![]() |
![]() |
|
|
|
|
|
|
Nr 60, Czerwiec
2004 |
|
| str. 11 |
- Nie minelo nic, procz lat. Cz.12. Listy Szymona Kobylinskiego do Aleksandry Ziolkowskiej-Boehm. Aleksandra Ziolkowska-Boehm |
|
NIE MINĘŁO NIC,
PRÓCZ LAT... LISTY SZYMONA
KOBYLIŃSKIEGO DO ALEKSANDRY ZIÓLKOWSKIEJ-BOEHM (Cała
korespondencja, czyli także listy Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm,
ukazała się w
książce p.t. Nie minęło nic, prócz lat”. Książka ta wydana została
niedawno w Polsce
nakładem Wydawnictwa Nowy Świat i jest do nabycia w www.merlin.com.pl. azb) (odcinek 12) 36 Warszawa, 21
lutego 1997 Oleńko Boehmiła! Piszę, jak
widzisz, na papierze herbownym, bo czymś trzeba zaznaczać obrzydzenie
wobec
pauperyzacji, pożerającej nas systematycznie i bezmała totalnie... Na
tej samej
zasadzie bilet wizytowy mam z japońską wersją imienia i nazwiska, żeby
było jak
u samuraja, ewentualnie sioguna. A dziękując za
Twój list, jaki przyszedł przed chwilą, stwierdzam, że Karkowska winna
Ci
odpalać część swojej pensji, skoro robisz za nią część jej roboty, do
której
się notabene pisemnie zobowiązała, obiecując solennie, że będzie teraz
przysyłać każdy wycinek z moim tekstem. A juści! Przysłała coś ze dwa
razy,
powtarzając notabene te same kawałki, natomiast nie dodając nowych,
poczym
ucichła kompletnie. Z dat, widocznych na obecnie mi przez Cię
dostarczonych
felietonach, wynika, iż publikują mnie raz na miesiąc. Przysięgała
także dać
coś w rodzaju recenzji z mego podręcznika historii, ale (tym razem
napisała),
egzemplarz dotarł tylko do bibliotekarki, a ta wyjechała do Europy i
nie
wiadomo kiedy wróci. Czyżby biblioteka redakcyjna była wówczas
zamknięta na
głucho?!? To po co istnieje?!? – Posłałem zatem książkę bezpośrednio do
Karkowskiej, no i właśnie jej milczenie objęło także tę sprawę. Jest to
osoba
nie tyle chorowita, ile nieodpowiedzialna, a zasłania się nawałem
pracy. Czyżby
tak samo sumiennie wykonywanej, jak ta na mojej – jakże skromnej, raz
na
miesiąc! – działce? Co tyczy rzeczy o
Wańkowiczu, nie ukazało się to jeszcze, i to nie ukazało się w sposób,
że tak
powiem, dubeltowy. Albowiem pierwodruk powinien być w marcowym nrze
SUPER-LINII, tymczasem zaś liczące sobie 170 lat wydawnictwo
Orgelbrandów (z
autentycznym Orgelbrandem na czele) robi z owych felietoników w liczbie
34
książkę pt. „Żwawe grubasy”. Tam oczywiście będzie i Pan Melo w całej
okazałości, jako pojazd opancerzony. Oczywiście tomik ów trafi do
Ciebie
natychmiast po jego wydrukowaniu, co ma podobno nastąpić w końcu marca,
gdy
SUPER-LINIA urządzi konkurs na Miss Puszystych. Ma się to zbiec z tym
konkursem. Wywód o Mrs,.
Kalifornia jest Kalafonia, a reszta leci tymże trybem i w efekcie
wszyscy
używają, niczym ongiś szlachetnej mrs i miss oraz ms – bardzo ciekawy. Biedne Anglosasy!
Mając język tak nędzny, że nawet porządnego bruderszaftu wypić nie
mogą, bo
„you” pozostanie, nie mogąc też rzec, czy „byłem” czy „byłam”,
obchodząc się
bez rodzaju nijakiego, a potyrając pozostałe (tylko wtajemniczeni
wiedzą, iż
np. okręt jest she), słowem posługując się słowami bez koniugacji i
deklinacji
– nnnno, prawie! – muszą sobie nadrabiać sztucznymi finezjami. Na
dokładkę
rozparł się w świecie język amerykański, gdzie np. łaciny, tego basic,
gdyż mowa
owa już w swej zasadniczej formie jest przy innych zupełnie basic...
„Ja iść
dom” – „I go home”; „My nexdoor is my neighborough” – ”mój drzwi obok
jest mój
bliźni”; „Are you all right?” –„Być ty (wy, pani, pan, panienka)
wszystko
prawidłowo?” – itd. itp. etc. Nie jestem ci ja
czołowym stylistą, ale wystarczy mi, gdy wezmę sobie własny tekst („Jej
królewska mość Wisła”) i przyłożę do jego angielskiej wersji („Her
Majesty the
Vistula”), a już widać straszliwą różnicę barwy, tonacji, dźwięczności
tekstów.
Po polsku rzecz ma od razu jakiś – doborem i wyborem słów, szykiem
zdania i
jego melodią – charakter, oblicze, indywidualność, a w przekładzie jest
to
suche, urzędowe poniekąd ukazanie samej gołej treści, bez śladu
tamtego,
polszczyźnie w sposób organiczny przypisanego wdzięku. Zresztą – nie! Z
tejże
książki weźmy nie moje słowa, ale mego arcymistrza, Boya Żeleńskiego,
którego
cytuję ilekroć mogę, ze szczególną lubością. Rzekł on, spotkawszy u
Wyspiańskiego określenie „rusalny”, co następuje: –”...A on? A
Wyspiański?
Czyż on nie jest „rusalny”? Czy nie można sobie wyobrazić, że jego
ojciec,
stary rzeźbiarz Wyspiański, jeden z owych poetów w duszy, którzy lubią
zajrzeć
do kieliszka, zabłąkał się pewnej nocy na brzeg Wisły i tam spłodził
syna z
rusałką czy wodnicą?...” Wsłuchaj się,
wpatrz w te potoczyste, giętkie i „szczelne” (jak o stylu Boya mówił
Słonimski)
zdania o muzycznie, akordowo dobranych wyrazach. I teraz zobacz suchy,
tępy
raport o treściowej zawartości owych zdań, rzeczowy komunikat o
koncepcji Boya
w miejsce poetyckiego obrazu: – „...And what about him? What about
Wyspiański? Isn’t there
something „undineous” about him? (–
te straszne jak czkawka powtarzanie „about”! SK) Can’t you just imagine
his
father, old Wyspiański the sculptor, one of those poetic souls („dusza
poetycka” to doprawdy coś zupełnie innego, niż „poeta w duszy”! To są
dopiero
finezje! SK) with a liking for the bottle, getting lost one
night,
stumbling down to the Vistula and begetting his son with an undine or
water
sprite?...” Tu masz
dobrodusznie poczciwe „lubił zajrzeć do kieliszka”, a tu byle jakie
„liking for
the bottle” – a między tym cała przepaść, kędy przepadł – po prostu! – artyzm Boya. Mającego do dyspozycji tak
ogromne bogactwo określeń, że Tuwim z tego jednego motywu ułożył
potężny,
rozległy, przebogaty „Słownik pijacki”. Wedle tego spisu mógł stary
Wyspiański
gustować w tym, aby sobie: – alembikować, bąbnąć, charnąć, chmalić,
chrupać
sroczkę (!!), dziaknąć, grdyknąć, piznąć, ramsnąć, szmarnąć... –
Jezusmaria,
nie sposób ogarnąć tego skarbca możliwości, dla anglosasa zamkniętego
na cztery
spusty! No, dość
wybrzydzania, leciem dalej. (Tu musiałem
odciąć kartkę i dolepić nowy kawałek, bo mi się na tamtym czcionki
pokiciały) –
Pani Resich, nie Reslich, Modlińska jest w istocie osobą nader zręczną
telewizyjnie, również gdy używa (tyle przeze mnie tu potyranej)
angielszczyzny.
Słychać to wyraźnie, kiedy przepytuje wyjców lub wyjczynie z topu
pop-music.
Oni bełkocą, ona jednak mówi, notabene z lepszą od nich dykcją. Wielce
sympatyczna jest wieść o przylocie Tomka z onej Kalafonii i ofiarne
odsługiwanie rodzinnych powinności. Rozfruwane te dzieci ogromnie,
nawet moi
domatorzy (– coś im w genach przekazałem! –) także, jeśli na narty, to
w Alpy.
Gdzie teraz jeszcze hulają, bo ferie, jakie Danka przeniosła przed laty
z
okolic Gwiazdki na luty. Wojowała o to długo z różnymi bonzami, a
wygrała,
kiedy Maciek był już po maturze, ale oto dla wnuków jak znalazł! Ładna historyjka
z Nowakiem-Jeziorańskim, ale może za bardzo się martwi o jednego
dalszoplanowego polityka lokalnego, gdy tymczasem, jak na to wygląda,
amerykańska pani premierka, taka Thatcher z USA, pono całkiem nieźle ma
nas
wyforować do tego NATO. Nie wiem co prawda, kto by miał na nas
najeżdżać
zbrojnymi zagony, gdy Niemcy od dawna wolą skuteczniej zdobywać
Lebensraum w
miękkich kamaszkach zamiast podkutych buciorów, a ruscy w szwach się
wojskowo
rozłażą i żaden im interes robić gdziekolwiek nową Czeczenię lub
Afganistan –
ale zawsze lepiej trzymać z tymi, którzy nie wymordowywali własnego
narodu, niż
z takimi, co siedemdziesiąt milionów rodaków w siedemdziesiąt lat
unicztożyli,
dodawszy jeszcze hekatomby po sąsiedzku... Ja tymczasem od
dwu miesięcy dzień w dzień, wyczerpując zwłaszcza ślepia, łatwo mgłą
zachodzące
i łacno dające podwójny obraz, wykonuję mnogie miniaturki atrakcji
turystycznych na mapie „Uroków Polski”. Dla miłego grosza, rzecz jasna,
dla
grosiwa! Załączam Ci próbkę tego upiornego puzzle (u nas się mawia
potocznie
„ten puzel”), obejmującą moje okolice siedlecczyzny. Na wieży
siedleckiego
ratusza Herkules dźwiga kulę ziemską, przy granicy masz arabskiego
rumaka z
Janowa Podlaskiego, a niżej kościół w Kodniu, gdzie obraz cudowny Matki
Boskiej
Kodeńskiej pielgrzymów ściąga (– dałem też ku północy piękną ikonę przy
odbudowanej po pożarze cerkwi na Świętej Górze Garbarce, tudzież dwa
meczety
przy Białymstoku plus napis z Koranu, bez błędów ortograficznych, acz w
języku
Proroka! –) natomiast z lewej, od płn-zachodu jest nasz powiatowy
Węgrów. Przed
fasadą przepięknego kościółka pan Twardowski na kogucie, gdyż tam swoje
zaczarowane lustro na wieki zostawił. Przy Węgrowie baszta + dworek
sumujące
się w piękne muzeum we wsi Liw. Poniżej dwór w Suchej, nabyty i
obudowany
przepysznym skansenem przez mego kumpla, dyrektora Łazienek, Marka
Kwiatkowskiego, a z lewa Głuchy, siedziba Wajdów (dziś Tyszkiewiczówny
z
córką), gdzie rodził się Norwid. Takich kawałków muszę wykonać w sumie
dziesiątki, co daje setki obiektów, przelatane, jak widzisz,
pejzażykami,
charakterystycznymi dla danego obszaru. I dla danych obyczajów, jak
dzisiejsze
sąsiedztwo zanikających chałup pod strzechą obok nowoczesnych willi z
antenami
satelitarnymi i modnymi autami. Kiedy wróci Maksio z nart, pewnie powie
od
razu, jaką to markę samochodu niechcący namalowałem... Jest takim
specem od
motoryzacji, jak Nisia od wszystkiego, co końskie. Dla niej właśnie
poumieszczałem skrupulatnie, gdzie należy, wszystkie stadniny,
wzmiankowany
Janów, nadto Kozienice, Racot, Michałów, Mosznę, Łąck, ostoje koników
polskich,
tarpanów, hucułów etc etc. Haruję jak dziki benedyktyn, a już – chwalić
wszystkie bogi!! – następne obstalunki czekają niecierpliwie w kolejce. Pisanie listów, w
czym mam zresztą potworne zaległości, stanowi relax i koi wzrok, nie
muszący
się wysilać. Aha, zapomniałem
dodać, że na danym Ci fragmenciku mapy jest też u góry Drohiczyn, ale
bez
ukazania mego znajomego stamtąd, jedynego biskupa rzymsko-katolickiego,
który
ma całkiem niezgorszą brodę. Tak go te wschodnie miazmaty zaraziły!
Kładliśmy
wspólnie kamień węgielny pod szkołę w Łochowie, a Łochowa nie
wymalowałem, bo
nic w nim do oglądania nie ma... Oprócz duchownego byli i inni
dostojnicy,
przyczym udało się wójtowi-burmistrzowi nie zaprosić żadnego komucha
oraz w
akcie erekcyjnym nie napisać, że to za kadencji Kwaśniewskiego. Wywinął
się też
od – bardzo chętnie się narzucającego – ministra oświaty, czyli
obrzuconego w
Krakowie słusznymi jajami politruka Wiatra. Resort reprezentował tylko
jakiś
dyrektorek departamentu, którego nic nie mówiące nazwisko pod
dokumentem nie
może razić niczyich oczu. Z „ludowców” był jeno Pawlak, ale jakoś się
ku niemu
nie kwapiłem, acz zachęcał. Wolałem sobie dowcipkować z biskupem o
naszym
zaroście. Tymczasem za
chwilę przyjdą goście*, zegar mówi o tym nieubłaganie. Kończę tedy, pozdrawiając
serdecznie z wyrazami wdzięczności za słanie mi tyle oczekiwanych –
wycinków, Panom dłonie
ściskam i pozostaję
Szymon do usług PS. Nie od razu
ten list wysyłam, bo nie mam w domu odpowiednich znaczków, a czynić
osobną
wyprawę na pocztę, nie mając nic innego do obsamochodowania na mieście,
to za
dużą wyrwa w energii & czasie... Przepraszam – ale musi się
uzbierać coś do
kupienia, załatwienia, spotkania itd., abym się ruszył sposobem
„hurtowym”.
Starość nie radość, moje drogie dziecię! PS. Zabawne, że
kudły miałaś za kołtun! Inna sprawa, że nie byłaś w tym osamotniona, a
afrykańskie (często łajnem krowim lub gliną lepione) koafiury istotnie
mają
konsystencję tego, co – uważając za chorobę zakaźną! – zwano uczenie
PLICA
POLONICA. Wszakże wyraz „plica” oznacza właśnie zbitkę, plik, bułę
utworzoną z
wyschłego brudu i włosów. * Rym
przypadkowy, pardon! 37. Warszawa, 3
kwietnia 997 Oleńka Boehmiła! Wręcz niebywale
nas zaintrygowałaś, dodawszy odręcznie do listu podziękowania za
prześliczną kartkę!!!
Co też to może być za kartka??? – po długich deliberacjach doszedłem do
wniosku, że najprawdopodobniej ktoś wysłał, jak należy, piękne życzenia
wielkanocne dla PP Boehmów, a pocztówka ta nadeszła wraz z moim listem,
czyniąc
wrażenie, że też pochodzi z ulicy Wilczej... Co przy okazji jest
wytknięciem mi
gaffy towarzyskiej w tej mierze, jako notorycznemu zapominaczowi o
takich
właśnie greetings. Zawsze, lub prawie zawsze przeoczę rocznice,
odpowiednie
pory na Merry Xmas, walentynki, czy najrozmaitsze inne podobne okazje.
Płynie
to stąd, iż życząc komuś dobrze, życzę okrągły rok bez wyjątków i
raptownych
przypływów afektu, jednako przez 365 dni, chyba, iż to jest rok
przestępny,
wtedy dni 366. No i właśnie żadnej przepisowej kartki – chyba żeby
pamięć zawiodła
raptem nas oboje, skoro Danka zawsze skrupulatnie czyta naszą
korespondencję –
nie wysłałem za żaden ocean. Błagam tedy: – wyjaśnij, o jaką piękną
kartkę tu
chodzi?!?! Pytasz o
inaugurację pracy Jurka Hoffmana nad „Ogniem i mieczem”. Tak, odbyło
się to,
konferencja prasowa i wyżerka z wypitką, nader szumnie i tłumnie, a
moja
skromna osoba figurowała w relacji z uroczystości dlatego, że nadałem
reżyserowi oficjalnie i gromko tytuł „Hoffman Wielki Koronny”.
Wręczyłem przy
tym ozdobny karton, gdzie widnieje Miniaturka Miecza z dolepioną doń
zapalniczką – i tę chwilę filmowano dla różnych dzienników TV i kronik.
Podobno
dalej uczta rozwijała się jeszcze wspanialej, niż na wstępie, alem tego
już nie
oglądał, bo ani kropelki alkoholu – nawet w postaci piwa – wchłonąć mi
nie
wolno, jadać na stojaka nie cierpię, a i zmachałem się setnie, łatwo w
znużenie
popadając. Co do obsadzenia
ról, wszyscy płoniemy z ciekawości, wciąż nie zaspokajanej! Wiadomo
tylko,
wyłącznie tyle, że Ewa Wiśniewska będzie starą kniahinią, co przy jej –
jakby
nie było mimo lat – sporej urodzie i nie tak znów zaawansowanej tuszy –
odbiega
od obrazu starej, grubej jędzy o (powiada Sienkiewicz) męskim obliczu i
basowy
głosie. Ona sama też się dziwuje, ale rolę bierze, bo taki kawał forsy
piechotą
nie chodzi i wyzwanie kreacyjne też spore. Podbipiętą będzie
„największy polski aktor”, jak się o nim żartobliwie powiada, bezmała
dwumetrowy, uroczy zresztą, mój sąsiad z Wilczej, dryblas Wiktor
Zborowski.
Mały Rycerzem, czyli Wołodyjowskim, mały Zbigniew Zamachowski, wyborny
aktor o
nadzwyczaj elastyczny talencie i ogromnej vis comica. – Olbrychski ma
wystąpić,
a jakże, lecz na Bohuna o wiele już, wiele za stary! To zaznaczony już
burzami
żywota człowiek o zmiętej, zgaszonej twarzy, chyba pięćdziesięcioletni
lub coś
koło tego – gdzież mu być żwawym junakiem, jak przed ćwierćwieczem,
kiedy po
roli Azji grał Kmicica! Podobno wcieli się w księcia Jaremę
Wiśniowieckiego,
tak przynajmniej powiadają stojący w pobliżu Jurka. Co zaś tyczy
Bohuna, obsadzono
w tym Bogusława Linde, najmodniejszego obecnie naszego „twardziela”,
uważanego
przez płeć piękną za faceta wyjątkowo, nadzwyczajnie s e x y . Ostatni
to dlań
dzwonek, bo też już wiek ponad-bohunowy, ale charakteryzacją mu nieco
wiosen
odejmą, a sprawny wciąż jest. Reszta ról nadal
nie obsadzona, z najważniejszymi: – Helena – Skrzetuski – Zagłoba na
czele.
Gazety proponują rozmaitych, lecz żadna decyzja nie zapadła prócz
wymienionych
wyżej. Zdjęcia rozpoczynają się we wrześniu, a meldunki mam na bieżąco,
na
gorąco, bo nie tylko ów Podbipięta mieszka bramę dalej, ale w mojej
kamienicy
sklep z utensyliami medycznymi prowadzi niejaki pan Adamski, który jest
szefem
kaskaderów u Hoffmana i naczelnym konsultantem jeździeckim oraz
organizatorem
zasobów konnych. Ten opowiada mi niemal codziennie, kiedy wychodzę na
spacer z
naszym Felkiem, kundelkiem, co słychać i w jakim stadium są
preliminaria
filmowe. Już kupił wierzchowce dla co najmniej pół chorągwi husarii...
I tak
oto wygląda dziś sytuacja „Ogniem i mieczem”. (– W tej chwili,
ponownie spojrzawszy na tajemniczy okrzyk, tyczący „cudownej kartki”,
odszyfrowałem, że hieroglif na końcu napisu znaczy „Oprawię ją” Tym
bardziej
wzrosła ciekawość, o co chodzi –) Ogromnie jestem
ciekaw Twej księgi o Indianach, właśnie z racji pytania, jakie sobie (i
Ci w
któryś poprzednim liście) stale zadaję: – czy ich niegdysiejszy ethos, (przewyższający o całe nieba,
oczywiście nieba Wielkiego Manitou, nikły status moralny chamowatych
prostaków,
którzy zagarniali dla siebie kontynent, czy więc ten ethos jeszcze
potrafi się
objawiać obecnie? Czy też plastikowa tandeta duchowa przeżarła i
potomków
Sitting Bulla, czyniąc z monumentalnych norm, pryncypiów i postaci
towar
turystyczny typu „cepelii”, jak to się stało, powiedzmy, na Hawajach?
Gra już
samo zestawienie estetyki obu stron,
gdzie z jednej mamy – od słupów totemicznych, wigwamów, dekoracyjności
stroju,
tańca, broni aż po najmniejsze pióreczko na kalumecie – czcigodną,
omszałą
tradycję wielkiej kultury, a z drugiej kompletną nicość, ohydne
drewniane budy,
wrzaski, pijaństwo i parweniuszowską rozpustę tanich dziwek, – a więc
to
zestawienie już mnóstwo mówi. Co zeń jeszcze się ostało? Czy Apacze ze
Siouxami
nadal tak górują? Konkwistadorzy
hiszpańscy, acz jeszcze podlejsi i okrutniejsi, od samych początków
rabunku
począwszy, wnieśli jednak jakiś
moduł, jakiś styl, jakiś kawał kunsztownej Europy w pejzaż Ameryki
Środkowej i
Południowej. Iberyjski, o Maurów zahaczający starożytnością nawyk do
otaczania
się sztuką, pięknem wizualnym i namiętnością przeżyć – dał w kontakcie
z
lokalnymi reliktami Majów, Inków czy Innych Azteków mieszankę
fascynującą i
intensywną kulturowo. Choćby sam meksykański kult rozfikanej „Śmierci
„oswojonej” wśród namiętnych tańców; choćby to, co w przesławnym „Orfeu
Negro”
zachwycało spotkaniem rytmów baskijskich czy saragoskich z indiańskimi,
już te
mieszanki tworzą klimat jedyny w swym rodzaju, płodny (architektura,
idee
Siqueirosa, itp.!!) i wciąż intrygujący. Dwie – jakże krwiste! –
tradycje
wydały w całej Ameryce łacińskiej ten splot groźnego, zgęszczonego
piękna i
gwałtowności, zmysłowego istnienia. Na północ dotarło to najwyżej do
okolic
komiksowego, awanturniczego Zorro, kiepskiej popłuczyny po wszystkich
Janosikach, Ondraszkach, Mandrinach Europy...Powyżej tylko ten brutal z
rewolwerem i tępym okrucieństwie kontra świat Grey Owl’a z jego
bobrami,
borami, poezją i baśniowością, brutal który zdeptał tutejszość
bezwzględnym
tratowaniem na przełaj, kiedy to z krzykliwą trąbką wali klasyczna
„kawaleria
Stanów Zjednoczonych”, unicestwiając wszystko bez pardonu, niweluje,
wdeptuje w
prerię... Ile z tej makabrycznej sytuacji zostało w obecnych czasach,
gdy pogłowie północnoamerykańskich Indian
jest kilkakrotnie liczniejsze, niż bywało w najlepszych nawet okresach
ich
swobody – ale kosztem zamordowania wszelakich wartości, korzeni
tradycji,
prawdziwości duchowej przodków. Chyba, że się mylę w tej posępnej
ocenie, obym
się mylił! Jak na te pytania, na te lęki odpowie Twoja książka? Co tyczy
Wańkowicza, zatrącam conieco o te jego rozliczenia, tyczące powrotu,
gdy piszę
o swoistej „buchalterii popularności” w mym krótkim szkicu o pisarzu.
Książka
powinna się ukazać już, jak mówią: „na dniach”, posyłam Ci ją
natychmiast na
możliwie precyzyjny adres. Co nie jest łatwe do uchwycenia, bo
skaczecie po
mapie USA jak te pchły! Wspominasz też z
lekka o starości, co wynika z obserwacji Mamy i onej 88-letniej Mrs
Marien...
Za chwilę mi stuknie siedemdziesiątka, to znaczy, że u mnie już.
Że przyszło. I jest bezbolesne,
jak każde zjawisko naturalne, np. jak koniec „szczenięcych lat”.
Owszem,
fizycznie boli to i owo, niekiedy nawet ostro, wtedy (w moim przypadku)
wystarczy psiknąć w gębę sprayem z nitrogliceryną i ból mija. Jednakże
dolegliwości duchowe nie są bynajmniej straszniejsze od dawnych, może
nawet
łagodniejsze, bo generalna rezygnacja, to wspaniały środek
znieczulający!
Samotność? Phi, ta doskwierała od dawien dawna, kiedy miałem
dwadzieścia lat
szarpała nawet dotkliwiej, bo się człek buntował, histeryzował,
protestował...
Zresztą – posyłam Ci tekst, który we mnie powstał właśnie przed pół
wiekiem,
kiedy miałem tę dwudziestkę – a potem był tylko uzupełniany, aż go w
końcu,
ćwierć stulecia temu, spisałem na karteczce, nazwawszy „Wyspy”. Można
więc żyć
z tym długie, długie lata, byle nie wpadać w żaden popłoch. Do Gniazdowa
wybieramy się 20-go kwietnia. Wiosna wygląda na obecną w pełni, bywa
ciepławo i
modro. A tymczasem
pozdrawiam serdecznie Całą Załogę Szymon PS. Jak wiadomo,
Indianie zawsze dystansowali „blade twarze” swą wrodzoną, ciężko
doświadczaną
lojalnością wobec partnerów, Objawiała się ona także tym, że podczas II
wojny
światowej używano do nadawania otwartym tekstem komunikatów wojskowych,
gdy
nadawca z odbiorcą, obaj z pewnego szczepu indiańskiego, używali swego
języka
znanego wyłącznie w ich maleńkiej enklawie! |