![]() |
![]() |
|
|
|
|
|
|
Nr 57,
Marzec
2004 |
|
| str. 21 |
- Przystanek Lwów AD 1997. Janusz M. Paluch |
|
Przystanek
Lwów AD 1997 Janusz
M. Paluch Wtulona
dotychczas w
moje ramię dziewczyna ożywiła się wyraźnie. Ala czuje się w tym mieście
dobrze.
Nawet jak u siebie w Krakowie. Opowiadała mi kiedyś o swej rodzinie,
którą
wojna wyrzuciła ze Lwowa. Zawsze, gdy tu przyjeżdżała, odżywały w niej
rodzinne
sagi. Do
Lwowa wjeżdżamy od
Dublan. Jest ciepłe słoneczne popołudnie. Wita nas kamienny lew. Ten
sam, co
kiedyś stał na straży Cmentarza Orląt Lwowskich. Teraz pilnuje
wschodnich
rogatek miasta. Niebezpieczeństwo zawsze nadchodziło stamtąd. Samochody
zjeżdżają z
głównej drogi i pną się pod górę niewyobrażalnie zdewastowanymi ulicami
Lwowa.
Wiozą nas na miejsce, w którym powinny zaczynać się i kończyć wszystkie
wycieczki po Lwowie. Po chwili stoimy na tarasie widokowym Górnego
Zamku...
Lwów jak na półmisku. Jeść go, smakować... –
Czy uwierzysz mi,
że to miejsce kiedyś mi się wyśniło? – mówię do Ali, która patrzy na
mnie
pobłażliwie. Słońce
pomału chowa
się za horyzont. Musimy jechać dalej. Mkniemy
w dół. Wzdłuż
Łyczakowskiego Cmentarza. Widok na Cmentarz Orląt Lwowskich. Odsłonięty
spod
sterty śmieci krzyczy do nas mogiłami bohaterów, którzy poszli bić się
o swe
ukochane miasto. Nagle przejeżdżamy tuż obok mogił, przy ulicy. Groby
pojawiają
się też po drugiej stronie drogi. Rozjeżdżamy kołami naszego samochodu
mogiły
Orląt! Coś ściska w gardle...
Na
Cmentarz prowadzi
nas Ukrainiec. Gena. Wygląda na czterdziestolatka. Mówi o sobie
nacjonalista.
Ważna postać. Szczyci się tym, że nie zna języka rosyjskiego. Był
wielokrotnie
zatrzymywany przez komunistyczne organa ścigania jeszcze za czasów
ZSRR. Na
przesłuchania kazał przyprowadzać sobie tłumacza z języka rosyjskiego
na ukraiński.
Wydaje się to tak nieprawdopodobne! W kijowskiej kawiarni płaciłem
rachunek za
kawę. Młode, zgrabne, tuż po szkole, dziewczę przy ladzie nie rozumiało
mojej
polskiej mowy. I nie dziwota, wszak to było w Kijowie. Zacząłem zatem
mówić po
rosyjsku... Jakież to trudne! –
Izwinitie, ja nie
ponimaju. Ja gawarju tolka na ukrainskom jazykie! – usłyszałem
zadziwiającą
odpowiedź po rosyjsku. Na
Cmentarz Orląt
Lwowskich wchodziliśmy "lewym" wejściem. Nie było czasu na przejście
przez Cmentarz Łyczakowski. Jakaś dziura w siatce. Gena mówił, że tak
jest
zabronione. Ale jemu wszystko wolno. Skoro on może, a my z nim, to i
nam wolno.
Genialne. Chodzimy zatem przy dawnych katakumbach. Kiedyś były w tych
pomieszczeniach jakieś zakłady kamieniarskie, warsztaty samochodowe.
Dzisiaj
zieją pustką. Czekają na renowację. Gdzie
podziały się
prochy tych bohaterów – młodych i starych, którzy szczególnie
zasłużyli, by
spocząć w katakumbach. Ilu ich było! O jednej, ciotecznej siostrze,
opowiadał
mi nieżyjący już uczestnik Obrony Lwowa. Stefania Franiszynówna była
sanitariuszką. Niosła pomoc rannym. Na Persenkówce, nie wahała się
chwycić za
ciężki karabin maszynowy, gdy jego obsługa poległa. Zginęła pod ciosami
ukraińskich bagnetów. Mogiły już nie ma. Pozostała chwała. Gasnąca
pamięć... Spoglądamy
z góry na
rzędy mogił. Przed nami sterczą resztki pylonów. Jak ręce wyciągnięte
ku niebu
z błagalną prośbą o pomstę? O modlitwę? Jak wyrzut sumienia dla tych,
którzy
decydowali o niszczeniu tego miasta. Nie dał im rady ani materiał
wybuchowy ani
czołg. Ruscy zrejterowali. Na nic zdała się złość Breżniewa. I
sekretarz
komitetu partii we Lwowie, który wydał decyzję o zniszczeniu cmentarza
mieszka
nadal na Ukrainie i ma się dobrze. Śmie nawet przyznawać się do
pochodzenia
polskiego. Wot swołocz! Tylko lwy wyrzucili. Dali za wygraną!
Sprofanowali
cmentarz urządzając na nim wysypisko śmieci. Wozili brudy z całego
olbrzymiego
miasta. I to okazało się zbawienne. Wprawdzie pracownicy krakowskiego
Energopolu pod kierunkiem inż. Józefa Bobrowskiego nielicho napracowali
się
przy usuwaniu śmieci. Ale groby przetrwały. Proszę Alę, żeby zrobiła mi
zdjęcie. Ustawiam aparat. –
Czy to wypada,
fotografować się na cmentarzu?! – komentuje z wyrzutem w głosie
zgarniając z
czoła grzywę jasnych włosów. –
To jest takie
szczególne miejsce... – tłumaczę się niezdarnie. Nie
zwraca uwagi na
to co mówię. Przykłada aparat do oka. Znowu coś tam ustawia, co
powoduje moje
obawy, czy fotografia się uda. Podnoszę w proteście rękę. W końcu bez
przekonania naciska spust migawki. I utrwala mnie w dość dziwnej pozie. Zauważam,
że już nikt
się nie uśmiecha. Nawet Ala.
Rozpraszamy
się po
Cmentarzu. Każdy w swoją stronę. Mogiły. Mogiły. Łza kręci się w oku.
Tu
13-letni zginął za Ojczyznę. Tam 18-latek oddał życie za Polskę. Wśród
mogił
spotykam pana Jana B. Opowiadał o robotnikach krakowskiego Energopolu.
To
dzięki nim możemy chodzić dzisiaj pomiędzy mogiłami. Ze łzami w oczach
wspominał nieodżałowanej pamięci Józefa Bobrowskiego, dyrektora
krakowskiego
Energopolu. Teraz pomału odsłaniane są groby przy katakumbach.
Fotografuję
niedawno odkopaną płytę nagrobną z mogiły gen. Wacława Iwaszkiewicza.
Tam
widać, że mogiła musiała być naruszona. Może to robota spychacza? A
może
zrzucona została przez gąsienice skręcającego czołgu? Teraz trwa
powolna
rozbiórka ścian w katakumbach. Daj Boże, niebawem rozpocznie się ich
rekonstrukcja. Wszystko w rękach Boga, miejscowych władz, ale i w
portfelach
Polaków. Rodacy
zawsze kupują
"cegiełki", które sprzedawał pan Jan. Zauważyłem je dopiero u Ali. Też
kupiła. Nie widziałem, kiedy. –
Co to za
widokówka?– zapytałem naiwnie. –
Cegiełka na
odbudowę Cmentarza Orląt.– odpowiedziała z przyganą w głosie. –
Nie widziałem, jak
kupowałaś – niezdarnie tłumaczę się przed zgryźliwym małolatem. To
denerwuje. –
Tu zawsze te
cegiełki są sprzedawane. Nawet teraz możesz jeszcze je kupić...– cedzi
oficjalnym tonem słowa patrząc na mnie bardzo poważnie. No, tego już za
wiele. Samochód
ruszył. Ot,
jaka kutwa ze mnie! Pozostaję z wyrzutami sumienia. A ja naprawdę
przegapiłem!
Ala mi na pewno nie wierzy. Wieczorem
wpadamy na
imprezę. Goszczą nas pańsko. Wódka leje się strumieniami. Ta z perecom,
ma
słuszną moc. Taką można pić dla zdrowia, nie tylko dla przyjemności. Co
i rusz
ktoś wznosi toast i głośny już wspólny okrzyk. –
Budźmo! I
pijemy. Pijemy.
Kurzy się nam już któryś dzień z głów. Pijemy. Za co pijemy? Tego
pewnie nikt
już nie wie. Kto bowiem zna ukraiński? Ale czy to takie ważne? Intencje
się
liczą. Jest nam dobrze. Wesoło. Nikt nikomu źle nie życzy. I Gena,
którego ojciec
był w UPA. Gena mówi o tym z dumą... Sam jest nacjonalistą. I do roboty
politycznej aż się pali. Rozmawiamy o jakiejś przyszłości, kto do kogo
z czym
przyjedzie. –
Tylko tę granicę
byście poluzowali. To absurd, żeby w sercu Europy w takich kolejkach
stać! –
zwracam się do jednego z nich. Pracuje
w Ratuszu.
Czyli ważna szycha. Odbija się od innych wyglądem. Jest jako jeden z
nielicznych w garniturze. Stara się zachowywać powagę. Jak na urzędnika
przystało. Niski. Czarne włosy. Śniada cera. Kałmuckie, lekko skośne
oczy. Też
Ukrainiec. Słucha z uwagą naszych rozmów. Niewiele się wtrąca. – A
nie boicie się?–
patrzy na mnie wyzywająco. Jest w tym wzroku wyższość, czekistowska
pewność
siebie. Zaraz,
zaraz. Ja te
oczy już kiedyś... W
1989 roku byłem we
Lwowie w jakiejś oficjalnej delegacji. W Polsce już było po komunizmie.
We
Lwowie jeszcze był Związek Radziecki. Ale czuło się, że to już ostatnie
tchnienia. Czekano tylko na jakiś znak, by rozpocząć demontaż. Ten
nadchodził z
Polski. Patrzyli na nas z zazdrością. Mówili o nas z podziwem.: Wy
Polaki,
ryzykanty! Umówiliśmy
się wtedy
na spotkanie z urzędnikiem ówczesnego wydziału kultury we Lwowie.
Dysponowaliśmy czasem tylko po południu. A gdzie można we Lwowie się
umawiać?
Wiadomo, u "Żorża". Budynek niby ten sam. Restauracja też. Ale nie
znajdziesz już tam atmosfery kawiarni literackiej... Zresztą nie
dotarliśmy
tam. Zabrano nas do samochodu i powieziono w nieznane. Samochód, to
dużo
powiedziane. Zielony, rozklekotany "uaz" tłukł się dziurawymi ulicami
już ciemnego Lwowa. Nie wiedzieliśmy, gdzie jesteśmy, dokąd jedziemy.
Byliśmy
zdziwieni, gdy po długiej jeździe wysiedliśmy przed Ratuszem.
Zaproszono nas do
biura. Tam te kałmuckie, ciemne, drążące oczy i pytania, pytania,
pytania.
Czuliśmy się jak na przesłuchaniu. Rozmowa nie dała żadnych wyników,
ale my
wyszliśmy zmęczeni i zdezorientowani. Dla mnie było jasne, dlaczego
rozmowa
musiała odbyć się w Ratuszu. Czekistowska pewność siebie, udawana
uprzejmość... – A
nie boicie się?–
powtórzył zaczepnie swe pytanie. Wytrzymałem jego długie spojrzenie. On
pierwszy odwrócił wzrok. –
Czego mamy się
bać?– odpowiedziałem pytaniem. –
No, że wszyscy
Ukraińcy pojadą do Polski. Będą chcieli znaleźć pracę. Będą chcieli
mieszkać... – A
ostatni zgasi
światło.– przerwałem mu.– W Polsce też kiedyś tak miało być. Dali nam
paszporty
do domu, otwarli granice. I nic się nie stało. Prawisz mi tu
komunistyczne
slogany. Wyraźnie
zdenerwował
się. Nie wiedział co powiedzieć. Gena uważnie się przysłuchiwał naszej
rozmowie, ale nie wtrącał się. –
No, a mniejszości?
Nie obawiasz się tej trzeciej mniejszości? Popatrzyłem
nań
zdziwiony. –
Chyba wiesz, o czym
mówię? – nie dawał za wygraną. Kiwnąłem
głową, ale o
jakiej on trzeciej mniejszości mówił, nie bardzo sobie uzmysławiałem. –
Dlaczego mam się mniejszości
obawiać? – odpowiedziałem pytaniem. –
Otworzymy granice,
to będziecie mieć, oprócz Żydów i Ukraińców, Wietnamczyków. –
Już ich mamy.– nie
ukrywałem rozbawienia tą trzecią mniejszością.– Są dobrymi, tanimi
krawcami i
niezłymi handlarzami. Są u nas na bazarach w całej Polsce i nikomu nie
przeszkadzają. Wydaje mi się, że ty nie rozumiesz, że jak otworzysz
granice, to
dasz ludziom tu na Ukrainie zarobić na turystach. Chyba, że boicie się
przyjazdów Polaków? Sam bym często do was przyjeżdżał. Przecież to tak
niedaleko. A polskiej kultury spragnieni są wszyscy. I Polacy i
Ukraińcy. – A
co zrobimy z
przeszłością? – pyta ktoś niespodziewanie. Zapada milczenie. Cisza... –
No, to budźmo!–
zarzęził ktoś niedopity.
Towarzystwo
było
międzynarodowe. Siedzieli z nami Niemcy. Jeden ni to rudy, ni to
blondyn. Bo ja
wiem.. No, rasa nordycka z lekko zakrzywionym nosem. Ala wdzięczyła się
do
niego. Wpijała się w tę jasną pogodną twarz pełnymi błękitu oczami.
Patrzyłem
na nią nie ukrywając irytacji. Ona mnie nie dostrzegała. Szlifowała
swój
całkiem niezły angielski. O czymś tam rozprawiali. Towarzyszył mu
Wolfgang.
Starszy pan ze sztywną nogą. Używał laski. Wolfgang nie rozmawiał ani
po
rosyjsku, ani angielsku, ani po ukraińsku. Tylko niemiecki. Był zatem
skazany
na swego młodego towarzysza. Wolfgang nie pierwszy już raz przybywał na
Ukrainę. Podobno wymiana kulturalna. W czasie wojny stacjonował w okolicach Lwowa jako żołnierz Hitlera.
Służył w Wehrmachcie. Gena poklepywał go co rusz po ramieniu i
powtarzał, że
Wolfgang tłukł Ruskich. – A
ilu twoich
zastrzelił, Gena, powiedz mi! – nie wytrzymałem w końcu. –
Nu, dawaj Janusz,
dawaj Wolfgang, pijemy! Budźmo! Prosit! I
pijemy. Gena
pokazuje mi kolejnego ich gościa, do którego trzeba mieć szacunek. Ten
mówi
biegle po angielsku. Czarne, kręcone włosy. Śniada cera. –
Gena, to nie wasz –
mówię resztkami sił. –
On iz Anglii
przyjechał.– mówi Gena. Przyjechał
na
Ukrainę, by poświęcić się dla odbudowy państwa. Jego rodzice w czasie
wojny w
1939 roku uciekli na Zachód. Może byli Żydami i to bogatymi, i dlatego
zdołali
przedrzeć się przez Rumunię? A może u schyłku wojny? Wtedy wielu
Ukraińców
szukało schronienia na Zachodzie. Kto to wie? Na pewno nie Gena. –
Budźmo! –
No, dość tego
bratania się! Ala wkroczyła stanowczo do akcji. Pozbierała nas.
Zdążyłem
jeszcze kupić tę wódkę z piercom. Bo jakże to tak, już koniec imprezy,
a do
świtu tak daleko? Nie byłem jedynym zapobiegliwym. W hotelu
opanowaliśmy jeden
z pokoi. Śpiewy trwały do rana. Od serca. Te legionowe. Patriotyczne.
Niech Lwów
przypomni sobie ich rytmy! Poranek
przywitał nas
słońcem. Śniadanie dziwnie nie smakowało. Było mało czasu. Szybkie
odwiedziny w
Katedrze. Wiosenne słońce rozświetlało jej mroczne wnętrza. Wydawała
się przez
to jakby mniejsza. Widać było przygotowania do procesji Bożego Ciała.
Klękamy
przed głównym ołtarzem. Wpatrujemy się w słynny obraz Matki Bożej. Ala
szepcze
mi coś o jego historii. Kiwam głową z aprobatą. A ona mądrze marszczy
czoło. W
sierpniu 1980 roku
byłem w katedrze. Trafiłem na Maryjne święto kościelne. Katedra
wypełniona po
brzegi. Bocznymi nawami sunęła procesja. Świece. Mnóstwo świec
dzierżonych
przez stare kobiety w drżących powykręcanych reumatyzmem dłoniach.
Duszący
zapach stopionego wosku. Baldachim nad księdzem niosącym monstrancję z
Najświętszym
Sakramentem niosły kobiety. W procesji brały udział same stare kobiety.
To był
niesamowity widok. Ani jednego mężczyzny. Potem ktoś mi wytłumaczył, że
boją
się. Rzeczywiście w kościele nie było młodzieży. Trochę ludzi młodych
dostrzegłem jednak w tłumie. Ale kto wie, czy przyszli, bo są
katolikami, czy
wykonywali obowiązki służbowe... Świeże
brzozy
tworzyły w nawie głównej swoistą aleję. Zapach kadzidła mieszał się z
zapachem
umierających liści. Mimo wiosennej aury i radosnego nastroju
zbliżającej się
procesji ten zapach wydobywał pogrzebowe
skojarzenia. Po świątyni krzątał się mało przyjemny kościelny w
przykrótkiej
komeżce. Dlaczego kościelni prawie zawsze są mało sympatyczni? Gdy
w 1980 roku
pierwszy raz przekroczyłem progi tej świątyni, wygonił nas kościelny
(ten sam?
chyba nie!), bo zamykał kościół. I tak niewiele mogliśmy zobaczyć,
stały bowiem
we wnętrzu świątyni jakieś rusztowania. Przed Katedrą spotkaliśmy
staruszeczkę.
Małą. Pokuloną. Żebrała. Drobną, spracowaną, trzęsącą się dłoń
wyciągała w
kierunku przechodzących. Zatrzymałem się na chwilę. Nikt nie zwracał na
nią
uwagi. Miejscowi przechodzili obojętnie. Podeszliśmy. Wcisnęliśmy w
dłoń kilka
rubli. –
Wy z Polski? –
zapytała. – Z
Krakowa. Staruszka
spojrzała
na nas. Na jej żółtej pomarszczonej twarzy pojawił się grymas uśmiechu.
Po
zoranych czasem policzkach popłynęły łzy. Opowiadała o swym
nieszczęściu.
Chorym synu. Zżarła go praca i alkohol. Teraz nie może już pracować.
Leży
sparaliżowany w domu. A mają tylko to, co ona przyniesie. Babuleńka
mówiła
prawie szeptem bacznie rozglądając się wokół. Im dłużej staliśmy, tym
więcej
ludzi zatrzymywało się przy nas. Patrzyli. Słuchali. Milczeli.
Poczuliśmy się
nieswojo. –
Czy można pani
jakoś pomóc? – zapytałem, wiedząc że nie potrafię dla niej zrobić
niczego.
Miałem przy sobie zaledwie kilkanaście rubli "tranzytowych" i talony
na benzynę. A nie miałem zwyczaju wozić "towaru" na handel. –
Może macie medalik,
książeczkę do modlitwy albo różaniec? — zaskoczyła mnie staruszka. Nie
ma jej już przed
Katedrą. Idziemy
dalej. Na
placu, gdzie pomnik Iwana Franki, brunatno od żołnierskich mundurów.
Trwają w
słońcu w bezruchu. Czekają. Wśród żołnierzy, przewijają się pary
przybrane w
huculskie stroje. Też zamarli w oczekiwaniu. Na ich młodych
wyszminkowanych
twarzach dziwny smutek. A może strach? Przed czym? Wokół zebrany tłum
ludzi.
Milczą. Czekają. Wypatrują. Tylko rozprzężenie wśród orkiestry. Ale i ta milczy. Czeka na znak dyrygenta. Nic
się nie dzieje. Wiatr porusza leniwie sino-żółte chorągwie. Nagle
zamieszanie.
Podjechały limuzyny. Wyszedł generał. Jeden, drugi. Orkiestra dała
tusz. Po
chwili rozpoczęła się przysięga żołnierzy ukraińskiej armii. Stoimy
przy lwach
przed Ratuszem. Teraz już wolno. Kiedyś byłoby to podejrzane. Patrzę na
piękne
mury zabytkowych kamienic starego Lwowa. One chorują. Tego po wierzchu
nie
widać. Ludzie spacerują. Są zadowoleni ze zbliżającego się lata.
Uśmiechają się
jednak mało. Rozmawiają po ukraińsku. Jakaś matka przy fontannie robi
zdjęcie
dziecku. W
końcu zjawia się
pan C., na którego czekamy. Rozmawiamy po polsku. Głośno. A matka coś
szczebiocze w miejscowym narzeczu do maleństwa. Poprawia go w wózeczku.
Jaskrawy makijaż twarzy rzuca się wyraziście w oczy. Odchodzi
popychając wózek
w naszą stronę. –
Dzień dobry!– słyszę
nagle jej dźwięczny, śpiewny i perlisty głos. –
Dzień dobry! Całuję
rączki! – odpowiada pan C.– Ta Zosiu ja cię nie poznałem. Będziesz
długo żyła.
Ukłony dla rodziców. Zosia
śmieje się
głośno. Macha nam radośnie ręką i znika w tłumie bezimiennych ludzi. Niezwyczajne
już do
tej mowy gołębie strachliwie poderwały się do lotu. Ale na chwilę...
Szybko
przysiadają i szukają za pożywieniem. Jakby sobie coś przypomniały. Że
im ta
mowa jest nieobca? Już
wzbudzamy
sensację. Patrzą na nas obco przechodzący. Niektórzy podejrzliwie.
Jakby
gołębie w świat przekazały informacje – oto i Polacy!
Obserwowałem
od
chwili jakiegoś dziadka. Niby niczym się nie różnił od innych
zaniedbanych
lwowskich starców. Ale było w nim coś swojskiego... Niby co?
Zaniedbanie?
Zniszczenie życiem na pewno niełatwym? Zielony prochowiec przepasany
starym
rzemieniem? Nie wiem. Zbliżał się w naszym kierunku. Twarz pożółkła.
Pomarszczona. I tylko oczy przepojone dziwnym blaskiem. Młodości?
Polskości?
Wspomnień o dostojnej przeszłości? A może to alkohol? Nie – nie
wyglądał na
pijaka. Ale czy trzeba wyglądać na takiego? Tu się pije przy byle
okazji. Kilka
dni zaledwie jestem na Ukrainie i z rausza nie schodzę. Nie wypada nie
pić.
Wytrzeźwieję dopiero w Polsce. Staruszek zatrzymuje się przy nas.
Nasłuchuje,
czy na pewno po polsku mówimy. Przekłada laskę do lewej ręki. –
Ż.-ski jestem.
Bolesław Ż.-ski – przedstawił się. –
Jedyny spod Monte Cassino tu żyjący. Bokserem kiedyś byłem. Pan młody,
to nie
pamięta mojego nazwiska. Czuje pan mój uścisk dłoni? Mimo wieku pewnie
jeszcze
niejednego bym powalił...– zawiesił głos, jakby czekał na pochwałę. – W
Krakowie mamy
księdza, kapelana spod Monte Cassino. Ojciec Adam. Jest u Dominikanów.–
mówię. –
Pamiętam takiego.
Był w moim wieku. Może trochę starszy. Może to on. Proszę go pozdrowić
ode
mnie. Milczenie.
Wiem już,
co za chwilę. –
Rodacy! Mam 43
grzywny renty. Wspomóżcie. Z tego nie da się żyć. Ja już nie mogę
pracować.
Proszę, cokolwiek dajcie. Mogą być polskie pieniądze. Każdy grosz, to
kromka
chleba... Milczę.
Jakaś siła
odejmuje mi mowę. Sięgam do portfela. Wtykam mu parę złotych. Żegnam
się, życzę
zdrowia. Chwilę zastanawiam się. Miarkę polskiego żebraka przykładam...
Nie,
ten tych paru groszy nie utopi w alkoholu. Z
panem C. udajemy
się do siedziby towarzystwa polskiego. To naprzeciwko ratusza. Zaraz
otwierają,
zegary wybijają trzynastą. Na schodach już czeka parę osób. Nikt się
nie
denerwuje. Wiadomo – zaraz otworzą. Och ta ich wschodnia punktualność i
słowność! Starsza pani patrzy na nas przyjaźnie wypłowiałymi oczyma i
śpiewnie
zachęca, by zaczekać. –
Pan Marian zaraz
przyjdzie – zaśpiewała po lwowsku. Pewnie
przyjdzie.
Przecież wie, że czekać będą na niego żywe problemy starych i młodych.
Jedni
organizacyjne sprawy mają. Drudzy, młodzi, chcą do Polski. Do szkoły,
toteż i
do nich przychodzą. Stoi pokornie pod drzwiami dziewczyna. Wyraziste
usta,
ponętna mini, długie po pas krucze włosy, czarne oczy i te nogi. Coś
zagaja
piękną śpiewną polszczyzną. Uroda jednak jakby skażona niesłowiańskimi
rysami.
Ta cóż, jesteśmy we Lwowie. Niecierpliwimy
się.
Szkoda czasu tracić na schodach. –
Czekajcie,
czekajcie – mówi pani Zofia T. z Żółkwi – oni zaraz przyjdą. – A
my panią znamy z
telewizji – ktoś mówi do niej. –
Filmowali mnie.–
mówi nie bez dumy pani Zofia. W Polsce niektórzy pamiętają o starej T.
z
Żółkwi. Ale tu na miejscu, to już nikt. Choćby tak raz na imieniny mi
życzenia
przysłali... Ale gdzie tam! Jak robota jest, to o mnie pamiętają. Starsza
pani, grubo
po siedemdziesiątce. Odziana w mocno zaniedbany płaszczyk, spod którego
wyglądał spłowiały sweterek. I buty. Sandały. Mój Boże! W takich
wstydziliby
się u nas na ulicę wyjść. –
Byli kiedyś u mnie
z Warszawy. Wyszłam do nich w takich starych podartych łapciach. Koło
domu
zawsze w takich chodzę. Rozmawiamy. Opowiadam im o Żółkwi. Problemach
Polaków.
Już żegnamy się... Nagle, jedna z pań bierze gazetę i każe mi na nią
stanąć. A
ja, jak ta durna robię co każe i ani myślę pytać po co? Nie wiem, o co
jej
chodzi. A ona obrysowuje mi nogę. I mówi, że za jakiś miesiąc, ktoś mi
dostarczy buty. Ale gdzie tam – śmieje się – na moją nogę nigdzie nie
dostanie
butów. W mojej rodzinie wszyscy mieli duże, nietypowe nogi! Pan
Marian nie
pojawia się. Spoglądam niecierpliwie na zegarek. Jeszcze chwila i
trzeba
uciekać. Za kilkaset kilometrów powoli zaczniemy żyć swoimi problemami.
Oni
zostaną na Kresach. No, nie sami. Przecież pamiętamy o nich. Pomagamy
im.
Najlepiej każdy sobie sam pomoże. Ale jak im to wytłumaczyć. Oni
czekają.
Czasem podsuwają pomysły. Przydałby się nauczyciel – mówią, piszą w
listach i
oficjalnych pismach do władz. I czekają! Komunizm zabił w nich do cna
przedsiębiorczość. Resztę zrobi miejscowa mafia. A tych, którzy i to
przetrwają, zabije ludzka zawiść. Taka śmieszna cecha Polaków. Tych
żyjących w
Polsce i poza jej granicami. Janusz
M. Paluch Janusz M. Paluch ur.
1955, archeolog, animator kultury, dziennikarz i wydawca, dyrektor
Śródmiejskiego Ośrodka Kultury w Krakowie. Redaktor naczelny pisma
"Matecznik", zastępca redaktora naczelnego kwartalnika "Cracovia
Leopolis". Zainteresowania:
podróże, numizmatyka, historia i literatura. |