Philadelphia  -  Atlantic City  -  Trenton -  Wilmington










nr60 Nr 60, Czerwiec 2004

str. 26
- Poezja. Ola Kaplon Alicja, Makowska Jacyna

Ola Kaplon


            ***
Noca wsrod szeptow aniolow
przestrzen lozka
pustka
pukanie do drzwi
otwieram-pomylka
to do sasiadow
zimno
marzna mi kostki

Na samotnosc najlepsza jest kawa
paruje, rzuca cieple swiatlo
pije, zbieram mysli
z kubka nic nie ubywa
zapomnialam cukru
znowu slychac kroki...

            ***

 
"Sto dni do konca swiata"

na bezdrozu
anioly
wykrzywione
smagane wiatrem
od niechcenia
wskazuja droge
-gasne-
czarujacy usmiech
wyblakl
czarne krople
na policzku
pachnie burza
boje sie

           ***

Pustka
jalowosc duszy
tykanie
wciaz slysze tykanie
oddalam sie od siebie
od ciebie, od siebie
ide wzdluz muru
twarza dotykam kamiennej sciany
jest jak ja
-opuszczona-
czekam
czekam
czekam i nic
magiczna chwila nie istnieje
zamokly sztuczne ognie
garstka popiolu na trawniku
jestes?

        ***

Ziarnko piasku
znalazlam wczoraj wsrod notatek,
musialo sie zapodziac
gdy zbieralam mysli.
Obracajac je w palcach
poczulam jego dusze,
a ona nie byla ani troche smutna.
(w szufladzie moich wspomnien
musialo czuc sie lepiej niz posrod kamiennych wydm)
Niesmialo puscilam do niego oczko,
a ono zaplakalo, ze szczescia.
A ja zrozumialam
Ziarnko piasku.

 

        ***

Szepczesz w polmroku
muskasz slowem brzeg dloni
paradujac w przetartym szlafroku
grzebiesz niedopalki przeterminowanych skrzydel
cisza wgryza sie
w iluminacje dopalajacych sie swiec

Zloscisz sie, bo ten rudy chlopak
znowu nie przyniosl gazety
popatrz- w ogrodzie rosna basnie
a jednak cos zyje!
pozar nicosci oszczedzil
mnie?

        ***

 

Mamo, spraw zebym znowu byla mala dziewczynka
w dziecinstwie wszystko bylo takie proste
nie musialam martwic sie o jutro
a dzis nie wiem nawet czy jest jakies teraz
wciaz czekam na osciez otwierajac serce
az w zylach pulsujaca krew zrobi sie zielona
bo moze w zieleni, ostoi nadziei
odnajde spokoj, wycisze sama siebie
skoro nie ma nikogo, kto zrobilby to za mnie.

 

                  ***

               -Anusi-

 Za oknami pada deszcz
rownomierne krople
wystukuja na parapecie
magiczny rytual.
Siedzisz oparta, z przechylona glowa, sluchasz.
Polaczone drutem telefonu
mamy siebie na wyciagniecie reki
czuje Twoj uscisk
od ktorego lzy cisna sie do oczu,
bo chyba nikt wczesniej mnie tak nie kochal.
I kiedy pomysle, ze moglam Cie nie spotkac,
dziekuje Bogu za to, ze jestes...

 

        ***

krazysz wokol gniazda slonc
skrzydla mienia sie switami
myslisz "wolnosc, to jest to!
niech na zawsze bedzie z nami!"

potem szybko tracisz wzrok
jasnosc gwiazdy cie oslepia
i nie mowisz wiecej nic
oprocz prosby "czy zaczekasz?

i juz nie wiesz, czy to we snie,
czy na jawie ci sie snilo
odtad co dzien patrzysz w niebo
i zalujesz, tylko czego?

 

       ***

skraj okraglego stolu
oddech przepalonej zarowki
szelest kropel sniegu
twoja postac
platki slonca na powiekach
belkot miedzianego czajnika

zaraz wroce
tylko zagram w klasy
ze swiatem

 

          ***

gniew
mam w sobie tyle gniewu
wypelnia mnie po brzegi
wplywa z krwia do wszystkich komorek
czuje opuszkami palcow jak paczkuje pod skora
i tylko czekam az dojdzie do glosu
zalsni tysiacami szarych szkiel
na wyblaklej tapecie mojej duszy
bede musiala sie poddac
nie potrafie powiedziec nie
kolejny raz zasmieje mi sie prosto w twarz...

 

            ***

zamknac oczy i juz nie myslec
lezec w cieplej poscieli i marzyc, ze sie nie istnieje
ze swiat jest iluzja, matriksowym programem
do ktorego ktos zapomnial dodac paru komend,
dlatego nie dziala zasilanie awaryjne
musial sie pomylic, zle odczytac kody
i teraz zegar odlicza minuty do samozniszczenia

zamknac oczy i juz sie nie obudzic
uwolnic sie spod jarzma komputera
przeistoczyc w ciagly niebyt
w zacementowany wiecznoscia kokon
do ktorego nic nie ma prawa wstepu

i snic, snic sen we snie,

bo jawa od dawna jest nie do wytrzymania...

Alicja Makowska-Jacyna 

Kościółek

 
Kościółek
z bardzo wysoką jak na jego możliwości
wieżą do nieba,
skurczył się, przechylił
i wykrzywił
od diabelskich poczynań
czasu

Tylko wieża do nieba prosta.
Przytuliły się do niego
okoliczne domki
z duszami ich mieszkańców,
przylgnął cmentarz
jak mech do drzewa.

 
Kościółek,
jak piekło
wypełniony jest
szczelnie
wszystkimi grzechami
wyszeptanymi przez lata
na spowiedzi
przez okolicznych mieszkańców
i nielicznych
przejezdnych gości.

Grzechy trzyma w kościółku
tajemnica spowiedzi
do czasu rozgrzeszenia
na wieczność.

Alicja Makowska-Jacyna
Philadelphia, January 28, 2004

 

Moja ojczyzna

Moją ojczyzną
jest język polski.
W nim mieszkam.
W nim choruję,
spowiadam się z grzechów,
w nim się modlę.

 
W rozgwarze
nakładających się na siebie
obcych słów,
wyjęzycza się nagle
i niespodziewanie
jak fantom
znajomym i bliskim
dźwiękiem.

Podrywam się
na ten dźwięk
w bezruchu.
Nasłuchuję i wiem,
że nikt nie wypowiedział
słowa,
które przeniosło
mnie do ojczyzny
mojego języka.

Moją ojczyzną
jest język polski,
w nim wszystko rozumiem
najlepiej, najłatwiej
i najprościej.
W nim każde słowo
ma swoje miejsce,
znaczenie i swój los.
W nim przekleństwa,
są przekleństwami!
W nim te przekleństwa
drażnią, bolą,
wywołują wstyd!

Wulgarne wyrazy
innych języków
są zwykłymi dźwiękami
jak chleb, woda i sól.

Moją ojczyzną
jest język polski.
W nim jest moje
dzieciństwo,
młodość,
dojrzałość,
i przyszłość -
na obłaskawionej
ale obcej ziemi!

Umiędzynarodawiam się,
zniemczam, zruszczam,
zangielszczam,
mieszkając w ojczyźnie
którą jest język polski.

Żadne wtręty - pociski
międzyjęzyczne
nie są w stanie
mnie przesiedlić.

Moją ojczyzną
jest język polski.
Dbam o niego
jak o pamięć
o domu.
Dzięki niemu,
żyję w swojej ojczyźnie
w niej nie mieszkając!

Alicja Makowska-Jacyna
Philadelphia, 23 lutego, 2004