![]() |
![]() |
|
|
|
|
|
|
Nr 57,
Marzec
2004 |
|
| str. 9 |
- NIE MINĘŁO NIC, PRÓCZ LAT. LISTY SZYMONA KOBYLIŃSKIEGO DO ALEKSANDRY ZIÓLKOWSKIEJ -BOEHM. Aleksandra Ziółkowska-Boehm |
|
NIE MINĘŁO NIC,
PRÓCZ LAT LISTY SZYMONA
KOBYLIŃSKIEGO DO ALEKSANDRY ZIÓLKOWSKIEJ-BOEHM (Cała
korespondencja ma się ukazać w książce p.t. Nie minęło nic, prócz lat”.
Okładke
przygotowuje Weronika Kobylińska, wnuczka Szymona azb) (odcinek 9) 25. Wieś
Gniazdowo, 21.marca 1996 Oleńko Boehmiła! Z podanych tu w
nadruczku adresów ciągle jeszcze – niestety – aktualny jest ten
pierwszy i nie
możemy się doczekać, kiedy zacznie obowiązywać drugi... Za miły list
dzięki wielkie, no i masz rację, że nie ma co się rozpisywać o ponurej
sytuacji
politycznej w kraju, gdzie czerwoni od nowa zaczęli rabować, grabić i
kraść na
potęgę, wykorzystując czym-prędzej swoje nowe, poszerzone stanowiska.
Trzeba
przeczekać co najmniej kadencję złowrogiego „magistra”, któremu wedle
protokołu
królowa musi dać order i w ogóle podać mu rękę, skoro tu nie zastała na
miejscu
Wałęsy, Grzegorza Dyndały, co to sam sobie tego piwa nawarzył No, ale
właśnie o
tym wszystkim nie mówmy! Powiadasz jak
najsłuszniej, że powinienem dla „Dziennika” pisać o osobach wartych
wspomnienia
– ale właśnie przez czas pewien akurat takie teksty im wysyłałem, z
czego kilka
nawet wydrukowali. Gdy jednak pytałem wieloma listami, czy mam dawać
następne
portrety różnych malowniczych rodaków, nie było żadnej, absolutnie
żadnej
odpowiedzi. Jedyny znak, iż coś czasem (lecz nie mam pojęcia, co??)
publikują,
to są czeki na zabawnie drobne sumki, wszelako nadal bez najmniejszego
słóweczka... Wyłącznie Twoje informacje, wycinkami poparte, dają mi
znać o
mojej sytuacji w „Dzienniku” – na przykład takiej, że przedrukowali raz
felieton z „Życia Warszawy”. Czy wobec tego chcą przedrukowywać inne?
Dlaczego
nie dali wtedy rysunku, stanowiącego integralną całość z tekstem, ba!
wymienionego w tym tekście – też nie wyjaśnili. Jednakże, sądząc po
owym
przedruku, najwyraźniej mają dopływ naszej prasy z tymże „Życiem W-wy”
łącznie.
Gdybyż to się udało wydobyć z redakcji bodaj słówko! Co się tyczy
mojej książeczki dla dzieci, posyłam Ci taką w załączeniu. Są to jednak
tylko
drobne wierszyki w drobnej liczbie, ot, zabaweczka taka. Zbytnią zaś
jesteś
optymistką – za co zresztą Ci dziękuję gorąco! – sądząc, iż mi
„Dziennik”
pomoże w rozprowadzeniu po USA tych strofek. O wiele, wiele
istotniejszą sprawą
byłoby rzeczywiste spopularyzowanie mego podręcznika historii, który
oczywiście
masz od dawna, a który przydałby się rzeszom dorosłych Polaków po całym
świecie, jako pierwszy po wojnie, jedyny wolny od czerwonej cenzury
SKRÓT
naszej historii z obrazkami i z ciekawostkami wszech epok. Dawno już
usiłowałem
wpłynąć na „Dziennik”, aby przynajmniej dali informację, że coś takiego
powstało, że może służyć krzepieniu polskości na wychodźstwie, i że
jest do
nabycia – etc etc etc. Tu także głuche, wieloletnie milczenie było mi
jedyną
odpowiedzią. Danka tymczasem,
może pod Wielkanoc, zaczęła gruntowne porządki w przeogromnych górach
papierzysk, jakie zalegają nasz dom. I co chwila odnajduje jakieś dawno
zapomniane książki, notatki, śmiesznostki. Dla odprężenia masz tu oto
kilka
ogłoszeń, jakie kiedyś kolekcjonowała w osobnym zbiorku. Weźmy na
chybił-trafił: Teatr Ateneum
zawiadamia, że ze względu na nagłą chorobę aktorki w dniu 5 grudnia br.
zamiast
sztuki „Szewcy” będzie grana sztuka „Taniec śmierci” – – – Potrzebne
małżeństwo
do hodowli macior – – – Lokówki do włosów z kulką – – – Dyrekcja Teatru
na Woli
zawiadamia, że z powodu zaprószenia ognia w gmachu i uszkodzenia części
wykładziny podłogowej – odwołuje przedstawienia sztuki „Gdy rozum śpi”
– – –
Osiołka i folię niebieską sprzedam – – – (Z PARTYJNEJ TRYBUNY LUDU,
1978:)
Wymiana handlowa, a ściślej mówiąc – współpraca gospodarcza ze
Związkiem
Radzieckim – jest trwałym czynnikiem rozwoju naszej recesji i
protekcjonizmu,
które występują ostro na rynkach większości przemysłowo rozwiniętych
krajów...
– – – Zginęła mi dolna szczęka na ulicy Olbrachta – – – Poszukuję dwóch
miejsc
w samochodzie do Paryża ew. innego kraju – – – Orła z rozpiętymi
skrzydłami,
1,5 metra sprzedam lub zamienię na dywan wełniany – – – Sprzedam skóry
z lisów
niebieskich na kurtkę, lisa (zwierzątko) lub butlę gazową 11 kg
zamienię na
dywan 5-4 m – – – i tak dalej, i tak dalej. Ha, jeszcze jedno, signum
temporis
z dna peerelowskiego kryzysu: – Jak informuje Wydział Handlowy od dziś
1 bm.
zostają wprowadzone specjalne, dodatkowe bony na wielkanocne baranki z
cukru.
Bony już od godz. 8 wydają zakłady pracy, a dla osób nie pracujących,
emerytów
i rencistów – administracje. – – – No i właśnie ci,
co wybrali Kwaśniewskiego na prezydenta, marzą by wróciły tamte czasy!
Och,
gdyby ich można było wymienić na osła i niebieską , folię!!... Cieszę się, że
oposy wróciły do Twej jadłodajni. Natomiast martwię się Twoimi
kłopotami, m.in.
finansowymi w Polsce, a może też jakimiś innymi, których nie znam, lecz
które –
być może – są powodem odmiennego niż wcześniej toku narracji w Twym
liście. Ten
ostatni wygląda, jakby był pisany w stresie – choć dziwić się trudno,
kiedy
dziecię hula zbyt daleko od Mamy... Nie bój się; przez samo głębokie
zaufanie
do losu i jego szampańskich atrakcji w Katmandu czy na Cejlonie – dobre
duchy
będą sprzyjać Tomkowi jak zawsze. Znamy to, ach, jakże dobrze znamy z
własnego
doświadczenia. Teraz Maciek już stateczny, mocno łysawy pan z bródką.
Przed
godziną byli u nas z Weroniką, a w sobotę specjalnie zjawi się Maksio
na lekcję
historii u dziadka. Których to zabaw i Tobie, Wam życząc – pozdrawiam
najserdeczniej, przednówkowy
Szymon 26. Wieś Gniazdowo,
10 kwietnia 1996 Oleńko Boehmiła! Twój list
wędrował od 30-III do 9-IV, no, ale w środku, były święta i życie
stanęło na co
najmniej dwa dni, więc można liczyć, że samego wojażowania koperty było
dni
osiem, co nie jest jeszcze najgorsze. Wielkie dzięki za
dobre słowo o moich bajkach, jak i za podpuszczanie, bym tworzył tak
dalej...
Nie jestem pewien, czy się za to złapię, bo takie różne strofki są mi
jeno
czymś w rodzaju ubocznej wydzieliny rozmaitych nastrojów – a te ze swej
natury
lubią być zmienne. Kiedyś machnąłem cały tomik bardzo nieprzyzwoitych
utworków
mową wiązaną, udając że to pisze młoda kobieta, ale Ci nie zacytuję, bo
nie
wypada gorszyć cnotliwych dziewczynek. Co najwyżej – czy najniżej? –
zacytuję
fraszkę, jedną z kilku, jakie opublikowałam w pieprznym tomiku fraszek
tego
gatunku od XV do XX wieku – a konkurując z Kochanowskim rzekłem, iż Słyszało raz
dziecię, że pani sąsiadka od łoża i stołu gna męża gagatka. Zdumiało się
dziecię w nieletnim
rozumie i pyta: „Czy pan ten jeść także nie
umie?!?” ...Ale to bodaj
najłagodniejsze z takich dzieł. No, ostatecznie mogę Ci na ucho
przekazać jeden
z rymelików (to taka odmiana limeryku) rycerskich, choć już nie jestem
pewien,
czy wypada – Z Garbowa Zawisza
Czarny był czasem bardzo
wulgarny i kiedyś rzekł:
„Kurwo, do kata, twa noga nazbyt
włochata!” – Nie spostrzegł,
że mówi do sarny. Więc jak widzisz,
obsługuję nie tylko dziatwę. Aby Ci wszakże wynagrodzić spotkanie z tak
grubymi
żartami, przekazuję strofki całkiem już serio, np. kawałek pt. LIRNICY: I zagrały mi
trawy Leśmianem, zaszumiały mi
Tuwimem drzewa, Staffem deszcze
zadzwoniły szklane, Jasnorzewską mi
ptaszek zaśpiewał. I Szymborską
żartowała boleśnie I Herbertem
warczało rozumnie; poetami, co mówią
za wcześnie – i za późno: jak
szarfy na trumnie. Albowiem, biorąc
ogólnie, to jest bardzo smutno, tylko się człek dowcipaskami zagłusza i
zagłusza. Lepiej rozprawiać
o oposach, tak trafnie przez Ciebie nazwanych opasami. Akurat była u
nas
Weronisia, kiedy przyszedł list (przygotowywała razem z dziadkiem
wypracowanie
z historii o gułagu i Auschwitz). Zachwyciła się tym opasem, który je
kolację i
wybłagała, by dostać zdjęcie. Inna sprawa, że nie musiała bardzo
błagać, bo
praktycznie każde życzenie wnuków jest nam rozkazem... Na szczęście one
zdają
się o tym nie wiedzieć i zawsze bardzo dziękują, kiedy się spełni ich
prośby.
Życzę Ci takich wnucząt! Muszę Cię wszakże zmartwić: – oto Tomek już
jest w tej
chwili starszy, niż był Maciek, poznający swą obecną żonę Ewę. Cóż,
inne
charaktery; – nasze dziecko od wyjątkowej maleńkości miało, jak mawiał
pan
Zagłoba, „w kościach do białogłów ciekawość”. a Twoje dziecię raczej
się w wojażach
wyładowuje. Ho, chyba, że znajdzie raptem jakąś olśniewającą „hrabinę z
Hongkongu”, albo inną przepiękną Aszantkę. Przypomnij sobie Arkadego
Fiedlera i
jego gorącą wieś Ambinanitelo z radosnym ptakiem dongo. Już więc nawet
nie
licząc Beniowskiego – literatura stwarza w tej materii niejakie
nadzieje na
zostanie babcią. Zagadką są dla
nas słowa z Twego listu, brzmiące: – „...Smaczne są te kąski
wynalezione przez
Danusię – koniecznie zrób z tego cały felieton! Uśmiałam się w
samotności, bo
nawet nie byłam w stanie przetłumaczyć nikomu”. Zachodzimy w głowę, o
co może
tu iść? A felieton z pewnością napiszę, o ile już nie napisałem, gdyż
wszelkie
teksty ciekną ze mnie ciurkiem, głównie w listach, ale i sporo do druku. Żałuję, że
dopiero pytasz, czy się zgodzę na korespondencyjne udzielenie wywiadu
etc. A
cóżby mogło stać na przeszkodzie?!? – Toteż szkoda, że od razu nie
wysłałaś
odnośnych pytań, a już w tej chwili, zamiast wyrażać bieżące żale,
wystukiwałbym skwapliwie odpowiedzi... Najlepiej takie rzeczy wychodzą
z
zaskoczenia, „z podrywki” jak mawiają myśliwi, znienacka. Nigdy nie
przygotowuję z góry wypowiedzi radiowych, czy telewizyjnych, albo do
gazetowego
interview’u, bo by mi wena oklapła. Natomiast niespodzianka działa
pobudzająco,
żwawiej się myśli i kojarzy, jest zabawniej. A wdzięczny
jestem za dalsze inwestowanie Twej fatygi w kontakty z tym nowojorskim
„Dziennikiem”. Oczywiście Julita łże w żywe oczy, iż cokolwiek w ciągu
ostatniego roku napisała (a może już dłużej trwa jej milczenie?). Na
żadne z
bardzo licznych pytań, słanych ogólnie na redakcję i do niej
personalnie – też
nie było ani słowa responsu. Co najwyżej nadesłany w milczeniu czek z
jakąś
symboliczną sumką, nie wiadomo co kwitującą. Napiszę zatem, dziękując
za dane,
do owej pani Gieruszczak, lecz też nie obiecuję sobie po niej zbyt
wiele, jeśli
idzie o odpowiedź tekstem. Oni wszyscy już tacy są, że nie
korespondują. A
książkę do historii mają u siebie od dawien dawna, już ją sto razy
wyrzucili z
makulaturą, nie zareagowawszy na żadne moje pismo. – No i nie bardzo
pojmuję,
dlaczego mnie Julita (jak powiadasz w liście:) „nie da wiary w
korespondencyjne
możliwości wywiadu”, podczas gdy ta forma jest jedną z banalniejszych i
oczywistszych form ułatwiania sobie pracy dziennikarskiej. Toż byle
ankieta
jest właśnie swoistym wywiadem na piśmie! „Co pan jada na podwieczorek?
Czym
pan czesze brodę?” etc. Wypełniam rubryczki i gotowe. Tym
sympatyczniej, jeśli
są to pytania, podsuwanie problemów autorstwa kogoś pomysłowszego, niż
potoczny
ankieter. Na co właśnie
liczę. A tymczasem pozdrawiam(y) serdecznie Cały Zespół – z opasami
łącznie – Szymon(owie) PS. Do Gniazdowa
pojedziemy chyba z końcem kwietnia, ale pisać można na dowolny adres,
bo poczta
przeadresowuje jak należy PS2.Danka sobie
przypomniała, że te „kąski” to wycinki ogłoszeń! 27. Wies Gniazdowo,
Na Zofiję 1996 Oleńko Boehmiła! Czy Cię, ten mój
list złapie, gdy go wyślę na „tymczasowy adres” w amerykańskiej
Florencji?
Zapewne złapie, bo istotnie – jak powiadasz – między nami wszystko, co
wyślemy,
dochodzi do adresata. Z panią Julitą było czemuś inaczej, nie nam
pojęcia
dlaczego, toteż gdy wreszcie ostatnimi czasy dostałem wreszcie od niej
wiadomość (plus xero poprzednich jej pism, uprzednio mi nie znanych),
to
odpisałem, że obustronnie korespondencję wchłaniały jakieś tajemnicze
czarne
dziury kosmiczne, niczym racjonalnym niewyjaśnialne... Ozwała się
skutecznie
dopiero wśród pretensji, żem się zwrócił (za Twoją poradą) do p.
Gieruszczak,
co dotarło, choć adresowałem identycznie, jak cały czas wcześniej.
Słowem jedna
ogromna zagadka US Mail’u. Dobrze, że zakończona; – obecnie
przygotowuję
materiały wedle życzenia „Dziennika”. A książki, o
której mówisz, iżby ją wysłać, nie mogę przekazać z napoleońskiej
przyczyny: –
już jej do ofiarowania nie mam. Od dawna leży w redakcji „Dziennika”,
nie
skwitowana ani słówkiem... Może mi się uda jeszcze taką kupić – a mam
na myśli
„Dzieje Polski” – lecz ciort wie, kiedy. Tu już jej nie sprzedają,
wydawnictwo
zamknęło kurek z jej drukiem, bo też jest ona ostro antykomunistyczna,
co dziś
niemodne na naszej ziemi. Wprawdzie dyrektor wydawnictwa, gdym go
personalnie
dopadł, przysięgał, że nic podobnego, ale fakt nieobecności podręcznika
w
księgarniach – przedtem nie istniejący – zaistniał wszędy. Już się tam
ktoś o
to postarał, nawet bez „teorii spiskowej”, lecz zwyczajnym trybem
usuwania
konkurencji. – Owa Mme Gieruszczak powinna z urzędu posiadać
egzemplarz, ongiś
dostarczony, łącznie z najpozytywniejszą o nim opinią Mr prof.
Zbigniewa
Brzezińskiego, prezydenta na uchodźstwie Ryszarda Kaczorowskiego oraz
prezydenta Lecha Wałęsy (jeszcze z Belwederu). Ta trójca aprobantów też
nie
skłoniła do jakiejkolwiek recenzji, więc nie sądzę, aby teraz nagle
rzecz mogła
odżyć. Z innej beczki,
też przez Ciebie poruszonej: – owa Maćka „do białogłów ciekawość”, to
nie cecha
pana Zagłoby, ale opinia pana Zagłoby o ludziach w maju urodzonych;
konkretnie
miał za takowego Bohuna. I powiedział mu to, kiedy jechali obaj do
Rozłogów,
gdzie watażka wnet pobił Kurcewiczów. Nie wiem wszakże, z jakiego
miesiąca jest
Tomek. Możliwe, że z jakiegoś odległego od maja, toteż ta ciekawość
jakoś mu
niezbyt urosła. Niemniej masz to jak w banku: – przyjdzie nagle chwila,
kiedy
go jakoweś dziewczę oszołomi i razem Cię wnukami obsypią! To doprawdy
najwspanialsze zjawisko świata, nic mu nie dorówna. Przyjechaliśmy tu
z końcem kwietnia i wnet za nami zjawiła się dziatwa, bo primo był
„najdłuższy
weekend Europy”, a secundo matury w ich szkole, której budynek młodsi
ustąpili
starszym. Razem ze dwa tygodnie. – Fizycznie nas to spruło dość
dokładnie, bo
już nie te lata, nie te oczy, każdy krok jest zdobyczą, a
przyspieszenie tempa
ogromnym, kosztownym sukcesem... Doszedłem bowiem
do stanu mniej więcej takiego, w jakim był Wańkowicz tutaj nad Liwcem.
Gdy to –
obudzony z poobiedniej drzemki naszym przyjazdem – ukazał się w formie
nieco
galaretowatej, aby potem, w fotelu na werandzie, tężeć powolutku,
zbierać się
do kupy i ożywać przy rozmowie. Zresztą i dużo młodszy pieśniarz
nazwiskiem
Szczepanik: (sławne „Kormorany” i „Żółte kalendarze” – pamiętasz?)
rzekł
kiedyś, że mnóstwo czasu zabiera mu co rano „reanimacja”, zanim
rozpocznie
kolejny dzień. Otóż to. A któryś Francuz dodał, iż człowiek jest zawsze
młody,
tylko przez coraz mniejszą liczbę godzin w ciągu dnia... Natomiast sercowo
i emocjonalnie Weronika z Maksiem są dla nas permanentnym balsamem dla
ducha i
uczuć. Ich wyborne, wysublimowane poczucie humoru i czułość, połączona
z
usłużnością pełną ciepła, to doprawdy wielkie dary losu. Chłopak w
szkole uczy
się jak sam Einstein, to znaczy kiepsko, w codziennym wszakże życiu
nabiera
coraz efektowniejszej błyskotliwości, szczególnie w sferze humoru
czarno-absurdalnego, czyli najcieńszego. Wisi w mej pracowni jego
rysunek,
osobiście przez autora umieszczony na ścianie, gdzie widnieje
karykaturalny
facecik z otwartym (skalpelem, czy nożyczkami) wnętrzem, dzięki czemu
widać
drugą warstwę papieru z wizerunkiem splątanych wątpi, a całość ma duży
podpis:
„Dziwny okaz Kleovasa”, przez V. W sumie czysty, jak sama nazwa
wskazuje,
pure-nonsens, faworytny gatunek jego żartów. W albumie zaś mamy
wlepiony
zeszłoroczny, szeroko machnięty akwarelą wizerunek rozczapierzonego
gościa,
mającego na odsłoniętym torsie wielki napis POLAK i będącego
skrzyżowaniem
Wałęsy z Rejtanem – a więc ekstrakt narodowego charakteru... Weronika przy
swych 15 latach zdążyła zebrać olbrzymią, fachową bibliotekę
hippoznawczą z
całego świata (tu grają koneksje dziadka, ale i jej koński magnetyzm!),
niezależnie od przeszło półtysięcznej kolekcji odnośnych pocztówek.
Odezwał się
i uzupełnił zbiory, wyobraź sobie: – praprawnuk w najprostszej linii
samego płk
Andrzeja Niegolewskiego spod Somosierry, konkretnie kapitan żeglugi
wielkiej,
Felicjan Niegolewski. Również nadesłał różne fotki, jak to odwiedzał
sławny
wąwóz przodka, co opatrzył uwagą: „Zdobyłem ten wąwóz w 70 koni
(mechanicznych)”. Do tego zdjęcie umieszczonej tam tablicy pamiątkowej,
na
której Hiszpanie obok polskiego tekstu dali swoje wyrazy czci dla „los
heroes
Polacos”... To się nazywa rycerskości! Panna poza tym
okazała się – już – wytrawną malarką i rysowniczką, za miesiąc zdaje do
liceum
plastycznego, uznana przez odnośnych pedagogów za fenomenalnie
uzdolnioną.
Puchniemy z dumy i zdumiewamy się jej zaskakującą dojrzałością
artystyczną, nie
tylko w tematyce końskiej, ukochanej, ale i w malarstwie kwiatów,
starych
ludzi, krowich czaszek i innych studyjnych modeli. Jak dobrze jest
dożyć
podobnych śliczności! Życzę Ci tego jak najserdeczniej, a po impecie
życiowym
Tomka sądząc, będzie co dziedziczyć, już o Babce nie wspominając... Tymczasem zaś
pozdrawiam wiosennie i bukolicznie, Kłaniam się
Szymon PS. Opowiedz nam
coś jeszcze o tym księdzu, bo on tutaj jakoś nam nie konweniuje... 28. Wieś Gniazdowo, 4
czerwca1996 Oleńko Boehmiła! Przyfrunął
liścik, thank you, ale wygląda na to, że jednak mój poprzedni się
gdzieś
zagubił, bo nie wyglądasz na poinformowaną, że z Mme Julitą już mam
kontakt. I
że do bibliotecznej pani G. pisałem na poły pytająco, na poły
meldująco, a w
końcu właśnie pismo do biblioteki „Dziennika” odniosło efekt. Nie ma co
więcej
się tym wszystkim przejmować – jak ja się przestałem emocjonować
faktem, iż mój
podręcznik „Dzieje Polski”, mający wszelkie dane na robienie kariery w
kręgach
polonijnych, został kompletnie zignorowany przez „Polish Daily News”...
–
jedziemy dalej. Konkretnie: – rozpocząłem, tym razem już z wyraźnej i
pisemnej
inicjatywy P. Karkowskiej, cykl, który nazwałem próbnie „Przygody
obyczaju”, i
który stara się ukazywać styk epok odchodzących z nadchodzącymi. Na
przykładach
różnych ludzi w Polsce. Trzy wstępne odcinki już wysłałem, każdy, jak
chciała,
zilustrowany. Co tyczy „do
białogłów ciekawości” urodzonych w maju, to akurat ja sam, jak mój syn
i wnuk,
wszyscy jesteśmy z tego właśnie miesiąca, a nasze zainteresowanie płcią
są zda
się, bardzo rozmaite... O ile można już tu wliczać jedenastolatka, ale
chyba
można; w jego wieku kochałem się na zabój w Jeanette McDonald (istotnie
prześliczna aktorka MGM, co to „z kobiet – dużą blondyną ty bądź!”), a
zaraz
potem w innej jasnowłosej i kurnosej, piekielnie sexy, która grała z
Tyronem
Powerem w filmie „Chicago” o pożarze tegoż miasta. Zapomniałem jej
nazwiska i co zabawne, nigdy, absolutnie już nigdy nie natknąłem się
ani na nią
w jakimkolwiek filmie, ani na fotos z nią, czy inny obrazek... Niemniej
pamiętam dziewczynę od stóp do głów, jak i to, że wbrew zakazowi
wprowadzania
dziatwy na to do kina, przeszwarcował mnie na salę stryjaszek. Maciek z
całą
pewnością był ogromnie kochliwy i romansowy, uspokoił się dopiero po
ślubie,
czyli że opinia Zagłoby w tych wypadkach pasuje. Niemniej, jak każde
uogólnienie dowolnego gatunku, trzeba to brać cum grano salis. Wnuczka Weronisia
zdaje akurat egzaminy do liceum, a ściślej: do dwu liceów naraz.
Ogólnokształcące już zaliczyła, teraz ważą się losy plastycznego, do
którego
pójdzie, jeśli dobrze wypadnie. Jeżeli źle, zostanie przy „ogólniaku” –
ale
sądzę, że będzie jak należy. Historię sztuki już ma pozytywnie za sobą,
a o
ćwiczenia rysunkowo-malarskie jestem zupełnie spokojny. Jej bieżące
kompozycje
i studia aż lękiem przejmują, iż panna ledwie piętnastoletnia, a
dojrzałość
artystyczna w niej na wyrost, pełna znaczeń i samokontroli...
Zawiesiliśmy tu
na ścianie malowane akwarelą z natury (z babcinej grządki) tulipany,
które zadziwiają
każdego, kto to ujrzy – tak swobodną, polotną techniką malarską, jak
tzw.
„głębią perspektywy powietrznej”. Dziewczyna wpadła
tu do nas na chwilkę późnym wieczorem, z ojcem, aby wręczyć kolejną
podopieczną: młodziutką sroczkę imieniem Klotylda czyli Klocia.
Uratowali ją w
przydomowym – pięknym skądinąd – ogródku na Saskiej Kępie, bo kot już
niemal
miał małą w pazurach. Marzymy, aby nauczywszy się samodzielnie jeść, do
czego
jeszcze bardzo daleko, oraz fruwać, do czego dużo bliżej – odleciała
sobie w
siną dal. W końcu był u nas taki szpak (1967), który od półnagiego
pisklęcia
przebył do wieku w pełni dojrzałego, a więc do końca lata i z całym
splendorem
dołączył do chmury pobratymców na niebie Kazimierza Dolnego. A był do
tego
stopnia oswojony, że całe dnie obsrywał nam głowy i raniona, wkładał
łebek
Dance do ust, całował czule w wargi i w ogóle był przytulas. Kiedy
jednak udał
się na spacer (np. nad Wigrami, w towarzystwie całkiem dzikich kumpli),
to
gdyśmy się przypadkiem spotkali w lesie, meldował, że to on, zbliżywszy
się z
całym zaufaniem i charakterystycznym gaworzeniem, poczym mówił: „No,
lecę do
ferajny!” i pruł za tamtymi. Tomy o nim można pisać, z czego już sporo
opublikowałem tu i ówdzie. Były też liczne
kawki, gołębie etc, niekiedy z tragicznymi finałami („La mort – c’est
la vie!”,
jak mówiła Magdalena Samozwaniec), ale wiemy, że odhodowanie dla
samodzielności
potrafi się udać. I na to chcemy też liczyć w przypadku Kloci. Czy dodaję sobie
lat? Zapewne tak, Danka twierdzi od dawna, że nawet na pewno, ale bo
też sprawa
nie zależy od kalendarza. I nie całkiem od stanu fizycznego, choć tu
akurat
należę do pełnych niezgułów, ostatnio z tzw. wieńcówką i po pierwszym
ostrzeżeniu wylewowym – ale w ogóle nie czuję żadnych dolegliwości.
Tyle, że kiepsko
łażę. Natomiast potwornie się samym sobą, i to nie od dziś, znudziłem.
To
bardzo zniechęca i przetrąca, stąd galaretowatość, zwłaszcza po
obudzeniu się;
– o wiele młodszy Szczepanik (ten od kormoranów i żółtych kalendarzy,
co Ci
chyba już meldowałem) użył w jakimś wywiadzie sformułowania: „... kiedy
po
porannej reanimacji podejmuję kolejny dzień.,.” Otóż to. Żrę, oczywiście,
garstki pigułek co dnia, wedle odpowiedniego harmonogramu,
przestrzeganego
przez Dankę, lecz to jest normalne. Gorzej z programowaniem siebie i
swej
pracy, tu czuję i wiem, że niczego szczególnie istotnego już nie
zdziałam,
niczym specjalnym już służyć nie potrafię, prosperuję tedy siłą
rozpędu. Tak
jak ten facet, co po biegu maratońskim przeskoczył jeszcze wysoką
poprzeczkę,
na co ktoś rzekł: – Ba! Po takim rozbiegu...” Rozbieg mam właśnie
spory, toteż
różne poprzeczki pokonuję, ot i cała zabawa. Bóg zapłać
(he-he!) za informacje o księdzu, które jak najbardziej potwierdziły
nasze
tutaj obserwacje, o co mi właśnie szło. Nic z tego praktycznego nie
wynika i
nie wyniknie, po prostu chcieliśmy się upewnić w sądach, no i się
upewniliśmy.
Dużo gorzej z jego – dziś już wręcz złowrogim – bratem, który mi się
potrafił
zarekomendować, jako (dosłownie! Serio!) „trzecia osoba w państwie”.
Gdy mu
powiedziałem szczerze, iż w miarę przystrzygania brody niegdysiejszego
wspaniałego Wernyhory SOLIDARNOŚCI, grzęźnie w służalczości wobec
czerwonych,
odparł zupełnie poważnie, że skądże znowu, walczy przecież z nimi
zajadle,
konkretnie teraz o... lepszy lokal dla ambasady ukraińskiej. Ale czy i
tego też
Ci nie opowiadałem? Skleroza (no widzisz, widzisz!) tłucze z każdym
dniem
dotkliwiej. Najpaskudniejsze zaś w całej historii jest to, że wedle
rankingu w
istocie figura ta plasuje się w czołówce ludzi najpopularniejszych.
Upiorne; –
to tuż po, proszęż ja Ciebie, Kwaśniewskim. A i Oleksy też na niezłe
notowania.
Do czego to doszło?!? Nader mi miło, że
– jak czytam – lubisz Stany południowe. Ja bym też je wolał od
północnych, bo
cieplejsze. Niedawno na jakimś egzaminie spytano kandydatki na
studentkę
historii, czym się różnił wygląd powstańców styczniowych od
listopadowych (jak
wiesz, ci drudzy byli oficjalnie umundurowani i tworzyli regularne
jednostki
wojskowe w jednolitych dla każdej broni uniformach) na co panna
odparła:
„Styczniowi byli ubrani cieplej”. Toteż i w kwestii Południowej
Karoliny także
wołam: – „Vive la petite diffèrence!”, jak głosi prastary dowcip. Zalepiam tu i
ówdzie jakiś fragment tekstu tekstem poprawionym, bo nie zdobędę się z
pewnością – acz mi to różni radzą – na komputer, jako maszynę
pisemną... Za
duży wysiłek psychiczny. Savannah znane
jest z urody od czasów Pułaskiego, ładnie mu się tam, malowniczo
poległo. Czyż
to nie prawidłowa forma od „polec”? Świeżo opublikował ktoś u nas –
jakże znany
– obraz, nie pamiętam jednak czyj, taki ze wspinającym się karym koniem
pana
Kazimierza, jako – atak polskiej husarii... Chyba to jakiś Amerykaniec
malował?
W każdym razie warto zaznaczyć, choć z pewnością już zaznaczyłaś i ja
tu drwa
do lasu noszę, – że Pulasky urządził amerykańską konnicę. Tę przesławną
filmowo
„kawalerią Stanów Zjednoczonych”, która najpiękniej szarżuje u
Beatlesów w
„Yellow Submarine”, pamiętasz? Czy wolę
„bardziej sceptyczny i drwiący tok narracji”? Oczywiście, że wolę! Przy
nim
akcenty wzniosłe i patetyczne stają się bardziej pomnikowe. Ach, jak
dobrze o
tym wiedział niezawodny wirtuoz emocji, Pan Mel! – Toteż, co słusznie
podejrzewasz, „Forrest Gump” zachwycił mnie (– nas! –) przeogromnie.
Spróbuję
po powrocie do Warszawy nabyć kasetę z tym filmem, albo przynajmniej,
jak
„Kabaret”, pooglądać toto jeszcze kilka razy. Tyle tam smaczków! Jak
choćby to,
że firmę APPLE nazwał „jakimś przedsiębiorstwem ogrodniczym” – i
mnóstwo innych
śliczności. „Odry”, o którą
pytasz, jakoś nie czytuję, nie ma jej zresztą w kiosku w Łochowie.
Gratuluję
obecności w paryskiej „Kulturze”! I pozdrawiam(y)
najserdeczniej In Corpore, z ciepłych niczym w Karolinie South ogrodów
pod
lasem Szymonowie |