Philadelphia  -  Atlantic City  -  Trenton -  Wilmington










nr60 Nr 60, Czerwiec 2004

str. 6

- Piekno, poezja i sztuka w dobie cywilizacji obrazkowej. Rozmowa z Januszem A. Ihnatowiczem. Joanna Sokolowska-Gwizdka

Joanna Sokołowska-Gwizdka

Toronto, Canada

www.jsokolowska.com

 

Kształtem miłości piękno jest - i tyle,
Ile ją człowiek oglądał na świecie,
W ogromnym Bogu albo w sobie-pyle,
Na tego Boga wystrojonym dziecię;
Tyle o pięknem człowiek wie i głosi -
Choć każdy w sobie cień pięknego nosi
I każdy - każdy z nas - tym piękna pyłem.

                      C.K Norwid “Promethidion”
ks.Ihnatowicz


Ksiądz profesor Janusz Ihnatowicz

Uniwersytet w Houston (USA)

 

Piękno, poezja i sztuka w dobie cywilizacji obrazkowej

Joanna Sokołowska-Gwizdka – Proszę księdza, pisze ksiądz już od wielu lat łącząc działalność duszpasterską z twórczością poetycką. Czy księdza poezja ma w jakimś stopniu dotrzeć do konkretnego czytelnika i spełnić rolę katechezy?

 

Janusz Ihnatowicz - Na pewno odbiorca jest potrzebny, bo pisze się po to, żeby ktoś przeczytał. Ale w momencie pisania nie myślę o nim. Nie mam też na uwadze celów dydaktycznych, ani jakichkolwiek innych.

 

JSG – W księdza przypadku poezja więc nie ma związku ze stanem kapłańskim, twórczość idzie niezależnym torem?

 

JI – Tu trzeba rozróżnić, chyba. Twórczość każdego jakoś płynie z tego czym jest, w co wierzy, co jest sensem jego życia. Stąd też pisarstwo człowieka wierzącego, księdza, będzie odbiciem tego jak widzi świat; trudno sobie wyobrazić by wierzący kapłan pisał wiersze o wydźwięku anty-chrześcijańskim czy ateistycznym. Napisałem pewnie nieco wierszy, które można by zaliczyć do literatury religijnej, ale nie pisałem ich w jakimś duszpasterskim czy katechetycznym celu: nie, na przykład, jako tekst do pieśni kościelnej czy liturgicznej. Moja twórczość, jak powiedziałem, nie ma celów dydaktycznych. Co więcej, muszę dodać, obcy jest mi ideał tak zwanego „kapłaństwa” poezji czy sztuki w ogóle: artysta, pisarz to nie prorok, objawiający ludziom jakieś nadprzyrodzone czy transcedentalne prawdy ukryte przed zwykłymi śmiertelnikami. Nie uważam się nawet za głębokiego filozofa czy mędrca odrywającego głębokie jakieś prawdy. Może tacy poeci są; ja wśród nich nie jestem. Dla mnie poezja, a na pewno moja własna poezja ma o wiele prostsze, czy niższe, jeśli wola, zadanie. Pisanie wierszy to trochę tak, jak bycie kucharką. Pisze się po to, by sprawić ludziom przyjemność. Choć ta przyjemność może być natury czysto intelektualnej: przyjemność z zobaczenia świata w jakiś nowy sposób.

 

JSG – Czy wobec tego pierwszoplanową funkcją sztuki jest dla księdza funkcja estetyczna?

JI - Tomasz z Akwinu powtórzył za Grekami definicję piękna – „pięknymi nazywamy rzeczy, które podobają się, gdy się je ogląda” (Summa teologiczna). Jeśli sztuka mi nie sprawia przyjemności i muszę się męczyć przy odbiorze, to może zawierać dobrą informację i pokłady głębokiego myślenia, ale dla mnie nie jest dziełem. Oczywiście nie oznacza to, że rzecz ma być łatwa. Np. niektóre utwory Eliota są trudne, ale już pierwsze czytanie sprawia zadowolenie.

 

JSG – Wspomniał ksiądz Eliota. Jakich poetów wymieniłby ksiądz jako swoich mistrzów poetyckich?

 

JI – Mistrzów mamy różnych w różnych okresach życia. Gdy byłem młody miałem ograniczony dostęp do polskiej literatury. W wieku 17-18 lat moja znajomość literatury polskiej pochodziła jedynie z antologii wydanych na emigracji w czasie wojny. W Anglii nie mieliśmy tekstów, podręczników. W latach 40. młodzi ulegali modzie, wyśmiewali Słowackiego, a czytali Norwida. Potem przyszedł czas Gałczyńskiego. Próbowaliśmy go naśladować. Z angielskich pisarzy na pewno cenię T.S. Eliota czy Dylana Thomasa. Ale nie wiem czy ich można nazwać mistrzami. Podpatruje się różne ich sztuczki. Na tym rzecz polega.

 

JSG - Czy ksiądz się utożsamia z grupą poetycką „Kontynenty”, powstałą w powojennym Londynie?

 

JI - Mój związek z „Kontynentami” jest trochę przypadkowy Na pewno wiekowo pasowałem do tej grupy, bo wszyscy kończyliśmy uniwersytety w tym samym czasie. Wokół „Kontynentów” tworzy się teraz mistyczna aura. Tak na prawdę wszyscy młodzi tam pisali, bo to było jedyne pismo, w którym mogli drukować. Dostać się do „Wiadomości” nie było tak łatwo. Ja dostałem się tam dopiero w latach chyba 60. (Już nie pamiętam, może i wcześniej.). Przez parę lat drukowałem w „Kontynentach” (a raczej w ich różnych wcieleniach).

   Podejrzewam, że te masowo powstające utwory młodych i nie tylko młodych nie były wiele warte. Mieczysław Grydzewski wykazał się zmysłem krytycznym, skoro nie wszystko chciał drukować. (Choć trzeba także przyznać, że miał swoje gusty, nie wszystko mu pasowało.) Takich ludzi, którzy chcieliby być poetami zawsze jest bardzo dużo. Wtedy do Anglii różnymi drogami trafiła duża grupa młodych Polaków. Ponieważ na emigracji nie było normalnych warunków, szkolnych pisemek itd., gdzie można było się „wypisać”, to taką rolę spełniał „Merkuriusz” czy „Kontynenty”. A dlaczego pisano po polsku, a nie po angielsku, to każdy miał na ten temat inną odpowiedź.

   Zresztą, nawet chyba nim mój pierwszy wiersz się tam ukazał, już byłem w Kanadzie. Stąd nie miałem bezpośredniego udziału w perypetiach i pisma i grupy. A gdy w 1958 wróciłem do Polski, kontakt się urwał zupełnie.

 

JSG - Jak to się stało, że pod koniec lat 50. zdecydował się ksiądz wrócić do Polski?

 

JI – Namówili mię księża z Polski, którzy się w po-październikowym czasie pojawili w Kanadzie. Wszystkim się wydawało, że Władysław Gomułka otworzy drzwi dla Kościoła i będzie można coś dobrego w Polsce zrobić. Teraz wiemy, że 1956 roku Gomułka lawirował, żeby się dostać do władzy, a potem, w 1958 wycofał obietnice i wszystko wróciło do starej normy. Tak więc ani Zygmunt Pionier, w tym czasie sprowadzony z Francji, ani ja nie dokonaliśmy niczego specjalnego.

   Skończyłem w Polsce Seminarium Duchowne w Kielcach, przez rok byłem na Akademii Teologicznej w Warszawie, a potem, w 1966 roku udało mi się wyjechać na studia do Kanady i już zostałem.

 

JSG – Po takim wyjeździe pewnie miał ksiądz kłopoty z przyjazdem do Polski. Kiedy udało się księdzu ponownie przyjechać do kraju?

 

JI – Po raz pierwszy dostałem wizę dopiero w 1981 roku, gdy powstała „Solidarność”. Miałem potem przyjechać do Kielc na drugi semestr roku akademickiego 81/82, aby wykładać w seminarium. No, ale stan wojenny temu przeszkodził, bo anulowano wszystkie wizy. Następną wizę dostałem w 1987 roku. Wtedy byłem w Polsce przez 6 miesięcy i wykładałem w Kielcach. I od tego czasu  praktycznie co roku jeżdżę do Polski.

 

JSG - Ile ksiądz wydał do tej pory tomików wierszy?

 

JI - W tej chwili, trzy polskie jeden angielski. Pierwszy, przyjęty do druku przez PIW w 1958 roku nigdy się nie ukazał, bo zdjęła go cenzura. Wydał go dopiero „Znak” w 1971 roku pt. „Wiersze wybrane”. W międzyczasie w Londynie u Bednarczyków w „Oficynie poetów i malarzy” wyszedł kolejny, drugi tomik. Trzeci ukazał się na początku lat 90. w Warszawie, wydany przez wydawnictwo „Lumen”, które już nie istnieje. Wydawnictwo padło, właściciel umarł i nikt nie wie, co się stało z książkami, które nie zostały rozprowadzone. Angielski tomik wyszedł w Londynie w latach siedemdziesiątych. Teraz prawdopodobnie w przyszłym roku w Rzeszowie wyjdzie czwarty, wydany przez „Frazę”.

 

JSG - Księdza wiersze są też w różnych antologiach.

 

JI – Tak, w wielu, sam nie wiem za bardzo w jakich. Na pewno w antologiach „Kontynentowców”. W antologii poezji emigracyjnej, która wyszła w Polsce, cenzura nie puściła moich wierszy. Natomiast w antologii „Ryby na piasku” wydanej w Londynie znalazło się kilka moich tekstów Karl Dedecjusz umieścił mnie w swoich antologiach - „Lektion der Spiele” i w kilkutomowym wydawnictwie, które wyszło niedawno. Dedecjusz robił dobre tłumaczenia. Muszę przyznać, że jeden mój wiersz w wersji niemieckiej jest lepszy od oryginału.

 

JSG - Co ksiądz sądzi o obecnej poezji emigracyjnej?

 

JI - Trudno mi coś sądzić, bo bardzo mało wiem na ten temat. To, co czytam, nudzi. Pewnie jestem uprzedzony. Kiedyś jeden z angielskich poetów powiedział: są dwa rodzaje ludzi, ci którzy czytają wiersze i ci, którzy je piszą. Więc ja stosunkowo niedużo wierszy czytam. To, co do mnie dociera w pismach emigracyjnych, polskich czy angielskich, albo jest niezrozumiale i nie wiadomo o co chodzi, albo jest to proza dziennikarska pisana wierszem. Ale, jak mówiłem, jestem uprzedzony, bo jak nie ma rymu, to mi się nie podoba.

 

JSG - Jaki według księdza wpływ na odbiór piękna mają nowe środki komunikacji? Czy człowiek może zatracić naturalną wrażliwość poprzez ciągły kontakt z komputerową iluzją, oglądając np. dzieło malarskiej sztuki na ekranie, a nie w muzeum?

 

JI – Między obrazem w muzeum, a na ekranie w gruncie rzeczy nie widzę wielkiej różnicy. Chociaż puryści twierdzą, że jest. Moi koledzy z Wydziału Sztuk Pięknych pewnie ukamienowaliby mnie za tę herezję. Mnie się wydaje, że problem z mediami polega na czym innym. Jak to powiedział Marshall McLuhan, przekaz staje się tym, co się przekazuje („The medium is the message”). Właściwie należałoby zapytać, co jest przekazywane.

 

JSG – Jakie widzi ksiądz oddziaływanie rewolucji informatycznej, która się odbywa na naszych oczach, na współczesnego człowieka?

 

JI - Wpływ komputerów na człowieka jest duży. Ludzie zaczynają żyć w odosobnieniu kosztem kontaktów międzyludzkich. Widać to zwłaszcza u młodzieży, która nie jest w stanie niczego robić wspólnie, siedząc godzinami każdy przy swoim ekranie. Przy tym ogromnym tempie zmian, zatraca się zmysł kontemplacji. W jakimś sensie jest to zubożenie kultury. Kultura jest przecież czymś więcej niż błyskaniem obrazków.

 

JSG – Świat, w którym żyjemy stał się produkowanymi gotowymi substytutami kultury. Ekran monitora i wirtualna rzeczywistość zastępują obcowanie z drugim człowiekiem, a przetworzony i uproszczony obraz zastępuje słowo.

 

JI - Cywilizacja obrazkowa, której jesteśmy świadkami, uniemożliwia ludziom myślenie. Zauważam to zjawisko wśród studentów, oni myślą pod wpływem telewizji, obrazek za obrazkiem. Ale związku pomiędzy obrazkami nie widzą. Im jest bardzo trudno czytać tekst, który prowadzi jakiś argument. Oni się w tym gubią. Pisać też nie potrafią. To jest konsekwencja myślenia obrazkami, a nie pojęciami. Obrazkami można dużo uzyskać, ale pojęcia są konieczne i nie mogą być zastąpione. Poza tym cywilizacja obrazkowa likwiduje wyobraźnię. Kiedy dzieciom się coś opowiada, one muszą sobie to wyobrazić. Gdy się dzieciom tylko pokazuje obrazki, nawet najlepsze, ale już gotowe, dziecko jest kształtowane na odbiorcze, a nie twórcze.

 

JSG – Podczas pracy na Uniwersytecie Łódzkim, na zajęciach z Analizy Dzieła Literackiego, wiele razy próbowałam wytłumaczyć studentom, że nawet najlepsza filmowa adaptacja dzieła literackiego nigdy go nie zastąpi. Obraz to nie to samo, co literatura. Przyszli humaniści jednak argumentowali, że na czytanie lektur nie mają czasu.

 

JI – Oczywiście, aby przenieść książkę na ekran, należy tekst bardzo uprościć. Np. “Wojna i pokój” Lwa Tołstoja. Rosjanie zrobili chyba najlepszą adaptację, która trwała jednak 20 godzin.

   W latach 60. jedna z polskich aktorek zaproponowała mi przerobienie „Anny Kareniny” dla potrzeb teatralnych. Miał to być spektakl dwóch osób. Zacząłem próbować. Wiadomo, że przedstawienie może trwać dwie godziny, nie więcej. Co tu więc ściąć? W końcu doszliśmy do wniosku, że takiej teatralnej adaptacji nie da się zrobić. Jeżeli tekst zetnie się do dwóch godzin, zostanie z niego romans. Ona - żona zdradza męża, a później romans z kochankiem się psuje, więc skacze pod pociąg. Medium obrazkowe ma zupełnie inny charakter i inne możliwości, nie może więc zastąpić książki. Czasowo nie jest się w stanie wszystkiego pokazać. Choć niektóre rzeczy można oddać dobrym aktorstwem. Jednym spojrzeniem, czy wyrazem twarzy aktor może pokazać dwie strony tekstu. W latach 50. w Toronto widziałem sztukę „Shrike”, graną przez sławną parę aktorską. W sztuce mąż, chcąc się uwolnić od zdominowania przez żonę, próbuje bez sukcesu popełnić samobójstwo. Ostatecznie zostaje oddany przez psychiatrów pod kontrolę żony, która od tej pory staje się jego prawnym opiekunem. On to wszystko słyszy. Jest w sztuce taki moment, w którym On, odwrócony tyłem do publiczności, plecami pokazuje swoją tragedię.

   Z ostatnich polskich ekranizacji bardzo dobry jest, według mnie, „Pan Tadeusz”. Wszystkie opisy zostały zamienione na obraz, dialogi to teks poematu. „Pan Tadeusz” został nienaruszony.

 

JSG - W jakim stopniu w cywilizacji obrazkowej zatracamy granicę pomiędzy rzeczywistością, a iluzją?

 

JI – Najbardziej podatne na utratę poczucia rzeczywistości są dzieci i młodzież. Badania psychologiczne wykazały, że ostatnio zastraszająco częste zbrodnie popełniane przez dzieci, w dużej części wynikają z wpływu mediów. Ktoś kogoś zastrzelił, on się przewraca, a w następnym tygodniu znów jest na ekranie. Dzieci i młodzież  coraz bardziej żyją w świecie ułudy.

 

JSG, – Co wobec tego należałoby zrobić, żeby nie poddać się wielkim korporacjom, które dla sukcesu finansowego, narzucają nam taką, a nie inną wizję świata?

 

 JI - Praktycznie jest tylko jedno wyjście, żeby mieć kontrolę nad tym, co wchodzi do naszej wyobraźni – wyłączyć telewizor. Nikt mnie nie może zmusić, żebym patrzył. Ludzie powinni być świadomi, co się dzieje z naszymi umysłami pod wpływem telewizji i powinni starać się to kontrolować. Ale ludzie potrzebują przyjemności intelektualnej i emocjonalnej. Jeżeli sztuka im tego nie daje, będą zadawalać się namiastkami. Artyści muszą się obudzić i produkować coś, co będzie dla ludzi pożywką, wtedy prawdopodobnie następne pokolenie zacznie wracać do sztuki.

 

JSG – W takim razie wyjątkowe zadanie ma we współczesnym świecie literatura i literaci.

 

JI - Nasz problem nie polega na tym, że się dobrze nie pisze, ale że nikt nie czyta. Społeczeństwo wychowane na obrazkach, nie jest w stanie przyjmować tekstu pisanego. Wyobraźnia już nie działa. Drugi problem polega na tym, że pisarze nie chcą pisać dla ludzi. Piszą dla siebie i nie są zainteresowani odbiorcą, a nawet pogardzają nim. Uważają, że są lepsi od innych. To jest też właściwość innych artystów, nie tylko pisarzy. Jeśli nie podoba ci się mój obraz, to znaczy, że jesteś Filistyn, bo to, co zrobiłem, jest bardzo głębokie. Jeśli pisarze nie chcą pisać, po to, żeby ich czytano, to nie będą czytani. Stosunkowo mało jest książek, pisanych tak jak pisał Sienkiewicz: ku pokrzepieniu serc. A ludzie chcą mieć pokrzepione serca i szukają takich rzeczy. Dlatego, gdy się znajdzie literat, który pisze dla ludzi, to wszyscy go czytają. Takim przykładem jest ksiądz Twardowski. On po prostu do nich mówi.

 

 JSG, – Jaką rolę przyjmuje na siebie Kościół w kreowaniu i popieraniu kultury w dobie cywilizacji obrazkowej?

 

JI - Kościół ma obecnie stosunkowo małe możliwości w dziedzinie kultury. Może promować pewnych artystów, może być mecenasem sztuki i literatury. Ale co Kościół może promować? W stosunku do sztuki, która przedstawia wizję świata całkowicie przeciwną chrześcijańskiej wizji, Kościół nie ma nic do roboty. Trudno wymagać, żeby Kościół popierał Andy Warhol’a. Artysta często nie chce zrozumieć, że jego twórczość nie musi być zaakceptowana. Z drugiej strony kler nie zawsze jest wykształcony w tej dziedzinie. Więc często księża wolą kicz od prawdziwej sztuki. Poza tym trzeba pamiętać, że Kościół wprawdzie stara się kształcić kler w dziedzinie estetycznej, potrzebuje dobrej sztuki dla swej liturgii, ale nie buduje muzeum. Jest mecenasem sztuki, bo używa sztukę w swojej własnej działalności.

 

JSG – Czy Kościół próbuje tak pokierować społeczeństwem, aby samo potrafiło kontrolować swoją wyobraźnią?

 

JI - Kościół niewiele może zrobić, żeby przetworzyć społeczeństwo, bo nie ma żadnych sposobów nacisku. Cenzury nie może wprowadzić. Zostaje tylko katecheza. Pojawia się jednak pytanie, kogo katechizować? W Polsce przez całe komunistyczne czasy był nacisk na katechezę dzieci. Ale czy to rzeczywiście przyniosło wielkie owoce, trudno ocenić. Jak to mówią, można konia doprowadzić do wodopoju, ale nie można go zmusić do picia. Więc podejmuje się różne inicjatywy, ale nie jest łatwo zmienić całą kulturę. W tej chwili Kościół musi działać przeciwko tzw. duchowi epoki. To, co widać w kinie czy w telewizji, zupełnie przeciwne jest temu, co reprezentuje chrześcijaństwo. Dopóki kultura będzie dominowana przez media, będzie kreowana przez siły i pojęcia, które są zasadniczo antychrześcijańskie. W związku z tym Kościół jest ciągle w sytuacji kontra temu, co powszechne. Zresztą zawsze było, w starożytnym Rzymie też. Chyba to sobie trzeba uświadomić, że świat jest pogański, i że Kościół nie może zmienić całego społeczeństwa. Można jedynie wpływać na poszczególnych ludzi.

 

JSG – Bardzo dziękuję księdzu profesorowi za rozmowę. Miejmy nadzieję, że „każdy w sobie cień pięknego nosi”, jak pisał Norwid i że w dobie cywilizacji obrazkowej nie zatracimy swojego człowieczeństwa oraz wszelkich wartości.

Toronto, lipiec 2003

 

 

Janusz A. Ihnatowicz urodził się w Wilnie 26. VII. 1929 roku. Dzieciństwo spędził w Częstochowie, dokąd rodzice przenieśli się w 1935 roku. Tam też wraz z siostrą Irmą i matką Zofią z Szymanowskich spędził lata wojny. Ojciec Stanisław, zawodowy oficer w wojsku polskim, walczył w kampanii wrześniowej. Następnie przez Francję przedostał się do Anglii. W 1946 roku reszta rodziny do niego dołączyła. Janusz Ihnatowicz po zdobyciu matury w Anglii, ukończył studia filozoficzne w Dublinie. W 1951 roku wyjechał do Kanady. Wrócił do Polski w 1958 roku, wstąpił do Seminarium Duchownego w Kielcach i do Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie. W 1962 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W 1966 roku znów znalazł się w Toronto. Doktoryzował się na Angelicum w Rzymie. Od 1969 roku wykładał teologię na Uniwersytecie St. Thomas w Houston. W 1997 roku przeszedł na emeryturę. Jako professor emeritus ciągle ma kontakt z uczelnią.

Poeta, krytyk i tłumacz. Autor przekładów „Psalmów” z hebrajskiego. Dokonał szeregu przekładów do antologii „Poeci języka angielskiego” (PIW 1969) i z łaciny do antologii „Muza chrześcijańska (Znak 1992). Wydał tomiki poezji: „Pejzaż z postaciami” (Londyn 1972) i „Wiersze wybrane” (Kraków, Znak 1973); „Niewidomy z Betsaidy” (Warszawa-Leszno, Lumen 1991). Tom wierszy w języku angielskim „Displeasure” ukazał się w Londynie w 1975 roku.

W 1973 roku otrzymał nagrodę Fundacji Kościelskich.