Philadelphia  -  Atlantic City  -  Trenton -  Wilmington










nr60 Nr 60, Czerwiec 2004

str. 29

- Przez Kreml na Kresy. (Rosja, Bialorus, Wilno, Tallin, Helsinki -
 maj/czerwiec 2003. Cz. 10  - Moskwa. Alicja Makowska-Jacyna

   

PRZEZ KREML NA KRESY

Rosja, Białoruś, Wilno, Tallin, Helsinki – maj/czerwiec 2003

Alicja Makowska-Jacyna

CZĘŚĆ III – MOSKWA

Ciąg dalszy

 

Nie mogłam sobie przypomnieć, jak po rosyjsku określano księdza prawosławnego. Wiem, że w tłumaczeniach klasyki rosyjskiej na polski na pewno używano słowa „pop”. Czyżby i do określenia „pop” wkroczyła poprawność polityczna? Czy to naprawdę takie ważne, czy nazywamy kogoś znanym słowem, czy jakimś nowotworem, do którego nikt nie jest przyzwyczajony, nawet ten, kogo tym nowotworem nazwano? Dochodzi do paradoksu! W Ameryce biali nazywają czarnoskórych – „African-American” – a czarni obrzucają się nawzajem słowem „niger”, jak gdyby sami nie zaakceptowali nowego pojęcia. Czy Cyganie traktowani są z większym szacunkiem, kiedy używa się słowa „Romowie”? A co z wszystkimi piosenkami? Czy należy we wszystkich słowach zamienić „Cyganów” na „Romów”. Cyganie zawsze kojarzyli mi się z wozami, śpiewem, tańcem, żywiołowością, a przede wszystkim z wolnością, z przestrzenią. Romowie nie kojarzą mi się z niczym, są słowem pozbawionym wyobraźni tak jak African-American. Staram się nie używać słowa „pop”, ale tylko, dlatego aby nie sprawiać przykrości Gali. Zresztą nie jestem tak do końca pewna, czy to zastrzeżenie wynika z poprawności politycznej. Zresztą cała ta poprawność polityczna, niezwykle modna ostatnio, jest zgoła brakiem wszelkich poprawności. Żadne określenia nie poprawią stosunku człowieka do człowieka, jeżeli są sztucznie wymuszone bez względu, jakie pobudki powodowały to wymuszenie.

Idziemy wokół całego Kremla i przechodzimy koło wielkiej armaty, która nigdy nie wystrzeliła i dzwonu, który nigdy nie zadzwonił. Car-armata i Car-dzwon. Pojawiają się jakieś trawniki i drzewa. Jestem zmęczona. Wszystkie cerkwie zlewają się w jeden wielki kolorowy obraz. Bolą mnie nogi, którymi ledwie pociągam, ale na pytania Gali i Saszy oświadczam, że odpoczywać będę, jak wrócę. Gala i Sasza śmieją się ze mnie, kiedy zwalniam i rozglądam się za jakimkolwiek miejscem, które nadawałoby się do siedzenia. W cerkwiach nie ma gdzie, a wokół cerkwi pusta przestrzeń. W końcu siadamy na chwilę w parku, który pojawia się nagle i niespodziewanie jakby na zawołanie zmęczonych nóg. Sasza mówi, że jest to jeden z ulubionych parków mieszkańców Moskwy. Gala napisała mi niedawno, że miałam szczęście, bowiem Kreml jest teraz po zamachach terrorystycznych, zwłaszcza tym w metrze moskiewskim, zamknięty dla zwiedzających.

Idziemy dalej. Mijamy grób nieznanego żołnierza i żołnierzy wyprostowanych i zamarłych w bezruchu wokół niego i przechodzimy do rozrywkowo-handlowej części już poza Kremlem. W wodnych basenach postaci z bajek rosyjskich: rybak i złota rybka, żar-ptak, niedźwiedź i wilk i inne. Wspominamy z Galą te bajki. Wracam myślami do dzieciństwa i uświadamiam sobie, jak rzadko do niego wracam. Znałam te wszystkie bajki i prawie o nich zapomniałam. Brak czasu nawet na wspomnienia. Po powrocie do Ameryki w telewizji „Polonia” oglądam program Barbary Włodarczyk „Szerokie tory”. Bohaterem jednej z edycji tego programu jest najbogatszy, znany i rozchwytywany artysta rosyjski, którego nazwiska nie zapamiętałam. To on stworzył te rzeźby z bajek dla dzieci i mieszkańców Moskwy.

Zapraszam Galę i Saszę do pizzerii. Myślałam, że tak jak w Ameryce będzie to po prostu pizzeria, gdzie zjemy pizzę, coś wypijemy i pójdziemy, a tymczasem pizzeria okazuje się elegancką i dość drogą restauracją z tzw. „salad bar”. Jemy na dworze różnorodności z „salad bar”, ja wreszcie siedzę, a obsługa przyjemna i elegancka.

Zmierzamy w kierunku poselstwa Słowacji, gdzie Ojciec Jerzy zaprosił nas na obiad. Mijamy po drodze kościół katolicki niedawno zbudowany. Wchodzimy na chwilę do środka. Kościół piękny, nowy, z ambicjami katedralnymi. Moskwa posiadająca podobno dwanaście milionów mieszkańców, włączając tych nie zameldowanych, ma tylko dwa kościoły katolickie z prawdziwego zdarzenia.

W poselstwie Słowacji, w restauracji czeka już ojciec Jerzy. Jest elegancko, smacznie i tanio, ale wstęp tylko dla wtajemniczonych i ich gości. Jest nas osiem osób. Rozmowa toczy się po rosyjsku. Ja oczywiście rozśmieszam wszystkich różnymi rosyjsko-językowymi lapsusami.

Po obiedzie Gala i Sasza żegnają się z nami. Jest już ciemno. Ja towarzyszę ojcu Jerzemu, który jedzie razem z rektorem Richardem Starkiem oraz biskupem Tadeuszem Kondrusiewiczem obejrzeć obiekt, który można by kupić i zaadaptować na kościół. Budynek znajduje się w samym centrum wielkiego blokowiska. Kiedyś był to osiedlowy dom kultury. Teraz opuszczony stoi smutnie pośród budynków mieszkalnych otoczony drzewami. Dziwny zbieg okoliczności, bo architektonicznie przypomina mały kościółek. Jedziemy pomiędzy blokami podobnymi do siebie jak kropla wody. Naszemu samochodowi przyglądają się mieszkańcy bloków siedzący na ławkach, na małych skwerkach wśród drzew. To skupisko bloków jest ogromne i przez swoje nagromadzenie przerażające. Kiedyś marzyłam o mieszkaniu w takim bloku. W blokowiskach były mieszkania, tysiące nowych mieszkań, na które czekało się tak długo, że po otrzymaniu ich nie miało się już dość energii, aby się cieszyć. Po tylu latach i z dystansu emigranta patrzę na to ogromne blokowisko z przerażeniem. Sztuczne zaludnienie przestrzeni przypadkowymi ludźmi, którzy muszą sąsiadować ze sobą potem już przez długie lata. Współczesny labirynt bez wyjścia. Zastanawiam się, jak można zapamiętać drogę do swojego domu, kiedy wszystko dookoła podobne do siebie jak w lustrzanym odbiciu. Wiem jednak, że to pozorne, bowiem mieszkańcy poznają znaki szczególne owego labiryntu, które prowadzą ich nieomylnie do jego centrum i na zewnątrz.

Wracamy. W domu, herbata, kąpiel i noc.

Koniec części dziesiątej