![]() |
![]() |
|
|
|
|
|
|
Nr 60, Czerwiec
2004 |
|
| str. 22 |
- Thomas Tomczyk. Paulina Potocka |
|
Paulina
Potocka
Thomas
Tomczyk
O małym Tomku w domu Wańkowicza napisała
Zofia Kucowna w pięknej książce „Zatrzymać czas”, że kiedy odwiedziła
pisarza
„po pokojach biegało małe dziecko, chłopczyk.... i dzięki niemu ten dom
nie był
smutny”. Był rok 1973 – rok później 82-letni autor „Monte Cassino”
zmarł. Jako
czteroletni chłopiec przeniósł się z Łodzi
do Warszawy z matką, która po ukończeniu studiów zaczęła pracę u
wielkiego
pisarza Melchiora Wańkowicza, z którego najpierw pisała magisterium a
później
doktoryzowała się. Po śmierci pisarza w książce, „Blisko Wańkowicza”
Aleksandra
Ziółkowska napisała osobny rozdział zatytułowany „Król Herod to był
mądry
król...” cytując wielkiego reportera, który starszy i schorowany, nie
miał
cierpliwości do przeszkadzających mu dzieci. Ziółkowska pokazuje także,
jak
Wańkowicz straszył jej małego wtedy synka policjantem, kiedy ten w
ogrodzie
obłupał korę z drzewa, jak dawał mu order czarnego ciastka za dobre
zachowanie,
układał wierszyki na urodziny malca, i jak czytał mu Koziołka Matołka
naśladując „jak wyją wilki”. Oto wiersz Wańkowicza (cytat z „Blisko
Wańkowicza”): Dobra nasza, dobra nasza!... Dostanie tort i skakankę Pamiętaj: kto ma pięć lat Wynosząc Cię pod niebiosy I jak przetrwasz tak rok cały Tomek
jest także bohaterem późniejszej
książki Aleksandry Ziółkowskiej- Boehm „Ulica Żółwiego Strumienia”, po
lekturze
której Szymon Kobyliński (który znał Tomka od dziecka, oceniał jego
rysunki
namawiając do własnego spojrzenia) napisał: „-Tomek jawi się przede wszystkim jako dobry,
a to komplement najszczytowszy z możliwych,
zwłaszcza dziś, a ponadto od małego mądry życiowo i sercowo... Jego
losy,
rozpostarte po mnóstwie krain i szkół, jednak zaliczanych „w cuglach”
są
świetnym leitomotivem całej narracji. Coś rośnie i dojrzewa z tym
chłopakiem,
coś się spełnia i czyni coraz bogatszym duchowo” (cytat z książki
„Nie
minęło nic, prócz lat”).
Na coroczne wakacje zimą i latem jeździł z
matką do Halamy w Zakopanem i do Nieborowa. Matka jakby wciąż dbała o
jego nowe
wrażenia i przeżycia. Poleciała z nim samolotem do Krakowa, „aby
chłopiec
zaznał lotu samolotem”. Po latach jego babka będzie mówić – „mój
wnuk więcej jeździ samolotami niż ja
autobusami..”. Pierwszą
daleką podróż matka wymyśliła przed
rozpoczęciem szkoły. Na „zakończenie dzieciństwa” wybrali się w podróż
morską
statkiem handlowym do Włoch i do Maroka. Po
skończeniu piątej klasy szkoły podstawowej towarzyszył jej na
stypendium do
Kanady, gdzie chodził do katolickiej szkoły (Ziółkowska opisała ten
okres w
rozdziale „Szkoła w Kanadzie” w książce „Nie tylko Ameryka”). W Toronto
zastał
ich stan wojny i pozostali ponad dwa lata. Tomek nauczył się języka
angielskiego, zaczął naukę francuskiego, którą potem kontynuował w
Instytucie
Francuskim w Warszawie. Nauczył się także dobrze hiszpańskiego. Matka
pisze, że
nauka języków jest niewątpliwie pozytywnym rezultatem ich częstego
przemieszczania się. W
Toronto roznosił gazety, należał do
harcerstwa, wyjeżdżał z matką na Florydę i do Nowego Jorku. W Kanadzie,
jak
pisze matka, „usposobienie zmieniło mu się na pozytywniejsze”, ale
Tomek
tęsknił do rodziny, do zostawionego z dziadkami jamnika, i bardzo
chciał
wracać. Wrócili do Warszawy w grudniu 1983 roku mając wcześniej
przyznany stały
pobyt w Kanadzie. Śmieszne perypetie ze zdobyciem podręczników, z
wywiadówką w
polskiej szkole opisane są także w przywoływanej książce „Ulicy
Żółwiego
Strumienia”. Starannie przygotował się do egzaminów wstępnych, które
zdał i
dostał się do dobrej szkoły Reytana w Warszawie. Miał czas szczelnie
wypełniony
- uczył się gry na flecie, chodził na naukę języków. Z
chłopcem rozmiłowanym w grze w szachy nie
chciała grać matka (bo ponoć nie umie), ale grywał on z przywiezionym z
Kanady
komputerem, a także z odwiedzającym przyjacielem domu Michałem
Radgowskim. Szachami
i fotografią zainteresował chłopca młodszy brat matki, Krzysztof. W
pokoju Tomka na ścianie wisiała duża mapa
świata. Ulubioną zabawą z matką była, by poszukała na mapie
jakiekolwiek
miejsce: miasto czy region w świecie i spytała o nie Tomka, który miał
wyznaczony krótki czas na odszukanie. Znał bowiem mapę świata na
pamięć.
Częstym gościem matki w mieszkaniu na Mokotowie bywał Ryszard
Kapuścinski,
który zachodził do pokoju chłopca, mówił mu, że marzenia o podróżach
można
spełnić, że można pojechać wszędzie, na przykład do Afryki także. Jak
się tylko
bardzo chce. Kapuścinski swoją serdecznością i delikatnością ujmował, i
Tomek z
czasem stał się zapalonym czytelnikiem jego książek. Będąc
uczniem szkoły Reytana przerwał naukę
i towarzyszył matce w jej kolejnym amerykańskim tym razem stypendium,
cały
semestr uczęszczając do szkoły na Florydzie. Do Stanów jeździł jeszcze
dwukrotnie z matką na jej stypendia (zawsze amerykańskie, nie polskie).
Jak
matka mówi, jakimś cudem nigdy nie powtarzał roku i zawsze uzupełnił
materiał.
Po maturze jako kierunek studiów wybrał architekturę ucząc się
wcześniej dwa
lata rysunku. Zdał dobrze egzaminy wstępne i stał się studentem
wydziału
architektury Politechniki Warszawskiej. Jako student miał praktyki w
Sandomierzu, także Czechosłowacji, ale jak wielu młodych ludzi jeździł
po całej
Europie, miedzy innymi zbierał winogrona we Francji. Matka opisuje
wzruszającą
historię, gdy ukradziono mu plecak w Lizbonie, znalazł schronienie u
ojców
Palotynów, i gdy po tygodniu sam odnalazł złodzieja. Ten sam fakt
opisał
później ksiądz Andrzej Gładysz w „Naszej
Rodzinie” (przedrukowanym w „Nowym Dzienniku” 25-25 lipca 1992) w
artykule
„Polacy w Portugalii”. Cytuję: „Jako
ostatniego, wspomnę pewnego studenta architektury, bardzo miłego i
kulturalnego, który poprzedniego lata, podróżując jako turysta, został
w
Lizbonie doszczętnie okradziony (przypadek wcale nierzadki). Zamieszkał
u nas
na kilka dni do czasu, aż Konsulat wyrobi mu powrotne dokumenty. W
ciągu kilku
dni chłopak wytropił złodzieja, odzyskał większość swych rzeczy, a
winowajcę
oddał w ręce policji. Ostatni akt tego dramatu rozegrał się w mojej
obecności w
komisariacie policji: Tomek wraz ze złodziejem, już w kajdanach, padli
sobie w
objęcia za pożegnanie i ściskali się ze łzami w oczach”. Według
książki „Ulica Żółwiego Strumienia”
(str. 445) ta historia od strony Tomka wyglądała tak: „Patrzyłem
na niego i zrobiło mi się go żal. Podszedłem, podałem dłoń – Con Dio
(zostań z
Bogiem), powiedziałem... Portugalczyk popatrzył na mnie, oczy mu się
zaszkliły,
chwycił mnie wpół i schylił głowę. Trwaliśmy tak chwilę”. Był
na drugim roku architektury, gdy matka
wyszła za mąż za Amerykanina i przeniosła się do Stanów. Tomek doleciał
do nich
i kontynuował studia architektury na uniwersytecie w Fayetteville w
stanie
Arkansas, gdzie wykładał słynny amerykański architekt Fay Jones. W
czasie
wakacji jeden miesiąc pracował, resztę podróżował. Był na przykład był
w Puerto
Rico, objechał autobusem cały Meksyk aż do Jukatanu, mając wciąż polski
paszport pojechał na Kubę. Wiele fotografował i fotografia stała się
jego dużą
pasją. Na czwartym roku studiów, zgodnie w programem, cała grupa
studentów
architektury uniwersytetu w Fayetteville przeniosła się na studia do
Rzymu.
Tomek dorabiał jako tłumacz w TV, wykonywał rysunki- portrety, i
jeździł - i po
Włoszech i po innych krajach. Bywał także w Warszawie. W „Twoim Stylu”
(listopad 1992) przeprowadzono z nim wywiad z cyklu ”Rodzinne
wartości”,
powiedział w nim, że chociaż studiuje architekturę, ale ciągnie go do
reportażu. Powiedział także: „Mama
miała
i ma przyjaciół z kręgu literackiego. Tematy, o których się u nas
rozmawia,
były mi znacznie bliższe, niż te poruszane z rówieśnikami. Czasami
czułem się niezręcznie,
gdy stwierdzałem, że nudzę się z kolegami. Nie było to żadne
wywyższanie się.
(...) Podziwiam moją mamę za to, że przez tyle lat udało jej się
pozostać
samodzielnym i niezależnym człowiekiem. I że mnie tak wychowała. Nigdy
nie
patrzę w przeszłość, myśląc, że chciałbym coś w niej zmienić, odwrócić.
Czasami
było ciężko. Zmiana kraju, kontynentu, oderwanie się od czegoś, co się
znało,
nowe środowisko, inne problemy... Polska, Kanada, znów Polska, potem
Stany,
Polska i znowu Stany... Myślę, że jednak udało mi się odnaleźć siebie w
takim
rytmie życia, wyciągnąć z niego korzyść. Jestem przygotowany na to, że
w każdej
chwili mogę zmienić miejsce zamieszkania, studiów” (...) .
Jak pisze matka, Tomek ma swoje nieduże
pokoje z książkami i w warszawskim mieszkaniu, i w domu w Wilmington w
stanie
Delaware.
O swoim podróżowaniu do Jugosławii mówił w
radiu WAWA. W „Polityce”(19 marca 1994) ukazał się jego tekst „Jak
studiować w
Ameryce”, przedrukowany potem w nowojorskim „Nowym Dzienniku”,
zaczynający się
od słów: ”Przeżyłem głęboką
konsternację, gdy podczas jednego
z pierwszych wykładów kolega poklepał po plecach 60-letniego profesora
i
spytał: ”Jak ci leci, Earl?”. Starszy pan odpowiedział: ”W porządku.
Czy miałeś
okazję popracować nad zadaniem, Ken? Przez następne dwa miesiące
stopniowo
zmieniałem własne wyobrażenia o stosunkach między studentami a ciałem
pedagogicznym”.
W „Rzeczypospolitej” drukuje duży reportaż
z fotografiami z Gruzji zatytułowany ”W krainie anarchii” („W
Gruzji nie istnieje armia z prawdziwego zdarzenia – w Tbilisi i
większych miastach widać czasem patrole armii rządowej, natomiast
wieś i rejony przygraniczne
zostały pozostawione samym sobie”...). Fotografie
Tomka drukuje „Gazeta Wyborcza”.
W „Twoim Stylu” (Nr 11,1992) ukazuje się jego obszerny reportaż z
fotografiami
z Albanii: „Albania, czyli przebudzenie”. Cytat: „Wydaje
się ,
jakby trzy czwarte miasta wzięło jednocześnie urlop, ale nikt nie miał
pieniędzy, by gdziekolwiek wyjechać”.(...) Teraz
Albania stała się miejscem swoistego polowania na dusze. Do Tirany
przylecieli
bogaci muzułmanie z Jordanu i Arabii Saudyjskiej. Nie skąpią oni
pieniędzy na
odbudowę meczetów i na uczenie młodzieży i dorosłych jak powinien
modlić się
pobożny muzułmanin. Otwiera się także na nowo świątynie, których fasady
i wnętrza
zostały kiedyś przebudowane, aby zatrzeć ich religijny charakter i
przystosować
do nowej funkcji”. (...) Przyjechać do Albanii teraz, to dla jednych o
kilka
lat za późno. Dla innych o wiele lat za wcześnie”. Także w
„Twoim Stylu” (Nr 6, 1993) ukazał się reportaż Tomasza Tomczyka z Kuby:
„Plaże
pod specjalnym nadzorem”. Cytat:
„Niewątpliwym
sukcesem nowego systemu jest zlikwidowanie uprzedzeń rasowych. Ten
najbardziej
zhispanizowany, kiedyś najbardziej konserwatywny skrawek Ameryki
Łacińskiej,
stał się przykładem tolerancji. (...) Jeśli widać na wyspie
dyskryminację, to
jest ona skierowana przeciw... samym Kubańczykom. Kubańczyk nie ma
prawa wejść
do hotelu, do restauracji czy sklepu, a nawet na niektóre plaże, o ile
nie
znajduje się w towarzystwie obcokrajowców” (...) „Maria
mówi,
że ma szczęście. Poznałem ją w drodze z Hawany do Bahia Honda.
Zatrzymała nasz
samochód. Maria jechała na kilka dni do swojej rodziny na wsi.
Przywoziła
stamtąd żywność, tak trudno osiągalną w stolicy” (...). W
amerykańskim piśmie „Northwest Arkansas
Time” (October – November 1992) jako Thomas Tomczyk drukuje cykl
reportaży z
Albanii: „A little slice of Albanian history”, „Poor country rich in
culture,
hospitality”, „Albania: Forty-eight years of Isolation” . Na
studiach obok architektury jako
przedmiot dodatkowy wybrał dziennikarstwo, otrzymał prestiżową nagrodę
przyznawaną przez Fulbright College Awards – „The Larry Obsitnik Award
in
photojournalism”. Po otrzymaniu dyplomu architekta pracuje w Dallas w
dużej
firmie architektonicznej, kupił stary Porsche. W rok później sprzedał
samochód
i wyjechał w podróż, o której mówił matce od dawna, podróż dookoła
świata.
Marzył o niej jako chłopiec słuchający opowieści Kapuścińskiego. Był
blisko rok
w Turcji, Egipcie (gdzie nawiązał kontakt z pismem i drukował w „Cairo
Today”),
Iranie, Afganistanie, Pakistanie, Nepalu, Tybecie, objeżdża Indie
(kupiwszy
motocykl w New Delhi i po trzech miesiącach sprzedając go w tym samym
miejscu),
Sri Lance, Chinach, Japonii... Matka
zapytana o odwiedzone przez syna
miejsca, nie umie wymienić wszystkich krajów, pamięta tylko, że co
tydzień
telefonował, i pamięta, jak nie spała nocami, gdy tydzień mijał, a
telefon nie
dzwonił. Z
Alaski pojechał do San Francisco, miasto
zrobiło na nim urzekające wrażenie i postanowił w nim zamieszkać.
Wynajął
mieszkanie na słynnej Lombard Street, pieszo chodząc do pracy do dużej
firmy
architektonicznej. Ma motocykl, zawsze uprawia sport – jeszcze w Polsce
judo, w
Stanach szermierkę, polo i boks. W San Francisco zrobił licencję z paragliding. I znowu obmyśla wyjazd. Tym
razem jedzie do Afryki, między innymi do Kenii, Etiopii, Sudanu i
Somalii. W
„Polityce” (11 września 1999) w cyklu „Na własne oczy” ukazuje się jego
poruszający reportaż zatytułowany „Sudańska fabryka głodu” ze
wstrząsającymi
zdjęciami. Reportaż zaczyna tak: „Wokół snują się nagie
postacie o patyczkowych
kończynach i olbrzymich głowach. Obcy czuje się tu nieswojo. Jest jak
na innej
planecie, otoczony przez mieszkańców o twarzach mędrców i zanikłym ciele Najsłabsze
dzieci leżą w cieniu drzew nie mając sił, by odgonić z twarzy muchy.
Trzylatki
nie potrafią jeszcze chodzić. Dzieci wyglądające na cztery lata, mają
siedem. W
centrach terapeutycznych południowego Sudanu tygodniami balansują na
granicy
życia i śmierci. Wolontariusze organizacji „Lekarze bez granic”
przyjmują je
tu, gdy ich waga spada poniżej 60 procent normalnej. Nagość jest
wszędzie wszechobecna”.
(...) Niebawem
potem wspominani w reportażu
„lekarze bez granic” otrzymali pokojową nagrodę Nobla.
W nowojorskim „Nowym Dzienniku” Tomasz
Tomczyk wydrukował reportaż z Egiptu, Somalii i Sudanu: „Z dala od
piramid”, i
„W Somalilandzie już nie strzelają”, „Siedem plag Sudanu”. Tomek
postanawia zrobić magisterium właśnie
z dziennikarstwa. Wybrał najstarszy amerykański wydział dziennikarstwa
na
uniwersytecie w Columbii w Missouri. Sam znajduje wcześniej pracę jako „assistant professorship” – prowadzi
zajęcia na wydziale architektury i jednocześnie studiuje na wydziale
dziennikarstwa (co zwolniło go z ogromnych opłat za studia
magisterskie). Otrzymuje
dodatkowe stypendium na uniwersytecie, jak i z Miami The American
Institute of
Polish Culture i z nowojorskiej Fundacji Kościuszkowskiej. Jest
czynny i bardzo zajęty. Drukuje swoje cartoons w
prasie (zawsze powołuje się
na wpływ politycznych rysunków Szymona Kobyliskiego). Te rysunki z
komentarzami
także politycznymi drukowane w prasie amerykańskiej są dużym Tomka
osiągnięciem.
Drukuje dalej reportaże, duże echa wywołał
jego reportaż „Step by Step” w „Columbia Missourian”. W czasie studiów
- jak
większość studentów dziennikarstwa - dużo jeździ. Jedzie ponownie do
Indii. W
nowojorskim miesięczniku „Lapis” drukuje „cover
story”- reportaż z fotografiami na temat święta „Maha Kumbha Mela”,
jego
fotografie ukazują się w „Missouri Life”, z Sudanu w „World and I”,
„Global
Journalist”.
W uniwersyteckim miasteczku Columbia
organizuje wystawę fotograficzną „Stacje Krzyżowe”. Powiedział, że
inspirację do
tego tematu uzyskał w Sudanie, kiedy patrzył na ludzkie nieszczęścia.
Wystawa
wzbudziła poruszenie w kościele, ksiądz Edwin Cole mówi, że fotografie
młodego fotoreportera
ożywiły parafię. Praktyki
studenckie odbywa w wielkiej
codziennej gazecie w Santiago de Chile, gdzie drukuje po hiszpańsku
swoje
teksty. Pracę magisterską pisze z Erytrei, gdzie spędza 3 miesiące
zbierając
materiał na temat odbudowywania kolei, w której biorą udział Włosi.
Otrzymuje
nagrodę jako finalista w „Photographer’s Forum Magazine” w Los Angeles.
Po skończeniu
magisterium pracuje jako architekt w Nowym Jorku, wyjeżdża do Nikaragui
i
Hondurasu. Od
marca 2003 roku jest na Karaibach – na
wyspie Roatan otwiera własny dwutygodnik „Bay
Islans Voice”. Jest w języku angielskim
i ma kilka stron w języku hiszpańskim. Ukazało się ponad 20 numerów,
obejmuje
zasięgiem wyspy Roatan, Utila i Guanaja. Pismo ma wiele ogłoszeń,
wspiera
lokalny uniwersytet, sponsoruje uzdolnioną biegaczkę. Przeprowadza
wywiady między
innymi z „pierwszą damą Hondurasu”, z szefem policji, z gubernatorem
wyspy.
Tomek zatrudnia dwie osoby, poszukuje odpowiedzialnych ludzi znających
nie
tylko angielski, ale i hiszpański. Na ogłoszenie o pracę zgłosiło się
50 amerykańskich
młodych dziennikarzy. Od 2004 roku uruchamia kwartalnik „Echo”. Na
stronie internetowej
podkreśla, że urodził się w Łodzi, (którą opuścił jako 4-letni
chłopiec), że
jest z Polski. . -
Czy brakuje mu ojczyzny?– na te i inne
pytania nie mam odpowiedzi. Może kiedyś, gdy będzie w Stanach, uda mi
się z nim
przeprowadzić wywiad? W
1992 roku w „Twoim Stylu” w wywiadzie z Elżbietą
Chęcińską powiedział: „ Gdzie jest mój dom rodzinny?
Nie wiem.
Najbardziej chyba cenię dom moich dziadków, który pachnie dzieciństwem.
Dziadek
zmarł, ale jest babcia, są wujkowie(...) Dużo podróżuję i wiem, że mama
martwi
się o mnie. Po powrocie opowiadam jej przeróżne, niesamowite historie,
a ona aż
wstrzymuje oddech. Zapewniam ją, że uważam na siebie, ale i tak się
niepokoi”(...).
Porozmawiałam na jego temat z matką,
Aleksandrą Ziółkowską-Boehm. Mówi, że Tomek ma wielkie serce, że jest
wrażliwy,
pełen inicjatywy, wymagający dużo od siebie, i że ciężko pracuje.
Podziwia jego
niemałą wiedzę, jego oczytanie, znajomość języków, umiejętność
zorganizowania
się i dostosowania. Oczywiście, że jest dumna - jest jej jedynym
ukochanym
synem, którego sama wychowała. Mówi: –„
Gdy się rodzi dziecko, troska i zmartwienie już nas nie opuszcza. Tym
bardziej,
gdy jest wciąż w ruchu... Każdy jego kolejny wyjazd to mój wielki
niepokój,
czasami wręcz strach”. Ziółkowska uważa także, że płaci się dużą
cenę za to
podróżowanie i przemieszczanie. Tomek wciąż nie ułożył sobie życia,
czego i
jemu i sobie życzy. Są wciąż oddaleni. -
Może gdybym go nie wychowała w przekonaniu, że świat stoi otworem, że
można
sięgać po marzenia... Daje
przykład swojego starszego brata
Henryka, który w Polsce buduje dom z czterema osobnymi mieszkaniami, w
których
zamieszkają jego dwaj synowie. Będą pod jednym dachem. - Jest to inny
model
życia – jakże pełen komfortu psychicznego, mówi Aleksandra
Ziółkowska-Boehm. (skrócona wersja tego tekstu
ukazała się w: WEEKEND,
Nowy Dziennik, Nowy Jork, 21 lutego 2004) |