Philadelphia  -  Atlantic City  -  Trenton -  Wilmington










nr57 Nr 57, Marzec 2004

str. 28

- Przez Kreml na Kresy. (Rosja, Bialorus, Wilno, Tallin, Helsinki -
 maj/czerwiec 2003. Cz. 7  - Moskwa. Alicja Makowska-Jacyna

PRZEZ KREML NA KRESY

Rosja, Białoruś, Wilno, Tallin, Helsinki – maj/czerwiec 2003

Alicja Makowska-Jacyna

CZĘŚĆ III – MOSKWA

 

Jedziemy taksówką do mieszkania, które będzie moją kwaterą na czas pobytu w Moskwie. Ojciec Jerzy proponował metro..., że to bardzo blisko, parę przystanków, ale ja po doświadczeniu z metrem w Petersburgu nie byłam w stanie walczyć ze swoim strachem. Wsiadam do taksówki z wyrzutami sumienia. Jest już ciemno, ale Moskwa jasna od świateł, neonów, reklam większości znanych firm na świecie. Jedziemy jasno oświetlonymi pasami w przestrzeń, w wielopasmowe arterie miasta. Po krótkim czasie wjeżdżamy w dużą bramę między blokami i w typowy prostokąt socjalistycznego blokowiska mieszkaniowego. Przestrzeń między blokami zadrzewiona dorodnymi drzewami, które potrzebowały wiele czasu, aby tą dorodność osiągnąć. Takie bloki mogłyby być w Warszawie, Krakowie, czy innym mieście krajów znajdującymi się jeszcze niedawno za ówczesną żelazną kurtyną. Wszędzie już domofony i własne klucze do drzwi wejściowych. Szóste piętro i na moje szczęście winda.

Po umieszczeniu bagaży w pokoju, w którym będę nocować, wychodzę na balkon. Patrzę zauroczona w noc, w oświetloną przestrzeń metropolii. Zagęszczenie świateł nad mostami, zarysami budynków w dali. Rozrzedzają się zbliżając się do mnie i zagęszczają znowu w drugim kierunku. W dole tańczą na wodzie w rzece Moskwie. Nocna miejska galaktyka, inna w każdym mieście, ta na którą patrzę jedyna i charakterystyczna tylko dla tego miasta w krótkim określonym momencie czasowym. Różnego rodzaju dziejowe burze i transformacje wygaszają te światła lub zapalają. Za czasów ZSRR, Moskwa podobno była ciemna tak jak zresztą i inne miasta. Teraz promienieje w ferworze reklam, świateł i wolności.

dzwon 

Mieszkam na ulicy Tagańskiej, blisko teatru „Na Tagance” i jestem tym faktem mocno poruszona. W połowie, bodajże lat siedemdziesiątych, teatr „Na Tagance” był teatrem kultowym jak i jego główny aktor – legenda, Wołodia Wysocki! W latach siedemdziesiątych słuchałam pieśni Wołodii Wysockiego, które targały mną, moją duszą, które przenikały mnie na wskroś i dotykały moich wszystkich zmysłów. Są pieśniarze, którzy stawiają wszystkie moje zmysły na baczność i Wołodia Wysocki znalazł się wśród nich i do nich należy. Chropawym, schrypniętym głosem wyrzucał z siebie w tych swoich pieśniach ból, sarkazm, żal, sprzeciw, bunt i, jeden Pan Bóg wie, co jeszcze. Słuchałam tych jego pieśni z kraju „gdje tak wolno dyszit czieławiek” i dusiłam się tak jak on tym nieszczęsnym słowem „dyszit”, które, zupełnie niewiadomo dlaczego, tłumaczyło się w języku polskim na „oddycha czy żyje”. W jego pieśniach była jego i nasza tęsknota za wolnością, której my przede wszystkim nie umieliśmy ani opisać ani sprecyzować. Byliśmy, a kto wie czy dalej nie jesteśmy, tym ptaszkiem urodzonym w klatce z fraszki Krasickiego, który żyć na wolności nigdy się nie nauczył. Wolność dla nas to była kompletna abstrakcja. Nie umieliśmy jej sobie wyobrazić. Dodatkowo nie wiedzieliśmy, że nie jesteśmy do niej przygotowani, że będziemy musieli nauczyć się w niej i z nią żyć. Większość obywateli krajów uwolnionych od zniewolenia nie nauczyło się w tej nieokreślonej, wytęsknionej i wywalczonej wolności żyć do tej pory! To nie tak miało być! Do licha z taką wolnością! Jak to tak nagle żyć ze strachem, że może nie być pracy, lub że ta praca jest ale od rana do wieczora i w dodatku traktowana na poważnie. Jak żyć bez kwiatków, koniaczku, wstawiennictwa kuzyna, chorobowych na L4, sanatoriów. To dopiero rewolucja! Rewolucja gorsza od tej październikowej. Jak można tak żyć, bez wczasów pracowniczych, z góry określonych podwyżek, awansów, kolejek, zaprogramowanych emerytur. My chcemy „dyszit”, bo my znamy „dyszit” i my chcemy „nazad”!

Bułata Okudżawę kochali intelektualiści, Wołodię Wysockiego wszyscy; cała Rosja a nawet spora część świata. Wszyscy o nim mówili! – bo to i żona, Marina Vlady, francuska aktorka rosyjskiego pochodzenia i on, aktor filmowy i gwiazda teatru „Na Tagance”. Wołodia Wysocki – poeta i pieśniarz, który pił, pił okropnie, aż w końcu umarł. O tym jego piciu szeptało się beztrosko a nawet z podziwem - wot, mołodiec! Żadna ze znakomitości nie przyznawała się wtedy jeszcze do jakichkolwiek problemów z nałogami. W takich krajach jak Rosja czy Polska, picie w pracy i w towarzystwie było warunkiem bycia, warunkiem akceptacji! Kto nie pił, był w jakiś sposób podejrzany. Jedynie ciężka choroba i śmierć usprawiedliwiała odmowę walnięcia jednego.

Był rok 1980. Do Wrocławia w ramach tournée po Polsce przyjeżdżał z „Hamletem”, Szekspira, „Teatr na Tagance”. Poleciałam po bilet jak nawiedzona. Hamleta miał grać Wołodia Wysocki. Bardzo chciałam zobaczyć go na scenie, na żywo. Wysocki zachorował w Warszawie i do Wrocławia nie przyjechał. Teatr „Na Tagance” zaprezentował jedną ze sztuk Majakowskiego. Przedstawienie było znakomite a Wołodia Wysocki zmarł niedługo potem.

Już tu w Filadelfii w jednej z rosyjskich księgarni pożyczyłam kasety z filmami, w których grał Wysocki a także film biograficzny o nim. Taśmy nie były najlepszej jakości i prawdę mówiąc trochę się Wysockim - aktorem rozczarowałam, ale w filmie dotyczącym jego życia, powtarzały się wypowiedzi innych aktorów z nim występujących o jego niezwykłej charyzmie. Ludzie przychodzili na niego tłumami. Przychodzili intelektualiści, mieszczuchy, robotnicy, chłopi i baby. Wszyscy! Bywało, że prawie nie słuchali występujących przed nim, bo czekali tylko na niego. Kiedy Wołodia Wysocki wychodził na scenę, ludzie płakali, klaskali, krzyczeli a potem w ciszy chłonęli każde jego słowo, każdy gest. Wierzę, że tak było! Są aktorzy, pieśniarze, muzycy, którzy mają to coś, czego ja jednym właściwym słowem nazwać nie umiem, co przenosi się na tłum tylko w bezpośrednim kontakcie. Coś, co pozwala im mieć władzę nad tym tłumem tak długo, jak długo tego chcą. Coś, czemu ten tłum nie może się oprzeć. Wołodia Wysocki niewątpliwie to coś miał.

Środa, 28 maja, 2003

Około 8 rano wychodzimy z domu. W drodze do metra na chodniku przebijamy się przez tłum mężczyzn oferujących nam kupienie różnego rodzaju monet. Chodnikowy klub numizmatyków na świeżym powietrzu. Będę ich mijać codziennie w drodze z i do stacji metra. Po pewnym czasie rozpoznają mnie i już niczego mi nie oferują wiedząc, że monet nie kupię. Kierujemy się z ojcem Jerzym do metra. Ja w strachu, ale z determinacją. Przy wejściu do metra sprzedawcy z różnymi towarami. Moją uwagę zwracają samotnie stojące staruszki z pęczkami konwalii. Staruszki mnie wzruszają, konwalie rozczulają. Przechodzimy przez automatyczne biletomaty. Wskakuję niezdarnie na schody ruchome. Płyną szybko, stromo i głęboko. Kurczowo trzymam się poręczy. Straszno, mimo że stoję za ojcem Jerzym, żeby nie widzieć głębi. Nie mogę zrozumieć tych, co biegną schodami na dół obok nas stojących. Metro moskiewskie na pewno należy do najlepszych i najsprawniejszych na świecie. Stacje są czyste, przewiewne a kolejny pociąg pojawia się natychmiast za tym, który odjechał. Ja zresztą w miarę upływu czasu zaczynam się przyzwyczajać się do szybkości i stromości tych schodów. Do tej głębokiej otchłani, w którą mnie te schody wiozą. Za każdym razem coraz mniej kurczowo trzymam się poręczy i coraz więcej widzę wokół nie zwracając uwagi ani na stromość ani głębokość schodów – ruchomej bramy do moskiewskiego metra.

Jedziemy z ojcem Jerzym na Dworzec Białoruski odebrać od kogoś, kto przejeżdża przez Moskwę zaproszenie niezbędne do uzyskania dla mnie wizy na Białoruś. Ojciec Jerzy biegnie do pociągu, do określonego wagonu, by odebrać zaproszenie. Zostaję przez chwilę sama. Stoję blisko wejścia na perony i co chwilę podchodzi do mnie ktoś oferując mi kupno czegoś. Kiwam odmownie głową, rękoma a jak nie pomaga, obracam się dookoła własnej osi tracąc z oczu nagabującego. Czasami muszę wykonać parę takich piruetów aby pozbyć się natręta. Ojciec Jerzy wraca z zaproszeniem i oddaje mnie pod opiekę Gali i Saszy, którzy mają dowieść mnie do Białoruskiego Konsulatu, by złożyć wniosek o wizę białoruską.

Koniec części siódmej