![]() |
![]() |
|
|
|
|
PRZEZ KREML NA KRESY
Rosja, Białoruś, Wilno, Tallin, Helsinki –
maj/czerwiec 2003
Alicja
Makowska-Jacyna CZĘŚĆ III – MOSKWA
Jarosław, Rostow
Wielki, Zagorsk (Siergiejew-Posad) Ciąg dalszy Początki
Jarosławia nad Wołgą zaczęły się na tzw. strzałce, czyli w miejscu,
gdzie
ziemia w formie strzały wbija się między dwie rzeki: Wołgę i wpadającą
do niej
Kotorośl. Wiele jest legend związanych z tym miejscem i być może któraś
z nich
wyłącznie zawiera w sobie prawdę, a być może prawda przeplata się w
każdej z
nich. W trójkącie, którego dwa boki chronione były wodami obu rzek, w
gęstym
lesie i wysokich trawach powstała osada nazywana Niedźwiedzim Kątem
czy
Rogiem. Mieszkali w niej poganie, wyznawcy boga Wielesa czy Welesa
zajmujący się rozbojem. Bali się ich płynący na barkach w górę i w dół
Wołgi,
kupcy i różnego rodzaju podróżni, i starali się przepływać koło tego
strasznego
miejsca niezauważeni. Zdarzyło się,
że przepływający kiedyś rzeką książę Jarosław Mądry był świadkiem
napadu
mieszkańców Niedźwiedziego Kąta na kupiecki statek płynący
Wołgą.
Obronił on kupców a mieszkańców zmusił, by zostali jego podwładnymi.
Mieli oni
od tej pory zaniechać swojego zbójeckiego procederu. Zmuszeni zostali
także do
przyjęcia książęcego namiestnictwa oraz zgodzili się na płacenie daniny
księciu, ale chrześcijaństwa, do przyjęcia którego zmuszał ich książę,
nie
chcieli zaakceptować. Wrócił książę do Rostowa Wielkiego, stolicy
swojego
księstwa. Po jakimś czasie w towarzystwie mnichów, rycerzy i różnego
rodzaju
rzemieślników odwiedził Niedźwiedzi Kąt. Niewierni wypuścili na
niego
niezwykle groźną niedźwiedzicę, którą nieustraszony książę zabił swoją
dzidą.
Przestraszyli się rozbójnicy, padli na kolana przed księciem i poddali
całkowicie jego władzy, a stojący niedźwiedź z dzidą w ręku stał się
głównym
elementem herbu miasta. Ludzie książęcy rozbili namioty a na drugi
dzień książę
wyniósł z namiotu ikonę Matki Bożej, razem z całą swoją świtą wyszedł
na brzeg
Wołgi i tam na strzałce wbił drewniany krzyż kładąc podwaliny Kościoła
w
imieniu surowego proroka Ilii (Eliasza). Dokładna data tego wydarzenia
nie jest
znana. Oficjalnie za rok narodzenia miasta przyjęto rok 1010, chociaż
istnieją
hipotezy, że Jarosław powstał trochę wcześniej na przełomie lat 1006 i
1007.
Istnieje inna legenda, że w 1003 roku książę Jarosław otrzymał w
daninie
dziewkę z Niedźwiedziego Kąta. Jego kolejne odwiedziny wypadły
w czas
narodzin syna, Ilii. To na cześć syna położono podwaliny kościoła jego
imienia,
ale żeby „matczyne miasto” zmienić w „ojcowiznę” nazwał książę owe
miejsce
Jarosławiem od swojego imienia. Od tych wydarzeń wywodzi się też Święto
Niedźwiedzia, które celebruje się w czasie, kiedy miasto odwiedzają
jacyś
niezwykle dostojni goście, dla uczczenia których zabija się specjalnie
wyhodowanego na tę okazję niedźwiedzia. Wiele jest
jeszcze legend związanych z historią Jarosławia. Przez miasto
przechodziły
wielokrotnie ordy Tatarów ze wschodu. Od zachodu Jarosław między innymi
oblegali także najeźdźcy z Polski. Miasto ze względu na swoją historię
i
wspaniałe zabytki rosyjskiej kultury i architektury należy do tzw.
Złotego
Pierścienia, obejmującego miasta wokół Moskwy, które warte są
zwiedzania. W
Jarosławiu urodziła się Walentyna Tierieszkowa, pierwsza kobieta, która
poleciała w kosmos. Wieczór. Wieje
zimny wiatr, stukają obcasy pantofelków Leny. Idziemy brzegiem Wołgi do
samego
czubka strzałki, z którego widać rzekę Kotorośl. Brzeg jak czub
żaglowca unosi
się do góry ponad wodą obu rzek. W dole na nadbrzeżu i na wyspie
znajdującej
się u ujścia rzeki Kotorośl, park, dalej most łączący wyspę z lądem.
Rzuca się
w oczy roślinny herb Jarosławia, znajdujący się na długim wielkim
trawniku.
Stojący niedźwiedź czy niedźwiedzica z dzidą w ręku. Jesteśmy w samym
czubku
historii Jarosławia. Lena mówi, że to miejsce różnego rodzaju spotkań i
wydarzeń kulturalnych miasta. Idziemy dalej teraz już drugim brzegiem
strzałki,
który biegnie wzdłuż rzeki Kotorośli, by po chwili skręcić w najstarszą
część
Jarosławia. Jest już ciemno, a my mijamy białe ściany cerkwi, ponad
którymi wznoszą
się zielone kołpaki dzwonnic. Lena opowiada
mi, że większość cerkwi, a jest ich w Jarosławiu wiele, została
zbudowana przez
bogatych kupców w mieście. Ludzie, kiedy się bogacą lubią wystawiać
sobie za
życia pomniki, które zdają się trwać dłużej niż groby i cmentarze,
gdzie
pochowano ich doczesne szczątki. Cerkwie miały sławić ich imię i
zachować
pamięć u potomnych. Kierujemy się do przystani gdzie stoi samochód.
Jedziemy do
domu. Jutro bardzo wcześnie rano Gala i Sasza zaplanowali wycieczkę do
klasztoru
w Tołdze, znajdującej się po drugiej stronie wielkiej Wołgi. W domu
ciepło a
ojciec Baltazar przygotował dla nas wszystkich spagetti z sosem
sugo
dokładnie tak samo smakujące jak to, które nauczyłam się gotować w
Austrii.
Jest prawie północ, kiedy kładę się spać. Śpię w pokoju, który spełnia
między
innymi rolę biblioteki. Czytam przed zaśnięciem pamiętniki arcybiskupa
Feliksa
Felińskiego, który spędził w Jarosławiu na zesłaniu dwadzieścia lat. Wstajemy rano o
6:30. Gala mówi żebym ubrała się ciepło, bo rano w Jarosławiu, czyli na
siewierie
jest bardzo zimno. Jedziemy na przystań, od której wczoraj
rozpoczęliśmy
marszrutę po najstarszej części Jarosławia. Matwiej zostawia nas i sam
jedzie
samochodem do klasztoru przez most, przekraczający rzekę powyżej
przystani,
gdzie będzie czekać aż my przepłyniemy na drugą stronę statkiem
pasażerskim,
których kilka stoi zacumowanych przy nabrzeżu. Na przystani spotykamy
się z
Leną, która towarzyszy nam w wyprawie. Idziemy do małego budynku, gdzie
mieści
się kasa biletowa. Jest zamknięta jak i cały budynek. Za szybą można
przeczytać
rozkład „jazdy” statków i z niej dowiadujemy się, że o 7:04 odjeżdża
statek do
Tołgi. Jest nawet sporo podróżnych nadchodzących z różnych stron
Jarosławia.
Przeważnie starzy mężczyźni i kobiety. Zniszczone życiem, wiatrem i
słońcem
twarze na bezkształtnych tułowiach w niewymyślnych, szarych, skromnych
ubraniach. Głowy kobiet nakryte są chustkami. Przechodzą koło nas i
wsiadają do
któregoś z trzech statków poddrygujących leciutko na wodzie od
zapalonych
silników. Mimo, iż nigdzie nie ma żadnej informacji, żadnych napisów na
statkach, wszyscy nadchodzący wsiadają do tego właściwego statku, który
na
pewno zawiezie ich tam, gdzie zmierzają. Tylko my stoimy bezradnie
przytłoczeni
niewiedzą. Sasza biega od statku do statku, zatrzymuje i pyta ludzi.
Widzimy
przeczące poprzecznie ruchy głów i Saszę biegającego od człowieka do
człowieka.
W końcu Sasza biegnie w naszym kierunku z daleka pokazując na statek
najbliżej
zacumowany drewnianego budynku „naczalstwa wodnych priedprijatiej”
i
kasy biletowej. Wsiadamy. Statek pasażerski ma dwa pokłady, górny na
poziomie
budki sterowniczej, bez okien, po którym wiatr zimny hula, i dolny
piętro niżej
bodajże na poziomie lub nad poziomem silnika osłonięty oknami, zza
których
jakby mniej wszystkiego widać. Siadamy na górze mimo zimna, wymieniamy
różnego
rodzaju uwagi na temat tego kompletnego braku informacji i nagle
dosłownie parę
minut przed siódmą statek rusza. Ktoś z nas wymienia uwagę, że przed
czasem, a
na to babuszka siedząca obok nas ławce, pyta gdzie jedziemy.
Sasza
odpowiada, że do Tołgi. A ona na to, że ten statek jedzie w dół rzeki a
nie do
Tołgi. Wszyscy jak na rozkaz zrywamy się z ławek. Gala i Sasza
wymieniają
między sobą szybko i głośno parę zdań, po czym Sasza biegnie w stronę
drzwi i
znika. Gala informuje mnie, że Sasza pobiegł do kapitana, aby zatrzymał
statek.
Przestrzeń między statkiem i nabrzeżem rośnie. Gala zdenerwowana
rozprawia, że
jeżeli pojedziemy tym statkiem, to do Tołgi dotrzemy za parę godzin, co
bardzo
pokrzyżuje nam plany. Przede wszystkim Matwiej jest umówiony w jakiejś
miejscowości pod Moskwą z kierownikiem jakiegoś domu, który ojcowie
werbiści
chcą wynająć na kolonie dla dzieci i musi tam być na czas. Gala bardzo
chce,
abym zobaczyła Rostow Wielikij a może jeszcze pojedziemy w Siergiejew
Posad.
Nagle nierozpędzony jeszcze statek zatrzymuje się, a za chwilę cofa. Zdjełał,
Sasza zdjełał – mówi śmiejąc się Gala. Sasza wsiegda wsio
zdjełajet
– powtarza Gala, dumna z męża. Statek cofa się, ale już nie do
nabrzeża, ale do
najbliższego pustego statku stojącego przy nabrzeżu. Przeskakujemy z
ławek
przez burty obu statków by znaleźć się na pustym i nieruchomym, a potem
z kolei
przeskakujemy ze statku z dołu odbijając się od burty, w górę na
nabrzeże. Gdybym
miała przedostać się z tego statku na nabrzeże bez tego przymusu
szybkiego
przemieszczenia się, to pewnie wpadłabym gdzieś, w jakimś momencie do
wody
między nabrzeżem a statkiem. Nawet nie zastanawiając się biegniemy za
Saszą,
który jak zwykle wyprzedza, do właściwego statku do Tołgi, który
dygocze gotowy
do odbicia od brzegu. Wsiadamy i ruszamy. Śmiejemy się z całego tego
wydarzenia, mówimy jedno przez drugie a Sasza opowiada jak przekonywał
kapitana
do zatrzymania statku. Początkowo jesteśmy na górnym pokładzie, ale
zimny wiatr
zmusza nas do zejścia na dół. Nawet nie zauważamy, kiedy jesteśmy w
środku
Wołgi. Z jednej strony Jarosław a z drugiej widoczne białe mury
klasztoru w
Tołdze. Siódmego
sierpnia, 1314 roku, noc zaskoczyła biskupa Rostowa, Trifona który
podróżował
Wołgą z Biełozierska. Biskup i jego ludzie rozbili obóz na prawym
brzegu Wołgi.
O północy ostre światło rozjaśniło obóz. Duchowny wyszedł ze swojego
namiotu i
niezmiernie zdumiony ujrzał niezwykłe światło bijące z drugiej strony
Wołgi.
Nad Wołgą biegł most, którego biskup na pewno nie widział wieczorem,
kiedy
rozbijano obóz. Duchowny przeszedł most i zbliżył się do miejsca, z
którego
biło światło. W lesie leżała ikona Przeświętej Bogarodzicy. Trifon padł
na
kolana i długo modlił się przed cudownym obrazem a potem wrócił
cudownym mostem
do obozu. Na drugi dzień okazało się, że zginął pastorał biskupi.
Szukano go
wszędzie i nie znaleziono. Wówczas biskup Trifon opowiedział
towarzyszom o
swoim nocnym widzeniu. Tymczasem most zniknął. Wszyscy wsiedli do łodzi
i
przejechali na drugi brzeg Wołgi gdzie znaleźli ikonę Matki Bożej oraz
obok
niej pastorał biskupi. Wieść o cudzie rozeszła się szybko po obu
stronach rzeki
Wołgi a ludzie zaczęli pielgrzymować do cudownego miejsca. W końcu
wspólnym wysiłkiem
wybudowano tutaj cerkiew Wtajemniczenia (Wwiedienia) i od razu klasztor
dla
mnichów. Miejsce i ikonę nazwano Tołga od nazwy rzeczki, która w tym
miejscu
wpada do Wołgi. Odtąd Tołga
słynąć będzie z zabytkowego klasztoru oraz cerkwi z niezwykłą ikoną
Matki Bożej
Tołgskiej. Obecnie w miejscu byłego klasztoru męskiego znajduje się
klasztor
żeński. Mniszki zajmują się między innymi renowacją starych relikwii
oraz
wykonywaniem nowych. Koniec części
trzynastej Od Autorki:
Serdecznie dziękuję ojcu werbiście Jerzemu Jagodzińskiemu z Moskwy za
tą
podróż, która bez jego pomocy byłaby niemożliwa. Dziękuję także
wszystkim ojcom
werbistom poznanym w czasie podróży za pomoc, ciepłe słowa i modlitwę.
Dziękuję
wszystkim poznanym przelotnie w czasie tej podróży za czas, który
poświęcili
mojej skromnej osobie. |