|
Joanna Sokołowska-Gwizdka
Toronto, Canada
www.jsokolowska.com
|
Kształtem
miłości piękno jest - i tyle,
Ile ją
człowiek oglądał na świecie,
W
ogromnym Bogu albo w sobie-pyle,
Na tego
Boga wystrojonym dziecię;
Tyle o
pięknem człowiek wie i głosi -
Choć
każdy w sobie cień pięknego nosi
I każdy
- każdy z nas - tym piękna pyłem.
C.K Norwid
“Promethidion” |

|
Ksiądz
profesor Janusz Ihnatowicz
Uniwersytet w Houston
(USA)
Piękno, poezja i sztuka w dobie
cywilizacji obrazkowej
Joanna Sokołowska-Gwizdka – Proszę księdza, pisze ksiądz już od
wielu lat łącząc działalność duszpasterską z twórczością poetycką. Czy
księdza
poezja ma w jakimś stopniu dotrzeć do konkretnego czytelnika i spełnić
rolę
katechezy?
Janusz Ihnatowicz
- Na pewno odbiorca jest potrzebny, bo
pisze się po to, żeby ktoś przeczytał. Ale w momencie pisania nie myślę
o nim.
Nie mam też na uwadze celów dydaktycznych, ani jakichkolwiek innych.
JSG – W księdza
przypadku poezja więc nie ma związku
ze stanem kapłańskim, twórczość idzie niezależnym torem?
JI – Tu trzeba
rozróżnić, chyba. Twórczość każdego
jakoś płynie z tego czym jest, w co wierzy, co jest sensem jego życia.
Stąd też
pisarstwo człowieka wierzącego, księdza, będzie odbiciem tego jak widzi
świat;
trudno sobie wyobrazić by wierzący kapłan pisał wiersze o wydźwięku
anty-chrześcijańskim
czy ateistycznym. Napisałem pewnie nieco wierszy, które można by
zaliczyć do
literatury religijnej, ale nie pisałem ich w jakimś duszpasterskim czy
katechetycznym celu: nie, na przykład, jako tekst do pieśni kościelnej
czy
liturgicznej. Moja twórczość, jak powiedziałem, nie ma celów
dydaktycznych. Co
więcej, muszę dodać, obcy jest mi ideał tak zwanego „kapłaństwa” poezji
czy
sztuki w ogóle: artysta, pisarz to nie prorok, objawiający ludziom
jakieś
nadprzyrodzone czy transcedentalne prawdy ukryte przed zwykłymi
śmiertelnikami.
Nie uważam się nawet za głębokiego filozofa czy mędrca odrywającego
głębokie
jakieś prawdy. Może tacy poeci są; ja wśród nich nie jestem. Dla mnie
poezja, a
na pewno moja własna poezja ma o wiele prostsze, czy niższe, jeśli
wola,
zadanie. Pisanie wierszy to trochę tak, jak bycie kucharką. Pisze się
po to, by
sprawić ludziom przyjemność. Choć ta przyjemność może być natury czysto
intelektualnej: przyjemność z zobaczenia świata w jakiś nowy sposób.
JSG – Czy wobec
tego pierwszoplanową funkcją sztuki
jest dla księdza funkcja estetyczna?
JI - Tomasz z
Akwinu powtórzył za Grekami definicję
piękna – „pięknymi nazywamy rzeczy, które
podobają się, gdy się je ogląda” (Summa
teologiczna). Jeśli sztuka mi nie sprawia przyjemności i muszę się
męczyć
przy odbiorze, to może zawierać dobrą informację i pokłady głębokiego
myślenia,
ale dla mnie nie jest dziełem. Oczywiście nie oznacza to, że rzecz ma
być
łatwa. Np. niektóre utwory Eliota są trudne, ale już pierwsze czytanie
sprawia
zadowolenie.
JSG – Wspomniał
ksiądz Eliota. Jakich poetów
wymieniłby ksiądz jako swoich mistrzów poetyckich?
JI – Mistrzów
mamy różnych w różnych okresach życia.
Gdy byłem młody miałem ograniczony dostęp do polskiej literatury. W
wieku 17-18
lat moja znajomość literatury polskiej pochodziła jedynie z antologii
wydanych
na emigracji w czasie wojny. W Anglii nie mieliśmy tekstów,
podręczników. W
latach 40. młodzi ulegali modzie, wyśmiewali Słowackiego, a czytali
Norwida.
Potem przyszedł czas Gałczyńskiego. Próbowaliśmy go naśladować. Z
angielskich
pisarzy na pewno cenię T.S. Eliota czy Dylana Thomasa. Ale nie wiem czy
ich
można nazwać mistrzami. Podpatruje się różne ich sztuczki. Na tym rzecz
polega.
JSG - Czy ksiądz się utożsamia z grupą poetycką
„Kontynenty”, powstałą w
powojennym Londynie?
JI - Mój
związek z „Kontynentami” jest trochę
przypadkowy Na pewno wiekowo pasowałem do tej grupy, bo wszyscy
kończyliśmy
uniwersytety w tym samym czasie. Wokół „Kontynentów” tworzy się teraz
mistyczna
aura. Tak na prawdę wszyscy młodzi tam pisali, bo to było jedyne pismo,
w
którym mogli drukować. Dostać się do „Wiadomości” nie było tak łatwo.
Ja
dostałem się tam dopiero w latach chyba 60. (Już nie pamiętam, może i
wcześniej.). Przez parę lat drukowałem w „Kontynentach” (a raczej w ich
różnych
wcieleniach).
Podejrzewam,
że te masowo
powstające utwory młodych i nie tylko młodych nie były wiele warte.
Mieczysław
Grydzewski wykazał się zmysłem krytycznym, skoro nie wszystko chciał
drukować.
(Choć trzeba także przyznać, że miał swoje gusty, nie wszystko mu
pasowało.)
Takich ludzi, którzy chcieliby być poetami zawsze jest bardzo dużo.
Wtedy do
Anglii różnymi drogami trafiła duża grupa młodych Polaków. Ponieważ na
emigracji nie było normalnych warunków, szkolnych pisemek itd., gdzie
można
było się „wypisać”, to taką rolę spełniał „Merkuriusz” czy
„Kontynenty”. A
dlaczego pisano po polsku, a nie po angielsku, to każdy miał na ten
temat inną
odpowiedź.
Zresztą,
nawet chyba nim mój
pierwszy wiersz się tam ukazał, już byłem w Kanadzie. Stąd nie miałem
bezpośredniego udziału w perypetiach i pisma i grupy. A gdy w 1958
wróciłem do
Polski, kontakt się urwał zupełnie.
JSG - Jak to
się stało, że pod koniec lat 50.
zdecydował się ksiądz wrócić do Polski?
JI – Namówili
mię księża z Polski, którzy się w
po-październikowym czasie pojawili w Kanadzie. Wszystkim się wydawało,
że
Władysław Gomułka otworzy drzwi dla Kościoła i będzie można coś dobrego
w
Polsce zrobić. Teraz wiemy, że 1956 roku Gomułka lawirował, żeby się
dostać do
władzy, a potem, w 1958 wycofał obietnice i wszystko wróciło do starej
normy.
Tak więc ani Zygmunt Pionier, w tym czasie sprowadzony z Francji, ani
ja nie
dokonaliśmy niczego specjalnego.
Skończyłem w Polsce
Seminarium
Duchowne w Kielcach, przez rok byłem na Akademii Teologicznej w
Warszawie, a
potem, w 1966 roku udało mi się wyjechać na studia do Kanady i już
zostałem.
JSG – Po takim
wyjeździe pewnie miał ksiądz kłopoty z
przyjazdem do Polski. Kiedy udało się księdzu ponownie przyjechać do
kraju?
JI – Po raz
pierwszy dostałem wizę dopiero w 1981
roku, gdy powstała „Solidarność”. Miałem potem przyjechać do Kielc na
drugi
semestr roku akademickiego 81/82, aby wykładać w seminarium. No, ale
stan
wojenny temu przeszkodził, bo anulowano wszystkie wizy. Następną wizę
dostałem
w 1987 roku. Wtedy byłem w Polsce przez 6 miesięcy i wykładałem w
Kielcach. I
od tego czasu praktycznie co roku jeżdżę
do Polski.
JSG - Ile
ksiądz wydał do tej pory tomików wierszy?
JI - W tej
chwili, trzy polskie jeden angielski.
Pierwszy, przyjęty do druku przez PIW w 1958 roku nigdy się nie ukazał,
bo
zdjęła go cenzura. Wydał go dopiero „Znak” w 1971 roku pt. „Wiersze
wybrane”. W
międzyczasie w Londynie u Bednarczyków w „Oficynie poetów i malarzy”
wyszedł
kolejny, drugi tomik. Trzeci ukazał się na początku lat 90. w
Warszawie, wydany
przez wydawnictwo „Lumen”, które już nie istnieje. Wydawnictwo padło,
właściciel umarł i nikt nie wie, co się stało z książkami, które nie
zostały
rozprowadzone. Angielski tomik wyszedł w Londynie w latach
siedemdziesiątych.
Teraz prawdopodobnie w przyszłym roku w Rzeszowie wyjdzie czwarty,
wydany przez
„Frazę”.
JSG - Księdza
wiersze są też w różnych antologiach.
JI – Tak, w wielu, sam nie wiem za bardzo w jakich. Na pewno
w antologiach
„Kontynentowców”. W antologii poezji emigracyjnej, która wyszła w
Polsce,
cenzura nie puściła moich wierszy. Natomiast w antologii „Ryby na
piasku”
wydanej w Londynie znalazło się kilka moich tekstów Karl Dedecjusz
umieścił
mnie w swoich antologiach - „Lektion
der Spiele” i w
kilkutomowym wydawnictwie, które wyszło niedawno. Dedecjusz robił dobre
tłumaczenia. Muszę przyznać, że jeden mój wiersz w wersji niemieckiej
jest
lepszy od oryginału.
JSG - Co ksiądz
sądzi o obecnej poezji emigracyjnej?
JI - Trudno mi
coś sądzić, bo bardzo mało wiem na
ten temat. To, co czytam, nudzi. Pewnie jestem uprzedzony. Kiedyś jeden
z
angielskich poetów powiedział: są dwa rodzaje ludzi, ci którzy czytają
wiersze
i ci, którzy je piszą. Więc ja stosunkowo niedużo wierszy czytam. To,
co do
mnie dociera w pismach emigracyjnych, polskich czy angielskich, albo
jest
niezrozumiale i nie wiadomo o co chodzi, albo jest to proza
dziennikarska
pisana wierszem. Ale, jak mówiłem, jestem uprzedzony, bo jak nie ma
rymu, to mi
się nie podoba.
JSG - Jaki
według księdza wpływ na odbiór piękna mają
nowe środki komunikacji? Czy człowiek może zatracić naturalną
wrażliwość
poprzez ciągły kontakt z komputerową iluzją, oglądając np. dzieło
malarskiej
sztuki na ekranie, a nie w muzeum?
JI – Między
obrazem w muzeum, a na ekranie w gruncie
rzeczy nie widzę wielkiej różnicy. Chociaż puryści twierdzą, że jest.
Moi
koledzy z Wydziału Sztuk Pięknych pewnie ukamienowaliby mnie za tę
herezję.
Mnie się wydaje, że problem z mediami polega na czym innym. Jak to
powiedział
Marshall McLuhan, przekaz staje się tym, co się przekazuje („The
medium is the message”). Właściwie
należałoby zapytać, co jest przekazywane.
JSG – Jakie
widzi ksiądz oddziaływanie rewolucji
informatycznej, która się odbywa na naszych oczach, na współczesnego
człowieka?
JI -
Wpływ komputerów na człowieka jest duży. Ludzie zaczynają żyć w
odosobnieniu
kosztem kontaktów międzyludzkich. Widać to zwłaszcza u młodzieży, która
nie
jest w stanie niczego robić wspólnie, siedząc godzinami każdy przy
swoim
ekranie. Przy tym ogromnym tempie zmian, zatraca się zmysł
kontemplacji. W
jakimś sensie jest to zubożenie kultury. Kultura jest przecież czymś
więcej niż
błyskaniem obrazków.
JSG – Świat, w
którym żyjemy stał się
produkowanymi gotowymi substytutami kultury. Ekran monitora i wirtualna
rzeczywistość zastępują obcowanie z drugim człowiekiem, a przetworzony
i
uproszczony obraz zastępuje słowo.
JI -
Cywilizacja obrazkowa, której jesteśmy świadkami, uniemożliwia ludziom
myślenie. Zauważam to zjawisko wśród studentów, oni myślą pod wpływem
telewizji, obrazek za obrazkiem. Ale związku pomiędzy obrazkami nie
widzą. Im
jest bardzo trudno czytać tekst, który prowadzi jakiś argument. Oni się
w tym
gubią. Pisać też nie potrafią. To jest konsekwencja myślenia obrazkami,
a nie
pojęciami. Obrazkami można dużo uzyskać, ale pojęcia są konieczne i nie
mogą
być zastąpione. Poza tym cywilizacja obrazkowa likwiduje wyobraźnię.
Kiedy
dzieciom się coś opowiada, one muszą sobie to wyobrazić. Gdy się
dzieciom tylko
pokazuje obrazki, nawet najlepsze, ale już gotowe, dziecko jest
kształtowane na
odbiorcze, a nie twórcze.
JSG
– Podczas pracy na Uniwersytecie Łódzkim, na zajęciach z Analizy Dzieła
Literackiego, wiele razy próbowałam wytłumaczyć studentom, że nawet
najlepsza
filmowa adaptacja dzieła literackiego nigdy go nie zastąpi. Obraz to
nie to
samo, co literatura. Przyszli humaniści jednak argumentowali, że na
czytanie
lektur nie mają czasu.
JI –
Oczywiście, aby przenieść książkę na ekran, należy tekst bardzo
uprościć. Np.
“Wojna i pokój” Lwa Tołstoja. Rosjanie zrobili chyba najlepszą
adaptację, która
trwała jednak 20 godzin.
W latach 60. jedna z polskich aktorek
zaproponowała mi przerobienie „Anny Kareniny” dla potrzeb teatralnych.
Miał to
być spektakl dwóch osób. Zacząłem próbować. Wiadomo, że przedstawienie
może
trwać dwie godziny, nie więcej. Co tu więc ściąć? W końcu doszliśmy do
wniosku,
że takiej teatralnej adaptacji nie da się zrobić. Jeżeli tekst zetnie
się do
dwóch godzin, zostanie z niego romans. Ona - żona zdradza męża, a
później
romans z kochankiem się psuje, więc skacze pod pociąg. Medium obrazkowe
ma
zupełnie inny charakter i inne możliwości, nie może więc zastąpić
książki.
Czasowo nie jest się w stanie wszystkiego pokazać. Choć niektóre rzeczy
można
oddać dobrym aktorstwem. Jednym spojrzeniem, czy wyrazem twarzy aktor
może
pokazać dwie strony tekstu. W latach 50. w Toronto widziałem sztukę
„Shrike”,
graną przez sławną parę aktorską. W sztuce mąż, chcąc się uwolnić od
zdominowania przez żonę, próbuje bez sukcesu popełnić samobójstwo.
Ostatecznie
zostaje oddany przez psychiatrów pod kontrolę żony, która od tej pory
staje się
jego prawnym opiekunem. On to wszystko słyszy. Jest w sztuce taki
moment, w
którym On, odwrócony tyłem do publiczności, plecami pokazuje swoją
tragedię.
Z ostatnich polskich ekranizacji bardzo
dobry jest, według mnie, „Pan Tadeusz”. Wszystkie opisy zostały
zamienione na
obraz, dialogi to teks poematu. „Pan Tadeusz” został nienaruszony.
JSG - W jakim
stopniu w cywilizacji obrazkowej
zatracamy granicę pomiędzy rzeczywistością, a iluzją?
JI –
Najbardziej podatne na utratę poczucia rzeczywistości są dzieci i
młodzież.
Badania psychologiczne wykazały, że ostatnio zastraszająco częste
zbrodnie
popełniane przez dzieci, w dużej części wynikają z wpływu mediów. Ktoś
kogoś
zastrzelił, on się przewraca, a w następnym tygodniu znów jest na
ekranie.
Dzieci i młodzież coraz bardziej żyją w
świecie ułudy.
JSG, – Co wobec
tego należałoby zrobić, żeby nie
poddać się wielkim korporacjom, które dla sukcesu finansowego,
narzucają nam taką,
a nie inną wizję świata?
JI - Praktycznie jest tylko jedno
wyjście, żeby
mieć kontrolę nad tym, co wchodzi do naszej wyobraźni – wyłączyć
telewizor.
Nikt mnie nie może zmusić, żebym patrzył. Ludzie powinni być świadomi,
co się
dzieje z naszymi umysłami pod wpływem telewizji i powinni starać się to
kontrolować. Ale ludzie potrzebują przyjemności intelektualnej i
emocjonalnej.
Jeżeli sztuka im tego nie daje, będą zadawalać się namiastkami. Artyści
muszą
się obudzić i produkować coś, co będzie dla ludzi pożywką, wtedy
prawdopodobnie
następne pokolenie zacznie wracać do sztuki.
JSG – W takim
razie wyjątkowe zadanie ma we
współczesnym świecie literatura i literaci.
JI - Nasz
problem nie polega na tym, że się dobrze
nie pisze, ale że nikt nie czyta. Społeczeństwo wychowane na obrazkach,
nie
jest w stanie przyjmować tekstu pisanego. Wyobraźnia już nie działa.
Drugi
problem polega na tym, że pisarze nie chcą pisać dla ludzi. Piszą dla
siebie i
nie są zainteresowani odbiorcą, a nawet pogardzają nim. Uważają, że są
lepsi od
innych. To jest też właściwość innych artystów, nie tylko pisarzy.
Jeśli nie
podoba ci się mój obraz, to znaczy, że jesteś Filistyn, bo to, co
zrobiłem,
jest bardzo głębokie. Jeśli pisarze nie chcą pisać, po to, żeby ich
czytano, to
nie będą czytani. Stosunkowo mało jest książek, pisanych tak jak pisał
Sienkiewicz: ku pokrzepieniu serc. A ludzie chcą mieć pokrzepione serca
i
szukają takich rzeczy. Dlatego, gdy się znajdzie literat, który pisze
dla
ludzi, to wszyscy go czytają. Takim przykładem jest ksiądz Twardowski.
On po
prostu do nich mówi.
JSG, – Jaką rolę przyjmuje na siebie
Kościół w
kreowaniu i popieraniu kultury w dobie cywilizacji obrazkowej?
JI - Kościół ma
obecnie stosunkowo małe możliwości w
dziedzinie kultury. Może promować pewnych artystów, może być mecenasem
sztuki i
literatury. Ale co Kościół może promować? W stosunku do sztuki, która
przedstawia wizję świata całkowicie przeciwną chrześcijańskiej wizji,
Kościół
nie ma nic do roboty. Trudno wymagać, żeby Kościół popierał Andy
Warhol’a.
Artysta często nie chce zrozumieć, że jego twórczość nie musi być
zaakceptowana. Z drugiej strony kler nie zawsze jest wykształcony w tej
dziedzinie. Więc często księża wolą kicz od prawdziwej sztuki. Poza tym
trzeba
pamiętać, że Kościół wprawdzie stara się kształcić kler w dziedzinie
estetycznej, potrzebuje dobrej sztuki dla swej liturgii, ale nie buduje
muzeum.
Jest mecenasem sztuki, bo używa sztukę w swojej własnej działalności.
JSG – Czy
Kościół próbuje tak pokierować
społeczeństwem, aby samo potrafiło kontrolować swoją wyobraźnią?
JI -
Kościół niewiele może zrobić, żeby przetworzyć społeczeństwo, bo nie ma
żadnych
sposobów nacisku. Cenzury nie może wprowadzić. Zostaje tylko katecheza.
Pojawia
się jednak pytanie, kogo katechizować? W Polsce przez całe
komunistyczne czasy
był nacisk na katechezę dzieci. Ale czy to rzeczywiście przyniosło
wielkie
owoce, trudno ocenić. Jak to mówią, można konia doprowadzić do
wodopoju, ale
nie można go zmusić do picia. Więc podejmuje się różne inicjatywy, ale
nie jest
łatwo zmienić całą kulturę. W tej chwili Kościół musi działać przeciwko
tzw.
duchowi epoki. To, co widać w kinie czy w telewizji, zupełnie przeciwne
jest
temu, co reprezentuje chrześcijaństwo. Dopóki kultura będzie dominowana
przez
media, będzie kreowana przez siły i pojęcia, które są zasadniczo
antychrześcijańskie. W związku z tym Kościół jest ciągle w sytuacji
kontra
temu, co powszechne. Zresztą zawsze było, w starożytnym Rzymie też.
Chyba to
sobie trzeba uświadomić, że świat jest pogański, i że Kościół nie może
zmienić
całego społeczeństwa. Można jedynie wpływać na poszczególnych ludzi.
JSG
– Bardzo dziękuję księdzu profesorowi za rozmowę. Miejmy nadzieję, że „każdy w sobie cień pięknego nosi”, jak
pisał Norwid i że w dobie cywilizacji obrazkowej nie zatracimy swojego
człowieczeństwa oraz wszelkich wartości.
Toronto,
lipiec
2003
Janusz A. Ihnatowicz urodził się w Wilnie 26. VII. 1929 roku.
Dzieciństwo
spędził w Częstochowie, dokąd rodzice przenieśli się w 1935 roku. Tam
też wraz
z siostrą Irmą i matką Zofią z Szymanowskich spędził lata wojny. Ojciec
Stanisław, zawodowy oficer w wojsku polskim, walczył w kampanii
wrześniowej.
Następnie przez Francję przedostał się do Anglii. W 1946 roku reszta
rodziny do
niego dołączyła. Janusz Ihnatowicz po zdobyciu matury w Anglii,
ukończył studia
filozoficzne w Dublinie. W 1951 roku wyjechał do Kanady. Wrócił do
Polski w
1958 roku, wstąpił do Seminarium Duchownego w Kielcach i do Akademii
Teologii
Katolickiej w Warszawie. W 1962 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W
1966 roku
znów znalazł się w Toronto. Doktoryzował się na Angelicum w Rzymie. Od
1969
roku wykładał teologię na Uniwersytecie St. Thomas w Houston. W 1997
roku
przeszedł na emeryturę. Jako professor emeritus ciągle ma kontakt z
uczelnią.
Poeta,
krytyk i
tłumacz. Autor przekładów „Psalmów” z hebrajskiego. Dokonał szeregu
przekładów
do antologii „Poeci języka angielskiego” (PIW 1969) i z łaciny do
antologii
„Muza chrześcijańska (Znak 1992). Wydał tomiki poezji: „Pejzaż z
postaciami”
(Londyn 1972) i „Wiersze wybrane” (Kraków, Znak 1973); „Niewidomy z
Betsaidy”
(Warszawa-Leszno, Lumen 1991). Tom wierszy w języku angielskim
„Displeasure”
ukazał się w Londynie w 1975 roku.
W
1973 roku
otrzymał nagrodę Fundacji Kościelskich.
|