![]() |
![]() |
|
|
|
|
|
|
Nr 60, Czerwiec
2004 |
|
| str. 31 |
- Zyciorysy. Andrzej Jacyna |
|
Życiorysy Andrzej
Jacyna
Pierwsze
spotkania ze znajomymi. Zasypany lawiną
dobrych rad błądzę deszczowymi uliczkami oczarowany pięknem tego
miasta. Trudno
się rozczarować, gdyż najbujniejsza wyobraźnia nie jest w stanie
wytworzyć
miejsca o podobnym niepowtarzalnym uroku, czegoś tak dostojnego a
pełnego życia
i wigoru młodości. Jak
wszędzie w Europie, tak i tutaj miejscem,
gdzie Polak może sobie niemal wszystko załatwić, jest polski kościół.
Można pod
nim kupić, sprzedać, zamienić, znaleźć pracę, wysłać paczkę do kraju.
Pierwsza
niedziela na rue Saint Honore. Tłum. Samochody z polską rejestracją
przemieszane z furgonami zabierającymi paczki do Polski, stoiska z
książkamia,
plakietki "Solidarności". Atmosfera kiermaszowo-wiecowa. Przy wejściu
do kościoła tablica z ogłoszeniami. Czytam: "Muzyk poszukuje pracy",
"Sprzedam lodówkę", "Przyjmę każde zajęcie", "Mam
miejsce w samochodzie do Polski na 22 listopada", itp. Najwięcej osób
poszukuje mieszkania, pokoju, czy nawet miejsca do spania. Rozmawiam z
paroma
przypadkowymi osobami, od których dowiaduję się, że przy kancelarii
parafialnej
powstało biuro pośrednictwa pracy prowadzone w ramach pomocy dla
polskich
uchodźców. Pada nazwisko pani Platerowej, jako najbardziej zasłużonej
osoby w
prowadzeniu różnych akcji charytatywnych. Lecz o pracę, szczególnie dla
mężczyzny, jest niesłychanie trudno - informuje mnie mój rozmówca. Kiedy
nazajutrz w oznaczonej godzinie znalazłem
się w biurze pośrednictwa pracy, tłum wypełniał szczelnie maleńką
poczekalnię i
wylewał się na klatkę schodową. Ludzie młodzi, starsi, mężczyźni,
kobiety.
Czekam, patrzę, słucham. Rozmowy, wymiana doświadczeń. Niektórzy, jak
ja, są tu
po raz pierwszy, inni przychodzą tutaj często, jak wynika z ich
opowieści.
Jedni pełni nadziei, inni sceptyczni, krytycznie nastawieni do
wszystkiego, co
ich otacza. Nawiązują się nowe znajomości. -
Długo już tu jesteś? - nagle padło pytanie do
mnie. -
Kilka dni temu przyjechałem z Polski -
odpowiadam. -
Ja przyszedłem z Włoch na piechotę - mężczyzna,
który mnie zaczepił, patrzy, jakie to robi na mnie wrażenie. -
Nie wiesz nic o jakimś mieszkaniu - wtrąca
drugi, młodszy - już nas kości bolą od spania na deskach. -
Śpimy tu, na podłodze - wyjaśnia pierwszy. -
Gdzie? - nie bardzo rozumiem. -
No tu, w poczekalni. Ksiądz nas na parę dni
wpuścił, ale już każe się stąd zabierać - poinformował mnie drugi
rozmówca. Do
pogawędki dołącza się trzeci, młodziutki
chłopak, który zajmuje pomieszczenie na szczotki, bez światłą i wygód,
i to
także na bardzo krótko. Szukają czegoś wspólnie, byle mieć dach nad
głową na
początek. *** Siedzimy
nad Sekwaną. Pogoda prawie że wrześniowa.
Można zdjąć kurtkę i rozłożyć się na słoneczku mając przed oczami wyspę
z
potężną Notre Dame, wyrastającą wprost z wysokiego brzegu, z którego
zwisają wiecznie
zielone, podobne lianom krzewy. Nie słychać tu ulicznego hałasu, pusto
jest i
cicho. W oddali widać nielicznych paryżan wyprowadzających tu psy na
spacer. Po
rzece sunie prawie pusty "Bateau de Mouche", czyli statek
wycieczkowy. Siedzimy upajając się tym spokojem; ja i moi trzej nowo
poznani
rozmówcy z poczekalni. Przed nami dwie butelki wina i bagietka. Nazywam
ich w
myślach - Atos, Portos i Aramis, albowiem wyglądem przypominają mi
nieco
Dumasowskich bohaterów. Siedzimy w milczeniu, każdy zatopiony w swoich
myślach.
Lecz po butrlce zaczyna się chaotyczna rozmowa. Mówią o sobie,
przerywając
sobie nawzajem, chcą powiedzieć jak najwięcej, aby przeskoczyć tę
barierę
obcości, która nas tu otacza. Zbratani wspólną dolą, która nagle
pozbawiła ich
domu, rodziny i przyjaciół. Wybrali ten los, ale czy mogli przewidzieć
wszystkie jego pułapki? Już wiem o nich coś niecoś, już ich sylwetki
wyłaniają
się dla mnie z anonimowego tłumu przypadkowych przechodniów. Atos
- lat 26, pochodzenie wiejskie, wykształcenie
średnie. Chce emigrować do Kanady, gdzie ma jakąś rodzinę. Dał nogę z
trzydniowej wycieczki "Orbisu". Portos
- lat 37, robotnik z Warszawy. Uciekł z
pielgrzymki do Rzymu i autostopem przyjechał do Francji.
Niezdecydowany. W
kraju żona i dzieci. Chce dorobić się i ewentualnie wrócić. Może jednak
zostanie i ściągnie rodzinę. Aramis
- lat 23, uciekł z tej samej wycieczki co
Atos. Do kraju nie wróci za nic. Moi
towarzysze nie znają we Francji nikogo, nie
znają również języka francuskiego. Ale słoneczko nastraja
optymistycznie. Jakoś
to będzie. Byle tylko udało się znaleźć pracę. Ja również opowiadam
nieco o
sobie.. Wówczas to nieoczekiwanie któryś z nich powiedział: -
Pomóż nam napisac podania o azyl! Wyrażam
zgodę. I
tak otrzymałem od nich trzy życiorysy. Zwyczajne, szare,
polskie życiorysy zaopatrzone w pieczątkę "Solidarność" |