|
Ola Kaplon
***
Noca wsrod
szeptow aniolow
przestrzen lozka
pustka
pukanie do drzwi
otwieram-pomylka
to do sasiadow
zimno
marzna mi kostki
Na samotnosc
najlepsza jest kawa
paruje, rzuca
cieple swiatlo
pije, zbieram
mysli
z kubka nic nie
ubywa
zapomnialam cukru
znowu slychac
kroki...
***
"Sto dni do
konca swiata"
na bezdrozu
anioly
wykrzywione
smagane wiatrem
od niechcenia
wskazuja droge
-gasne-
czarujacy usmiech
wyblakl
czarne krople
na policzku
pachnie burza
boje sie
***
Pustka
jalowosc duszy
tykanie
wciaz slysze
tykanie
oddalam sie od
siebie
od ciebie, od
siebie
ide wzdluz muru
twarza dotykam
kamiennej sciany
jest jak ja
-opuszczona-
czekam
czekam
czekam i nic
magiczna chwila
nie istnieje
zamokly sztuczne
ognie
garstka popiolu
na trawniku
jestes?
***
Ziarnko piasku
znalazlam wczoraj
wsrod notatek,
musialo sie
zapodziac
gdy zbieralam
mysli.
Obracajac je w
palcach
poczulam jego
dusze,
a ona nie byla
ani troche smutna.
(w szufladzie
moich wspomnien
musialo czuc sie
lepiej niz posrod kamiennych wydm)
Niesmialo
puscilam do niego oczko,
a ono zaplakalo,
ze szczescia.
A ja zrozumialam
Ziarnko piasku.
***
Szepczesz w
polmroku
muskasz slowem
brzeg dloni
paradujac w
przetartym szlafroku
grzebiesz
niedopalki przeterminowanych skrzydel
cisza wgryza sie
w iluminacje
dopalajacych sie swiec
Zloscisz sie,
bo
ten rudy chlopak
znowu nie
przyniosl gazety
popatrz- w
ogrodzie rosna basnie
a jednak cos
zyje!
pozar nicosci
oszczedzil
mnie?
***
Mamo, spraw
zebym
znowu byla mala dziewczynka
w dziecinstwie
wszystko bylo takie proste
nie musialam
martwic sie o jutro
a dzis nie wiem
nawet czy jest jakies teraz
wciaz czekam na
osciez otwierajac serce
az w zylach pulsujaca
krew zrobi sie zielona
bo moze w
zieleni, ostoi nadziei
odnajde spokoj,
wycisze sama siebie
skoro nie ma
nikogo, kto zrobilby to za mnie.
***
-Anusi-
Za
oknami pada
deszcz
rownomierne
krople
wystukuja na
parapecie
magiczny rytual.
Siedzisz oparta,
z przechylona glowa, sluchasz.
Polaczone drutem
telefonu
mamy siebie na
wyciagniecie reki
czuje Twoj uscisk
od ktorego lzy
cisna sie do oczu,
bo chyba nikt
wczesniej mnie tak nie kochal.
I kiedy pomysle,
ze moglam Cie nie spotkac,
dziekuje Bogu za
to, ze jestes...
***
krazysz wokol
gniazda slonc
skrzydla mienia
sie switami
myslisz
"wolnosc, to jest to!
niech na zawsze
bedzie z nami!"
potem szybko
tracisz wzrok
jasnosc gwiazdy
cie oslepia
i nie mowisz
wiecej nic
oprocz prosby
"czy zaczekasz?
i juz nie wiesz,
czy to we snie,
czy na jawie ci
sie snilo
odtad co dzien
patrzysz w niebo
i zalujesz, tylko
czego?
***
skraj
okraglego
stolu
oddech
przepalonej zarowki
szelest kropel
sniegu
twoja postac
platki slonca na
powiekach
belkot
miedzianego czajnika
zaraz wroce
tylko zagram w
klasy
ze swiatem
***
gniew
mam w sobie tyle
gniewu
wypelnia mnie po
brzegi
wplywa z krwia do
wszystkich komorek
czuje opuszkami
palcow jak paczkuje pod skora
i tylko czekam az
dojdzie do glosu
zalsni tysiacami
szarych szkiel
na wyblaklej
tapecie mojej duszy
bede musiala sie
poddac
nie potrafie
powiedziec nie
kolejny raz
zasmieje mi sie prosto w twarz...
***
zamknac oczy
i
juz nie myslec
lezec w cieplej
poscieli i marzyc, ze sie nie istnieje
ze swiat jest
iluzja, matriksowym programem
do ktorego ktos
zapomnial dodac paru komend,
dlatego nie
dziala zasilanie awaryjne
musial sie
pomylic, zle odczytac kody
i teraz zegar
odlicza minuty do samozniszczenia
zamknac oczy
i
juz sie nie obudzic
uwolnic sie spod
jarzma komputera
przeistoczyc w
ciagly niebyt
w zacementowany
wiecznoscia kokon
do ktorego nic
nie ma prawa wstepu
i snic, snic sen we snie,
bo jawa od dawna
jest nie do wytrzymania... |
Alicja
Makowska-Jacyna
Kościółek
Kościółek
z bardzo wysoką
jak na jego możliwości
wieżą do nieba,
skurczył się,
przechylił
i wykrzywił
od diabelskich
poczynań
czasu
Tylko wieża
do
nieba prosta.
Przytuliły się do
niego
okoliczne domki
z duszami ich
mieszkańców,
przylgnął
cmentarz
jak mech do
drzewa.
Kościółek,
jak piekło
wypełniony jest
szczelnie
wszystkimi
grzechami
wyszeptanymi
przez lata
na spowiedzi
przez okolicznych
mieszkańców
i nielicznych
przejezdnych
gości.
Grzechy
trzyma w
kościółku
tajemnica
spowiedzi
do czasu
rozgrzeszenia
na wieczność.
Alicja
Makowska-Jacyna
Philadelphia, January 28, 2004
Moja ojczyzna
Moją ojczyzną
jest język
polski.
W nim mieszkam.
W nim choruję,
spowiadam się z
grzechów,
w nim się modlę.
W rozgwarze
nakładających się
na siebie
obcych słów,
wyjęzycza się
nagle
i niespodziewanie
jak fantom
znajomym i
bliskim
dźwiękiem.
Podrywam się
na ten dźwięk
w bezruchu.
Nasłuchuję i
wiem,
że nikt nie
wypowiedział
słowa,
które przeniosło
mnie do ojczyzny
mojego języka.
Moją ojczyzną
jest język
polski,
w nim wszystko
rozumiem
najlepiej,
najłatwiej
i najprościej.
W nim każde słowo
ma swoje miejsce,
znaczenie i swój
los.
W nim
przekleństwa,
są
przekleństwami!
W nim te
przekleństwa
drażnią, bolą,
wywołują wstyd!
Wulgarne
wyrazy
innych języków
są zwykłymi
dźwiękami
jak chleb, woda i
sól.
Moją ojczyzną
jest język
polski.
W nim jest moje
dzieciństwo,
młodość,
dojrzałość,
i przyszłość -
na obłaskawionej
ale obcej ziemi!
Umiędzynarodawiam
się,
zniemczam,
zruszczam,
zangielszczam,
mieszkając w
ojczyźnie
którą jest język
polski.
Żadne wtręty
-
pociski
międzyjęzyczne
nie są w stanie
mnie przesiedlić.
Moją ojczyzną
jest język
polski.
Dbam o niego
jak o pamięć
o domu.
Dzięki niemu,
żyję w swojej
ojczyźnie
w niej nie
mieszkając!
Alicja Makowska-Jacyna
Philadelphia, 23
lutego, 2004
|