Philadelphia  -  Atlantic City  -  Trenton -  Wilmington










nr60 Nr 60, Czerwiec 2004

str. 11

- Nie minelo nic, procz lat. Cz.12. Listy Szymona Kobylinskiego do Aleksandry Ziolkowskiej-Boehm.  Aleksandra Ziolkowska-Boehm

NIE MINĘŁO NIC, PRÓCZ LAT...

LISTY SZYMONA KOBYLIŃSKIEGO DO ALEKSANDRY ZIÓLKOWSKIEJ-BOEHM

 

(Cała korespondencja, czyli także listy Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm, ukazała się w książce p.t. Nie minęło nic, prócz lat”. Książka ta wydana została niedawno w Polsce nakładem Wydawnictwa Nowy Świat i jest do nabycia w www.merlin.com.pl. azb)

(odcinek 12)

36

Warszawa, 21 lutego 1997
 

Oleńko Boehmiła!

 

Piszę, jak widzisz, na papierze herbownym, bo czymś trzeba zaznaczać obrzydzenie wobec pauperyzacji, pożerającej nas systematycznie i bezmała totalnie... Na tej samej zasadzie bilet wizytowy mam z japońską wersją imienia i nazwiska, żeby było jak u samuraja, ewentualnie sioguna.

 

A dziękując za Twój list, jaki przyszedł przed chwilą, stwierdzam, że Karkowska winna Ci odpalać część swojej pensji, skoro robisz za nią część jej roboty, do której się notabene pisemnie zobowiązała, obiecując solennie, że będzie teraz przysyłać każdy wycinek z moim tekstem. A juści! Przysłała coś ze dwa razy, powtarzając notabene te same kawałki, natomiast nie dodając nowych, poczym ucichła kompletnie. Z dat, widocznych na obecnie mi przez Cię dostarczonych felietonach, wynika, iż publikują mnie raz na miesiąc. Przysięgała także dać coś w rodzaju recenzji z mego podręcznika historii, ale (tym razem napisała), egzemplarz dotarł tylko do bibliotekarki, a ta wyjechała do Europy i nie wiadomo kiedy wróci. Czyżby biblioteka redakcyjna była wówczas zamknięta na głucho?!? To po co istnieje?!? – Posłałem zatem książkę bezpośrednio do Karkowskiej, no i właśnie jej milczenie objęło także tę sprawę. Jest to osoba nie tyle chorowita, ile nieodpowiedzialna, a zasłania się nawałem pracy. Czyżby tak samo sumiennie wykonywanej, jak ta na mojej – jakże skromnej, raz na miesiąc! – działce?

 

Co tyczy rzeczy o Wańkowiczu, nie ukazało się to jeszcze, i to nie ukazało się w sposób, że tak powiem, dubeltowy. Albowiem pierwodruk powinien być w marcowym nrze SUPER-LINII, tymczasem zaś liczące sobie 170 lat wydawnictwo Orgelbrandów (z autentycznym Orgelbrandem na czele) robi z owych felietoników w liczbie 34 książkę pt. „Żwawe grubasy”. Tam oczywiście będzie i Pan Melo w całej okazałości, jako pojazd opancerzony. Oczywiście tomik ów trafi do Ciebie natychmiast po jego wydrukowaniu, co ma podobno nastąpić w końcu marca, gdy SUPER-LINIA urządzi konkurs na Miss Puszystych. Ma się to zbiec z tym konkursem.

Wywód o Mrs,. Kalifornia jest Kalafonia, a reszta leci tymże trybem i w efekcie wszyscy używają, niczym ongiś szlachetnej mrs i miss oraz ms – bardzo ciekawy.

 

Biedne Anglosasy! Mając język tak nędzny, że nawet porządnego bruderszaftu wypić nie mogą, bo „you” pozostanie, nie mogąc też rzec, czy „byłem” czy „byłam”, obchodząc się bez rodzaju nijakiego, a potyrając pozostałe (tylko wtajemniczeni wiedzą, iż np. okręt jest she), słowem posługując się słowami bez koniugacji i deklinacji – nnnno, prawie! – muszą sobie nadrabiać sztucznymi finezjami. Na dokładkę rozparł się w świecie język amerykański, gdzie np. łaciny, tego basic, gdyż mowa owa już w swej zasadniczej formie jest przy innych zupełnie basic... „Ja iść dom” – „I go home”; „My nexdoor is my neighborough” – ”mój drzwi obok jest mój bliźni”; „Are you all right?” –„Być ty (wy, pani, pan, panienka) wszystko prawidłowo?” – itd. itp. etc.

 

Nie jestem ci ja czołowym stylistą, ale wystarczy mi, gdy wezmę sobie własny tekst („Jej królewska mość Wisła”) i przyłożę do jego angielskiej wersji („Her Majesty the Vistula”), a już widać straszliwą różnicę barwy, tonacji, dźwięczności tekstów. Po polsku rzecz ma od razu jakiś – doborem i wyborem słów, szykiem zdania i jego melodią – charakter, oblicze, indywidualność, a w przekładzie jest to suche, urzędowe poniekąd ukazanie samej gołej treści, bez śladu tamtego, polszczyźnie w sposób organiczny przypisanego wdzięku. Zresztą – nie! Z tejże książki weźmy nie moje słowa, ale mego arcymistrza, Boya Żeleńskiego, którego cytuję ilekroć mogę, ze szczególną lubością. Rzekł on, spotkawszy u Wyspiańskiego określenie „rusalny”, co następuje:

 

–”...A on? A Wyspiański? Czyż on nie jest „rusalny”? Czy nie można sobie wyobrazić, że jego ojciec, stary rzeźbiarz Wyspiański, jeden z owych poetów w duszy, którzy lubią zajrzeć do kieliszka, zabłąkał się pewnej nocy na brzeg Wisły i tam spłodził syna z rusałką czy wodnicą?...”

 

Wsłuchaj się, wpatrz w te potoczyste, giętkie i „szczelne” (jak o stylu Boya mówił Słonimski) zdania o muzycznie, akordowo dobranych wyrazach. I teraz zobacz suchy, tępy raport o treściowej zawartości owych zdań, rzeczowy komunikat o koncepcji Boya w miejsce poetyckiego obrazu:

– „...And what about him? What about Wyspiański? Isn’t there something „undineous” about him? (– te straszne jak czkawka powtarzanie „about”! SK) Can’t you just imagine his father, old Wyspiański the sculptor, one of those poetic souls („dusza poetycka” to doprawdy coś zupełnie innego, niż „poeta w duszy”! To są dopiero finezje! SK) with a liking for the bottle, getting lost one night, stumbling down to the Vistula and begetting his son with an undine or water sprite?...”

 

Tu masz dobrodusznie poczciwe „lubił zajrzeć do kieliszka”, a tu byle jakie „liking for the bottle” – a między tym cała przepaść, kędy przepadł – po prostu! – artyzm Boya. Mającego do dyspozycji tak ogromne bogactwo określeń, że Tuwim z tego jednego motywu ułożył potężny, rozległy, przebogaty „Słownik pijacki”. Wedle tego spisu mógł stary Wyspiański gustować w tym, aby sobie: – alembikować, bąbnąć, charnąć, chmalić, chrupać sroczkę (!!), dziaknąć, grdyknąć, piznąć, ramsnąć, szmarnąć... – Jezusmaria, nie sposób ogarnąć tego skarbca możliwości, dla anglosasa zamkniętego na cztery spusty!

 

No, dość wybrzydzania, leciem dalej.

(Tu musiałem odciąć kartkę i dolepić nowy kawałek, bo mi się na tamtym czcionki pokiciały) – Pani Resich, nie Reslich, Modlińska jest w istocie osobą nader zręczną telewizyjnie, również gdy używa (tyle przeze mnie tu potyranej) angielszczyzny. Słychać to wyraźnie, kiedy przepytuje wyjców lub wyjczynie z topu pop-music. Oni bełkocą, ona jednak mówi, notabene z lepszą od nich dykcją.

 

Wielce sympatyczna jest wieść o przylocie Tomka z onej Kalafonii i ofiarne odsługiwanie rodzinnych powinności. Rozfruwane te dzieci ogromnie, nawet moi domatorzy (– coś im w genach przekazałem! –) także, jeśli na narty, to w Alpy. Gdzie teraz jeszcze hulają, bo ferie, jakie Danka przeniosła przed laty z okolic Gwiazdki na luty. Wojowała o to długo z różnymi bonzami, a wygrała, kiedy Maciek był już po maturze, ale oto dla wnuków jak znalazł!

 

Ładna historyjka z Nowakiem-Jeziorańskim, ale może za bardzo się martwi o jednego dalszoplanowego polityka lokalnego, gdy tymczasem, jak na to wygląda, amerykańska pani premierka, taka Thatcher z USA, pono całkiem nieźle ma nas wyforować do tego NATO. Nie wiem co prawda, kto by miał na nas najeżdżać zbrojnymi zagony, gdy Niemcy od dawna wolą skuteczniej zdobywać Lebensraum w miękkich kamaszkach zamiast podkutych buciorów, a ruscy w szwach się wojskowo rozłażą i żaden im interes robić gdziekolwiek nową Czeczenię lub Afganistan – ale zawsze lepiej trzymać z tymi, którzy nie wymordowywali własnego narodu, niż z takimi, co siedemdziesiąt milionów rodaków w siedemdziesiąt lat unicztożyli, dodawszy jeszcze hekatomby po sąsiedzku...

 

Ja tymczasem od dwu miesięcy dzień w dzień, wyczerpując zwłaszcza ślepia, łatwo mgłą zachodzące i łacno dające podwójny obraz, wykonuję mnogie miniaturki atrakcji turystycznych na mapie „Uroków Polski”. Dla miłego grosza, rzecz jasna, dla grosiwa! Załączam Ci próbkę tego upiornego puzzle (u nas się mawia potocznie „ten puzel”), obejmującą moje okolice siedlecczyzny. Na wieży siedleckiego ratusza Herkules dźwiga kulę ziemską, przy granicy masz arabskiego rumaka z Janowa Podlaskiego, a niżej kościół w Kodniu, gdzie obraz cudowny Matki Boskiej Kodeńskiej pielgrzymów ściąga (– dałem też ku północy piękną ikonę przy odbudowanej po pożarze cerkwi na Świętej Górze Garbarce, tudzież dwa meczety przy Białymstoku plus napis z Koranu, bez błędów ortograficznych, acz w języku Proroka! –) natomiast z lewej, od płn-zachodu jest nasz powiatowy Węgrów. Przed fasadą przepięknego kościółka pan Twardowski na kogucie, gdyż tam swoje zaczarowane lustro na wieki zostawił. Przy Węgrowie baszta + dworek sumujące się w piękne muzeum we wsi Liw. Poniżej dwór w Suchej, nabyty i obudowany przepysznym skansenem przez mego kumpla, dyrektora Łazienek, Marka Kwiatkowskiego, a z lewa Głuchy, siedziba Wajdów (dziś Tyszkiewiczówny z córką), gdzie rodził się Norwid. Takich kawałków muszę wykonać w sumie dziesiątki, co daje setki obiektów, przelatane, jak widzisz, pejzażykami, charakterystycznymi dla danego obszaru. I dla danych obyczajów, jak dzisiejsze sąsiedztwo zanikających chałup pod strzechą obok nowoczesnych willi z antenami satelitarnymi i modnymi autami. Kiedy wróci Maksio z nart, pewnie powie od razu, jaką to markę samochodu niechcący namalowałem... Jest takim specem od motoryzacji, jak Nisia od wszystkiego, co końskie. Dla niej właśnie poumieszczałem skrupulatnie, gdzie należy, wszystkie stadniny, wzmiankowany Janów, nadto Kozienice, Racot, Michałów, Mosznę, Łąck, ostoje koników polskich, tarpanów, hucułów etc etc. Haruję jak dziki benedyktyn, a już – chwalić wszystkie bogi!! – następne obstalunki czekają niecierpliwie w kolejce.

 

Pisanie listów, w czym mam zresztą potworne zaległości, stanowi relax i koi wzrok, nie muszący się wysilać.

Aha, zapomniałem dodać, że na danym Ci fragmenciku mapy jest też u góry Drohiczyn, ale bez ukazania mego znajomego stamtąd, jedynego biskupa rzymsko-katolickiego, który ma całkiem niezgorszą brodę. Tak go te wschodnie miazmaty zaraziły! Kładliśmy wspólnie kamień węgielny pod szkołę w Łochowie, a Łochowa nie wymalowałem, bo nic w nim do oglądania nie ma... Oprócz duchownego byli i inni dostojnicy, przyczym udało się wójtowi-burmistrzowi nie zaprosić żadnego komucha oraz w akcie erekcyjnym nie napisać, że to za kadencji Kwaśniewskiego. Wywinął się też od – bardzo chętnie się narzucającego – ministra oświaty, czyli obrzuconego w Krakowie słusznymi jajami politruka Wiatra. Resort reprezentował tylko jakiś dyrektorek departamentu, którego nic nie mówiące nazwisko pod dokumentem nie może razić niczyich oczu. Z „ludowców” był jeno Pawlak, ale jakoś się ku niemu nie kwapiłem, acz zachęcał. Wolałem sobie dowcipkować z biskupem o naszym zaroście.

 

Tymczasem za chwilę przyjdą goście*, zegar mówi o tym nieubłaganie.

Kończę tedy,

pozdrawiając serdecznie z wyrazami wdzięczności za słanie mi tyle oczekiwanych – wycinków,

Panom dłonie ściskam

i pozostaję Szymon

do usług

 

PS. Nie od razu ten list wysyłam, bo nie mam w domu odpowiednich znaczków, a czynić osobną wyprawę na pocztę, nie mając nic innego do obsamochodowania na mieście, to za dużą wyrwa w energii & czasie... Przepraszam – ale musi się uzbierać coś do kupienia, załatwienia, spotkania itd., abym się ruszył sposobem „hurtowym”. Starość nie radość, moje drogie dziecię!

PS. Zabawne, że kudły miałaś za kołtun! Inna sprawa, że nie byłaś w tym osamotniona, a afrykańskie (często łajnem krowim lub gliną lepione) koafiury istotnie mają konsystencję tego, co – uważając za chorobę zakaźną! – zwano uczenie PLICA POLONICA. Wszakże wyraz „plica” oznacza właśnie zbitkę, plik, bułę utworzoną z wyschłego brudu i włosów.

* Rym przypadkowy, pardon!

 

37.

Warszawa, 3 kwietnia 997

 

Oleńka Boehmiła!

 

Wręcz niebywale nas zaintrygowałaś, dodawszy odręcznie do listu podziękowania za prześliczną kartkę!!! Co też to może być za kartka??? – po długich deliberacjach doszedłem do wniosku, że najprawdopodobniej ktoś wysłał, jak należy, piękne życzenia wielkanocne dla PP Boehmów, a pocztówka ta nadeszła wraz z moim listem, czyniąc wrażenie, że też pochodzi z ulicy Wilczej... Co przy okazji jest wytknięciem mi gaffy towarzyskiej w tej mierze, jako notorycznemu zapominaczowi o takich właśnie greetings. Zawsze, lub prawie zawsze przeoczę rocznice, odpowiednie pory na Merry Xmas, walentynki, czy najrozmaitsze inne podobne okazje. Płynie to stąd, iż życząc komuś dobrze, życzę okrągły rok bez wyjątków i raptownych przypływów afektu, jednako przez 365 dni, chyba, iż to jest rok przestępny, wtedy dni 366. No i właśnie żadnej przepisowej kartki – chyba żeby pamięć zawiodła raptem nas oboje, skoro Danka zawsze skrupulatnie czyta naszą korespondencję – nie wysłałem za żaden ocean. Błagam tedy: – wyjaśnij, o jaką piękną kartkę tu chodzi?!?!

 

Pytasz o inaugurację pracy Jurka Hoffmana nad „Ogniem i mieczem”. Tak, odbyło się to, konferencja prasowa i wyżerka z wypitką, nader szumnie i tłumnie, a moja skromna osoba figurowała w relacji z uroczystości dlatego, że nadałem reżyserowi oficjalnie i gromko tytuł „Hoffman Wielki Koronny”. Wręczyłem przy tym ozdobny karton, gdzie widnieje Miniaturka Miecza z dolepioną doń zapalniczką – i tę chwilę filmowano dla różnych dzienników TV i kronik. Podobno dalej uczta rozwijała się jeszcze wspanialej, niż na wstępie, alem tego już nie oglądał, bo ani kropelki alkoholu – nawet w postaci piwa – wchłonąć mi nie wolno, jadać na stojaka nie cierpię, a i zmachałem się setnie, łatwo w znużenie popadając.

 

Co do obsadzenia ról, wszyscy płoniemy z ciekawości, wciąż nie zaspokajanej! Wiadomo tylko, wyłącznie tyle, że Ewa Wiśniewska będzie starą kniahinią, co przy jej – jakby nie było mimo lat – sporej urodzie i nie tak znów zaawansowanej tuszy – odbiega od obrazu starej, grubej jędzy o (powiada Sienkiewicz) męskim obliczu i basowy głosie. Ona sama też się dziwuje, ale rolę bierze, bo taki kawał forsy piechotą nie chodzi i wyzwanie kreacyjne też spore.

 

Podbipiętą będzie „największy polski aktor”, jak się o nim żartobliwie powiada, bezmała dwumetrowy, uroczy zresztą, mój sąsiad z Wilczej, dryblas Wiktor Zborowski. Mały Rycerzem, czyli Wołodyjowskim, mały Zbigniew Zamachowski, wyborny aktor o nadzwyczaj elastyczny talencie i ogromnej vis comica. – Olbrychski ma wystąpić, a jakże, lecz na Bohuna o wiele już, wiele za stary! To zaznaczony już burzami żywota człowiek o zmiętej, zgaszonej twarzy, chyba pięćdziesięcioletni lub coś koło tego – gdzież mu być żwawym junakiem, jak przed ćwierćwieczem, kiedy po roli Azji grał Kmicica! Podobno wcieli się w księcia Jaremę Wiśniowieckiego, tak przynajmniej powiadają stojący w pobliżu Jurka. Co zaś tyczy Bohuna, obsadzono w tym Bogusława Linde, najmodniejszego obecnie naszego „twardziela”, uważanego przez płeć piękną za faceta wyjątkowo, nadzwyczajnie s e x y . Ostatni to dlań dzwonek, bo też już wiek ponad-bohunowy, ale charakteryzacją mu nieco wiosen odejmą, a sprawny wciąż jest.

 

Reszta ról nadal nie obsadzona, z najważniejszymi: – Helena – Skrzetuski – Zagłoba na czele. Gazety proponują rozmaitych, lecz żadna decyzja nie zapadła prócz wymienionych wyżej. Zdjęcia rozpoczynają się we wrześniu, a meldunki mam na bieżąco, na gorąco, bo nie tylko ów Podbipięta mieszka bramę dalej, ale w mojej kamienicy sklep z utensyliami medycznymi prowadzi niejaki pan Adamski, który jest szefem kaskaderów u Hoffmana i naczelnym konsultantem jeździeckim oraz organizatorem zasobów konnych. Ten opowiada mi niemal codziennie, kiedy wychodzę na spacer z naszym Felkiem, kundelkiem, co słychać i w jakim stadium są preliminaria filmowe. Już kupił wierzchowce dla co najmniej pół chorągwi husarii... I tak oto wygląda dziś sytuacja „Ogniem i mieczem”.

(– W tej chwili, ponownie spojrzawszy na tajemniczy okrzyk, tyczący „cudownej kartki”, odszyfrowałem, że hieroglif na końcu napisu znaczy „Oprawię ją” Tym bardziej wzrosła ciekawość, o co chodzi –)

 

Ogromnie jestem ciekaw Twej księgi o Indianach, właśnie z racji pytania, jakie sobie (i Ci w któryś poprzednim liście) stale zadaję: – czy ich niegdysiejszy ethos, (przewyższający o całe nieba, oczywiście nieba Wielkiego Manitou, nikły status moralny chamowatych prostaków, którzy zagarniali dla siebie kontynent, czy więc ten ethos jeszcze potrafi się objawiać obecnie? Czy też plastikowa tandeta duchowa przeżarła i potomków Sitting Bulla, czyniąc z monumentalnych norm, pryncypiów i postaci towar turystyczny typu „cepelii”, jak to się stało, powiedzmy, na Hawajach? Gra już samo zestawienie estetyki obu stron, gdzie z jednej mamy – od słupów totemicznych, wigwamów, dekoracyjności stroju, tańca, broni aż po najmniejsze pióreczko na kalumecie – czcigodną, omszałą tradycję wielkiej kultury, a z drugiej kompletną nicość, ohydne drewniane budy, wrzaski, pijaństwo i parweniuszowską rozpustę tanich dziwek, – a więc to zestawienie już mnóstwo mówi. Co zeń jeszcze się ostało? Czy Apacze ze Siouxami nadal tak górują?

 

Konkwistadorzy hiszpańscy, acz jeszcze podlejsi i okrutniejsi, od samych początków rabunku począwszy, wnieśli jednak jakiś moduł, jakiś styl, jakiś kawał kunsztownej Europy w pejzaż Ameryki Środkowej i Południowej. Iberyjski, o Maurów zahaczający starożytnością nawyk do otaczania się sztuką, pięknem wizualnym i namiętnością przeżyć – dał w kontakcie z lokalnymi reliktami Majów, Inków czy Innych Azteków mieszankę fascynującą i intensywną kulturowo. Choćby sam meksykański kult rozfikanej „Śmierci „oswojonej” wśród namiętnych tańców; choćby to, co w przesławnym „Orfeu Negro” zachwycało spotkaniem rytmów baskijskich czy saragoskich z indiańskimi, już te mieszanki tworzą klimat jedyny w swym rodzaju, płodny (architektura, idee Siqueirosa, itp.!!) i wciąż intrygujący. Dwie – jakże krwiste! – tradycje wydały w całej Ameryce łacińskiej ten splot groźnego, zgęszczonego piękna i gwałtowności, zmysłowego istnienia. Na północ dotarło to najwyżej do okolic komiksowego, awanturniczego Zorro, kiepskiej popłuczyny po wszystkich Janosikach, Ondraszkach, Mandrinach Europy...Powyżej tylko ten brutal z rewolwerem i tępym okrucieństwie kontra świat Grey Owl’a z jego bobrami, borami, poezją i baśniowością, brutal który zdeptał tutejszość bezwzględnym tratowaniem na przełaj, kiedy to z krzykliwą trąbką wali klasyczna „kawaleria Stanów Zjednoczonych”, unicestwiając wszystko bez pardonu, niweluje, wdeptuje w prerię... Ile z tej makabrycznej sytuacji zostało w obecnych czasach, gdy pogłowie północnoamerykańskich Indian jest kilkakrotnie liczniejsze, niż bywało w najlepszych nawet okresach ich swobody – ale kosztem zamordowania wszelakich wartości, korzeni tradycji, prawdziwości duchowej przodków. Chyba, że się mylę w tej posępnej ocenie, obym się mylił! Jak na te pytania, na te lęki odpowie Twoja książka?

 

Co tyczy Wańkowicza, zatrącam conieco o te jego rozliczenia, tyczące powrotu, gdy piszę o swoistej „buchalterii popularności” w mym krótkim szkicu o pisarzu. Książka powinna się ukazać już, jak mówią: „na dniach”, posyłam Ci ją natychmiast na możliwie precyzyjny adres. Co nie jest łatwe do uchwycenia, bo skaczecie po mapie USA jak te pchły!

 

Wspominasz też z lekka o starości, co wynika z obserwacji Mamy i onej 88-letniej Mrs Marien... Za chwilę mi stuknie siedemdziesiątka, to znaczy, że u mnie już. Że przyszło. I jest bezbolesne, jak każde zjawisko naturalne, np. jak koniec „szczenięcych lat”. Owszem, fizycznie boli to i owo, niekiedy nawet ostro, wtedy (w moim przypadku) wystarczy psiknąć w gębę sprayem z nitrogliceryną i ból mija. Jednakże dolegliwości duchowe nie są bynajmniej straszniejsze od dawnych, może nawet łagodniejsze, bo generalna rezygnacja, to wspaniały środek znieczulający! Samotność? Phi, ta doskwierała od dawien dawna, kiedy miałem dwadzieścia lat szarpała nawet dotkliwiej, bo się człek buntował, histeryzował, protestował... Zresztą – posyłam Ci tekst, który we mnie powstał właśnie przed pół wiekiem, kiedy miałem tę dwudziestkę – a potem był tylko uzupełniany, aż go w końcu, ćwierć stulecia temu, spisałem na karteczce, nazwawszy „Wyspy”. Można więc żyć z tym długie, długie lata, byle nie wpadać w żaden popłoch.

 

Do Gniazdowa wybieramy się 20-go kwietnia. Wiosna wygląda na obecną w pełni, bywa ciepławo i modro.

A tymczasem pozdrawiam serdecznie Całą Załogę i pozostaję niereformowalny

Szymon

PS. Jak wiadomo, Indianie zawsze dystansowali „blade twarze” swą wrodzoną, ciężko doświadczaną lojalnością wobec partnerów, Objawiała się ona także tym, że podczas II wojny światowej używano do nadawania otwartym tekstem komunikatów wojskowych, gdy nadawca z odbiorcą, obaj z pewnego szczepu indiańskiego, używali swego języka znanego wyłącznie w ich maleńkiej enklawie!