiezie ich tam, gdzie zmierzają. Tylko my stoimy bezradnie przytłoczeni niewiedzą. Sasza biega od statku do statku, zatrzymuje i pyta ludzi. Widzimy przeczące poprzecznie ruchy głów i Saszę biegającego od człowieka do człowieka. W końcu Sasza biegnie w naszym kierunku z daleka pokazując na statek najbliżej zacumowany drewnianego budynku „naczalstwa wodnych priedprijatiej” i kasy biletowej. Wsiadamy. Statek pasażerski ma dwa pokłady, górny na poziomie budki sterowniczej, bez okien, po którym wiatr zimny hula, i dolny piętro niżej bodajże na poziomie lub nad poziomem silnika osłonięty oknami, zza których jakby mniej wszystkiego widać. Siadamy na górze mimo zimna, wymieniamy różnego rodzaju uwagi na temat tego kompletnego braku informacji i nagle dosłownie parę minut przed siódmą statek rusza. Ktoś z nas wymienia uwagę, że przed czasem, a na to babuszka siedząca obok nas ławce, pyta gdzie jedziemy. Sasza odpowiada, że do Tołgi. A ona na to, że ten statek jedzie w dół rzeki a nie do Tołgi. Wszyscy jak na rozkaz zrywamy się z ławek. Gala i Sasza wymieniają między sobą szybko i głośno parę zdań, po czym Sasza biegnie w stronę drzwi i znika. Gala informuje mnie, że Sasza pobiegł do kapitana, aby zatrzymał statek. Przestrzeń między statkiem i nabrzeżem rośnie. Gala zdenerwowana rozprawia, że jeżeli pojedziemy tym statkiem, to do Tołgi dotrzemy za parę godzin, co bardzo pokrzyżuje nam plany. Przede wszystkim Matwiej jest umówiony w jakiejś miejscowości pod Moskwą z kierownikiem jakiegoś domu, który ojcowie werbiści chcą wynająć na kolonie dla dzieci i musi tam być na czas. Gala bardzo chce, abym zobaczyła Rostow Wielikij a może jeszcze pojedziemy w Siergiejew Posad. Nagle nierozpędzony jeszcze statek zatrzymuje się, a za chwilę cofa. Zdjełał, Sasza zdjełał – mówi śmiejąc się Gala. Sasza wsiegda wsio zdjełajet – powtarza Gala, dumna z męża. Statek cofa się, ale już nie do nabrzeża, ale do najbliższego pustego statku stojącego przy nabrzeżu. Przeskakujemy z ławek przez burty obu statków by znaleźć się na pustym i nieruchomym, a potem z kolei przeskakujemy ze statku z dołu odbijając się od burty, w górę na nabrzeże. Gdybym miała przedostać się z tego statku na nabrzeże bez tego przymusu szybkiego przemieszczenia się, to pewnie wpadłabym gdzieś, w jakimś momencie do wody między nabrzeżem a statkiem. Nawet nie zastanawiając się biegniemy za Saszą, który jak zwykle wyprzedza, do właściwego statku do Tołgi, który dygocze gotowy do odbicia od brzegu. Wsiadamy i ruszamy. Śmiejemy się z całego tego wydarzenia, mówimy jedno przez drugie a Sasza opowiada jak przekonywał kapitana do zatrzymania statku. Początkowo jesteśmy na górnym pokładzie, ale zimny wiatr zmusza nas do zejścia na dół. Nawet nie zauważamy, kiedy jesteśmy w środku Wołgi. Z jednej strony Jarosław a z drugiej widoczne białe mury klasztoru w Tołdze.

Siódmego sierpnia, 1314 roku, noc zaskoczyła biskupa Rostowa, Trifona który podróżował Wołgą z Biełozierska. Biskup i jego ludzie rozbili obóz na prawym brzegu Wołgi. O północy ostre światło rozjaśniło obóz. Duchowny wyszedł ze swojego namiotu i niezmiernie zdumiony ujrzał niezwykłe światło bijące z drugiej strony Wołgi. Nad Wołgą biegł most, którego biskup na pewno nie widział wieczorem, kiedy rozbijano obóz. Duchowny przeszedł most i zbliżył się do miejsca, z którego biło światło. W lesie leżała ikona Przeświętej Bogarodzicy. Trifon padł na kolana i długo modlił się przed cudownym obrazem a potem wrócił cudownym mostem do obozu. Na drugi dzień okazało się, że zginął pastorał biskupi. Szukano go wszędzie i nie znaleziono. Wówczas biskup Trifon opowiedział towarzyszom o swoim nocnym widzeniu. Tymczasem most zniknął. Wszyscy wsiedli do łodzi i przejechali na drugi brzeg Wołgi gdzie znaleźli ikonę Matki Bożej oraz obok niej pastorał biskupi. Wieść o cudzie rozeszła się szybko po obu stronach rzeki Wołgi a ludzie zaczęli pielgrzymować do cudownego miejsca. W końcu wspólnym wysiłkiem wybudowano tutaj cerkiew Wtajemniczenia (Wwiedienia) i od razu klasztor dla mnichów. Miejsce i ikonę nazwano Tołga od nazwy rzeczki, która w tym miejscu wpada do Wołgi.

Odtąd Tołga słynąć będzie z zabytkowego klasztoru oraz cerkwi z niezwykłą ikoną Matki Bożej Tołgskiej. Obecnie w miejscu byłego klasztoru męskiego znajduje się klasztor żeński. Mniszki zajmują się między innymi renowacją starych relikwii oraz wykonywaniem nowych.

Koniec części trzynastej

Od Autorki: Serdecznie dziękuję ojcu werbiście Jerzemu Jagodzińskiemu z Moskwy za tą podróż, która bez jego pomocy byłaby niemożliwa. Dziękuję także wszystkim ojcom werbistom poznanym w czasie podróży za pomoc, ciepłe słowa i modlitwę. Dziękuję wszystkim poznanym przelotnie w czasie tej podróży za czas, który poświęcili mojej skromnej osobie.