Philadelphia  -  Atlantic City  -  Trenton -  Wilmington










nr60 Nr 60, Czerwiec 2004

str. 31
- Zyciorysy. Andrzej Jacyna

Życiorysy

Andrzej Jacyna

 
Paryż powitał mnie mgłą październikowego poranka. Miasto, o zobaczeniu którego marzy w Polsce tak wielu, miasto, które od wieków jest gościnną przystania polskich emigrantów. Owieczne pytania, co robić, z czego żyć przesłaniają nieco piękno starych uliczek, deszczowego, bezlistnego ogrodu Tuillieres i malującego się na tle szarego nieba Luwru. Pojawiają sie nowe problemy, niespotykane dotychczas kłopoty, konfrontacja wyobrażeń z rzeczywistością. Cieszyć się, czy martwić? To pytanie stawia sobie prawie każdy przybysz.

Pierwsze spotkania ze znajomymi. Zasypany lawiną dobrych rad błądzę deszczowymi uliczkami oczarowany pięknem tego miasta. Trudno się rozczarować, gdyż najbujniejsza wyobraźnia nie jest w stanie wytworzyć miejsca o podobnym niepowtarzalnym uroku, czegoś tak dostojnego a pełnego życia i wigoru młodości.

Jak wszędzie w Europie, tak i tutaj miejscem, gdzie Polak może sobie niemal wszystko załatwić, jest polski kościół. Można pod nim kupić, sprzedać, zamienić, znaleźć pracę, wysłać paczkę do kraju. Pierwsza niedziela na rue Saint Honore. Tłum. Samochody z polską rejestracją przemieszane z furgonami zabierającymi paczki do Polski, stoiska z książkamia, plakietki "Solidarności". Atmosfera kiermaszowo-wiecowa. Przy wejściu do kościoła tablica z ogłoszeniami. Czytam: "Muzyk poszukuje pracy", "Sprzedam lodówkę", "Przyjmę każde zajęcie", "Mam miejsce w samochodzie do Polski na 22 listopada", itp. Najwięcej osób poszukuje mieszkania, pokoju, czy nawet miejsca do spania. Rozmawiam z paroma przypadkowymi osobami, od których dowiaduję się, że przy kancelarii parafialnej powstało biuro pośrednictwa pracy prowadzone w ramach pomocy dla polskich uchodźców. Pada nazwisko pani Platerowej, jako najbardziej zasłużonej osoby w prowadzeniu różnych akcji charytatywnych. Lecz o pracę, szczególnie dla mężczyzny, jest niesłychanie trudno - informuje mnie mój rozmówca.

Kiedy nazajutrz w oznaczonej godzinie znalazłem się w biurze pośrednictwa pracy, tłum wypełniał szczelnie maleńką poczekalnię i wylewał się na klatkę schodową. Ludzie młodzi, starsi, mężczyźni, kobiety. Czekam, patrzę, słucham. Rozmowy, wymiana doświadczeń. Niektórzy, jak ja, są tu po raz pierwszy, inni przychodzą tutaj często, jak wynika z ich opowieści. Jedni pełni nadziei, inni sceptyczni, krytycznie nastawieni do wszystkiego, co ich otacza. Nawiązują się nowe znajomości.

- Długo już tu jesteś? - nagle padło pytanie do mnie.

- Kilka dni temu przyjechałem z Polski - odpowiadam.

- Ja przyszedłem z Włoch na piechotę - mężczyzna, który mnie zaczepił, patrzy, jakie to robi na mnie wrażenie.

- Nie wiesz nic o jakimś mieszkaniu - wtrąca drugi, młodszy - już nas kości bolą od spania na deskach.

- Śpimy tu, na podłodze - wyjaśnia pierwszy.

- Gdzie? - nie bardzo rozumiem.

- No tu, w poczekalni. Ksiądz nas na parę dni wpuścił, ale już każe się stąd zabierać - poinformował mnie drugi rozmówca.

Do pogawędki dołącza się trzeci, młodziutki chłopak, który zajmuje pomieszczenie na szczotki, bez światłą i wygód, i to także na bardzo krótko. Szukają czegoś wspólnie, byle mieć dach nad głową na początek.

 

***

 

Siedzimy nad Sekwaną. Pogoda prawie że wrześniowa. Można zdjąć kurtkę i rozłożyć się na słoneczku mając przed oczami wyspę z potężną Notre Dame, wyrastającą wprost z wysokiego brzegu, z którego zwisają wiecznie zielone, podobne lianom krzewy. Nie słychać tu ulicznego hałasu, pusto jest i cicho. W oddali widać nielicznych paryżan wyprowadzających tu psy na spacer. Po rzece sunie prawie pusty "Bateau de Mouche", czyli statek wycieczkowy. Siedzimy upajając się tym spokojem; ja i moi trzej nowo poznani rozmówcy z poczekalni. Przed nami dwie butelki wina i bagietka. Nazywam ich w myślach - Atos, Portos i Aramis, albowiem wyglądem przypominają mi nieco Dumasowskich bohaterów. Siedzimy w milczeniu, każdy zatopiony w swoich myślach. Lecz po butrlce zaczyna się chaotyczna rozmowa. Mówią o sobie, przerywając sobie nawzajem, chcą powiedzieć jak najwięcej, aby przeskoczyć tę barierę obcości, która nas tu otacza. Zbratani wspólną dolą, która nagle pozbawiła ich domu, rodziny i przyjaciół. Wybrali ten los, ale czy mogli przewidzieć wszystkie jego pułapki? Już wiem o nich coś niecoś, już ich sylwetki wyłaniają się dla mnie z anonimowego tłumu przypadkowych przechodniów.

Atos - lat 26, pochodzenie wiejskie, wykształcenie średnie. Chce emigrować do Kanady, gdzie ma jakąś rodzinę. Dał nogę z trzydniowej wycieczki "Orbisu".

Portos - lat 37, robotnik z Warszawy. Uciekł z pielgrzymki do Rzymu i autostopem przyjechał do Francji. Niezdecydowany. W kraju żona i dzieci. Chce dorobić się i ewentualnie wrócić. Może jednak zostanie i ściągnie rodzinę.

Aramis - lat 23, uciekł z tej samej wycieczki co Atos. Do kraju nie wróci za nic.

Moi towarzysze nie znają we Francji nikogo, nie znają również języka francuskiego. Ale słoneczko nastraja optymistycznie. Jakoś to będzie. Byle tylko udało się znaleźć pracę. Ja również opowiadam nieco o sobie.. Wówczas to nieoczekiwanie któryś z nich powiedział:

- Pomóż nam napisac podania o azyl!

Wyrażam zgodę.

I tak otrzymałem od nich trzy życiorysy. Zwyczajne, szare, polskie życiorysy zaopatrzone w pieczątkę "Solidarność"