Philadelphia  -  Atlantic City  -  Trenton -  Wilmington










nr57 Nr 57, Marzec 2004

str. 18
- FIRMA ARAMCO. Norman Boehm, Jr.

FIRMA ARAMCO

Norman Boehm, Jr.

(tłum.A.Z-B).

,„Aramco”, czyli Arabian American Oil Company, była przez wiele lat integralna częścią mojego życia, a obecnie jest cennym wspomnieniem sięgającym pierwszych lat po studiach. Jako świeżo upieczony inżynier chemii (potem jeszcze ukończyłem dodatkowe studia), dowiedziałem się o Aramco od kolegi, który pracował w przemyśle chemicznym. Tak mnie zaintrygowała jego opowieść, że wysłałem swoje resume do firmy Aramco, która wtedy mieściła się w Nowym Jorku, niebawem zostałem zaproszony na rozmowę i zaoferowano mi pracę.

Zacząłem pracę w Nowym Jorku przy Park Avenue wiedząc, że w niedalekiej przyszłości czeka mnie wyjazd do Arabii Saudyjskiej. W firmie jednym z moich kolegów był Arab, Adeeb Khoury, urodzony w Palestynie, dokładnie w Nazarecie, wykształcony w Stanach inżynier chemik, ożeniony z Teksanką. On był dla mnie pierwszym przykładem, jak serdeczni są Arabowie w przyjaźni.

Jiddah
Jiddah
Zanim opuściłem Nowy Jork, Firma Aramco wyrobiła mi paszport z potrzebną wizą. W czasie oczekiwania na wizę firma musiała otrzymać potwierdzenie, że pracownik nie jest żydowskiego pochodzenia. Było to nie tylko warunkiem otrzymania wizy, ale w ogóle warunkiem pracy w Aramco. W innym bowiem przypadku pracownicy nie mogli być wysłani do Arabii. Rząd saudyjski postawił wymagania, by Amerykanie wyjeżdżający do pracy do ich kraju byli jedynie wyznania chrześcijańskiego bądź islamskiego.

W drodze do Arabii zatrzymałem się dwa tygodnie w niedużym mieście Sidon w Libanie, aby uczestniczyć w Aramco’ Language Training Center, specjalnym treningu i seminariach nauki języka i kultury, które firma organizowała dla swoich pracowników.

Od pierwszych dni nasi wykładowcy podkreślali wagę etyki pracy i odpowiedniego podejścia, które powinniśmy sobą reprezentować w odniesieniu do Saudyjczyków i ich kultury.

Te nauki i przykazania, które mi wtedy wpojono w Sidonie - przyznam - nigdy mnie nie zawiodły w czasie kolejnych 16 lat, które mi przyszło spędzić w Arabii Saudyjskiej. Traktowałem każdego pracownika z szacunkiem niezależnie od pozycji i stanowiska, które wykonywał, i sam nigdy nie doświadczyłem złego traktowania czy nawet objawów niechęci wobec siebie.

Wtedy w Sidonie od wczesnych godzin rannych do popołudniowych uczono nas intensywnie języka arabskiego, po małej przerwie, od późnego popołudnia do wieczora, mięliśmy wykłady na temat kultury, geografii, zwyczajów, itd.. Powiedziano nam, ze mniej więcej połowa ludności (wtedy około 5-6 milionów) żyje utrzymując się z uprawy ziemi, inni to Beduini, którzy przebywają na pustyniach ze swoimi stadami. Kolejną grupą byli Saudyjczycy pracujący dla rządu, zatrudnieni przy wydobywaniu ropy naftowej, rzemieślnicy, handlarze i inni oferujący różne usługi.

Powiedziano nam, że Saudyjczycy, niezależnie od różnic pochodzenia, mają zawsze co najmniej dwie wspólne cechy: język i wyznanie, mówią po arabsku i są wyznawcami islamu, aczkolwiek język arabski ma różne dialekty i islam różne odłamy.

Według tradycji arabskiej Beduini z pustyni są uważani za potomków tych, których korzenie można prześledzić przez wieki i sięgają one ich wielkiego przodka Abrahama (Ibrahima) i jego pierwszego syna Ishmaela (tak, jak żydzi powołują się na to, iż pochodzą od drugiego syna Abrahama, Isaaka). Według wyznających islam, elementy ich religii zostały podane przez linie proroków, do których zaliczają Abrahama (Ibrahim), Mojżesza (Musa) i Jezusa (‘Isa). Według elementów religii islamskiej ostateczne objawienie zostało dane Muhammedowi i później zostało zaprezentowane w formie pisanej w Koranie, który jest źródłem czerpania wiedzy o doktrynie i praktyce religii islamskiej.

Gorączka lata, której doświadczyłem w Sidon, była tylko niewielkim preludium do tej, przed którą mnie ostrzegano, gdy będę w Arabii Saudyjskiej. Temperatura miesięcy letnich, jak nam powiedziano, sięgała 120 stopni Fahrenheita (49 stopni Celsiusa) „w cieniu”, i to jeszcze było spotęgowane wilgotnością pochodząca od Zatoki Perskiej.

Niebawem, kiedy w lipcu zacząłem przemierzać rafinerie Ras Tanura doglądając swojego pierwszego inżynieryjnego projektu, doświadczyłem sam, jak bardzo przestrogi przed upałem były prawdziwe. Zaczynałem dzień w klimatyzowanym pomieszczeniu i wystarczył moment wyjścia na zewnątrz, czego nie można było uniknąć udając się do pracy, by zalać się potem. Ten szczególny cykl – chłodu oferowanego przez klimatyzację – z ogromnymi upałami był nieustannie powtarzany przez cale lato, które w Arabii trwa o wiele dłużej niż w innych klimatach. Wiosna i jesień są przyjemnymi porami roku z chłodnymi nocami i słonecznymi, ale łagodnymi dniami. Od listopada do grudnia temperatura czasami spadała nawet poniżej zera.

Przeciętny roczny opad deszczu we wschodniej prowincji Arabii Saudyjskiej, gdzie pracowaliśmy, wynosi około 3 inches (7.6 centymetra) z odchyleniami 1-7 inches. Ponieważ opady deszczu są tak niewielkie, większość obszaru Arabii jest pustynią. Okręg kraju zwany Rub’ al.-Khali (Empty Quarter) był znany z tego, ze przez 10 lat nie spadł tam deszcz. Opad deszczu w większości Półwyspu Arabskiego jest niewystarczający by wesprzeć roślinność, aczkolwiek w wielu rejonach deszcz zbiera się pod ziemią i jest wydobywany przez pobudowane studnie.

W Sidonie podkreślano, że należy mieć szacunek dla uczuć, wierzeń i zwyczajów miejscowej ludności. Podawano nam przykłady, jak obchodzić się z Saudyjczykiem w codziennym kontakcie. Witając go należy na początku zapytać o jego zdrowie, ale nie pytać o zdrowie jego żony, należy zapytać, jak się miewa jego syn, ale nie pytać o jego córkę...

Dość szybko doświadczyłem sam, że pierwszym gościnnym gestem Saudyjczyka jest zaoferowanie gościowi kawy. Saudyjczycy udoskonalili ten wspaniały towarzyski napój dodając do zmielonej kawy kardanom (cardamom). Wiele osób mieszkających w Europie zna kawę parzoną „po turecku”, i nie wie, że ten oryginalny proces parzenia kawy pochodzi od Arabów, a Turcy tylko przyswoili ten zwyczaj Europie, i stąd dostali kredyt. (Nasi arabscy przyjaciele, gdy moja żona mówi, że zaparzy im kawę „po turecku”, poprawiają ją, że „po arabsku”). Nie pamiętam, by kiedykolwiek, gdy wszedłem do pomieszczeń w rafinerii, gdzie pracowali Saudyjczycy, nie zaproponowano mi „ghawah” (kawy). Był to zawsze mile witany gest ich przyjaźni.

Mieszkanie i praca w Arabii Saudyjskiej oznaczało życie w zamkniętym, odizolowanym społeczeństwie, niemal jak na amerykańskiej bazie wojskowej (którą znałem w okresie, gdy byłem w Navy). Tereny zajmowane przez Aramco były podzielone na trzy dystrykty: Dhahran (gdzie mieściły się główne biura, i obok domy mieszkalne), Ras Tanura (rafineria i także domy mieszkalne dla pracowników) i Abqaiq (centra, gdzie wydobywano ropę naftowa, i także domy mieszkalne dla pracowników). Wspomniane domy mieszkalne zbudowane były w stylu kalifornijskim, także apartamenty i nieduże studia dla samotnych osób. Wszystko trzeba było importować, nawet piasek do budowy, bo lokalny nie był dobry. Mieszkania wciąż dobudowywano, bo Aramco rozrastała się i z czasem powstała duża wioska oferująca także różne dodatkowe przyjemności.

Z niektórymi Saudyjczykami mieliśmy codzienny kontakt. Oprócz stałych pracowników firmy Aramco, sklepy, w których robiliśmy zakupy były obsługiwane przez Saudyjczyków. Lokalny rybak dostarczał nam regularnie "shrimpów" z zatoki Perskiej, w firmowej jadłodajni pracowali kelnerzy saudyjscy, często mieliśmy kontakt ze sprzedawcami w Al Khobar (arabska osada niedaleko Dhahran). Kontakt z Saudyjczykami był zawsze przyjemny, byli uśmiechnięci i mieli dobre maniery, lubiłem także ich poczucie humoru.

W tak ciężkim klimacie wyprawa piechotą lub rowerem nawet pokonując niewielkie odległości była problemem. A samochodu większość z nas nie posiadała, bo nie był potrzebny. Jako środek transportu firma oferowała autobus czy taksówki (w tych latach bez klimatyzacji!). Aramco urządzała regularne wycieczki do „suq” (rynek) do wspomnianego wyżej Al Khobar i te wypady były zawsze niemałym dla nas wydarzeniem. W Al Khobar zamawialiśmy u miejscowych krawców wspaniale ubrania, kupowaliśmy ozdobne naczynia, lampy, obrazy, piękne rzeźbione skrzynie, inkrustowane masą perłową stoliki, wspaniałe dywany. Cokolwiek się kupowało, należało się targować. Pamiętam, zawsze wywoływałem uśmiech na twarzy, kiedy pytałem o cenę produktu, i w odpowiedzi mówiłem: „Aiyem harb ilena? -„Are these the times of war?” (Czy to jest okres wojny?... Jakby dziwiąc się, że ceny są takie drogie).

W szybkim czasie nauczyliśmy się, jak ważne jest spożywanie soli, co nam rekomendował personel medyczny firmy. Dano nam także dobre rady na częste - szczególnie na początku - zaburzenia żołądkowe. Radzono częste picie lemoniady czy gorącej herbaty.

Ważne było, by być aktywnym poza godzinami pracy. Firma dostarczała wiele rekreacyjnych możliwości – trzy razy w tygodniu puszczano sprowadzane filmy, mieliśmy na miejscu korty tenisowe, korty do koszykówki, bilardu i do baseballu, pola golfowe, kręgielnie, baseny, bary z przekąskami, farmy ze stajniami, gdzie można było jeździć konno, niektórzy mieli własnego konia, była przystań dla jachtów i dla łodzi. Powstały różne grupy zainteresowań, które organizowały zawody sportowe, zawody bejsbolowe. Organizowano także zabawy dla dzieci i miejscowe parady. Specjalnym wydarzeniem były występy artystów koncertujących w Europie, których Aramco zapraszała - byli to pianiści (np. znany Hiszpan Jose Iturbi), grupy muzyczne i teatralne, nawet wystawy sztuki..

Ponieważ nie było wiele miejsc, gdzie można było wyjść wieczorem, panował dość rozpowszechniony zwyczaj urządzania przyjęć i spotkań. Prześcigano się często w oferowaniu wyszukanych dań, chętnie próbowaliśmy kuchnie innych krajów oferowane przez rodziny pracowników Aramco z Libanu, Pakistanu, Syrii, Iraku i innych krajów Środkowego Wschodu.

W czasie wzajemnego goszczenia oferowano napoje alkoholowe. We wczesnym okresie Aramco miała pozwolenie na przywóz alkoholu, wina, piwa i whisky. Pewien niefortunny wypadek spowodował, że zakazano nam tego. Wtedy przedsiębiorczy inżynierowie chemicy zaczęli sami produkować alkohol. Naszkicowali i kolejno wykonali odpowiednie przyrządy służące do destylacji. I tak z cukru, wody i drożdży po destylacji powstawał czysty alkohol, który zaprawiano wodą, dodawano do smaku zapachy ginu i rumu, lub trzymano w przypalonych dębowych beczułkach, aż stał się burbonem. Znajdywali się także amatorzy picia czystego alkoholu bez doprawiania.  Były tez próby robienia wina i piwa, ale piszący te wspomnienia nie osiągnął w tym sukcesu. Produkcja własnego alkoholu było naszą sprawą wewnętrzną, nadrzędnym przykazaniem był zakaz dostarczania alkoholu Saudyjczykom, którzy jako wyznawcy islamu nie spożywają alkoholu.

Siódmym dniem odpoczynku, dniem wolnym od pracy - według kalendarza islamskiego – był dla nas piątek. Początkowo pracowaliśmy pięć i pół dni w tygodniu, niedługo potem tylko pięć dni w tygodniu. Częstymi i popularnymi były krótkie wyjazdy do niedalekich miejsc, jak Bahrain, Liban, Egipt, Iran, Jordan, Turcja, etc. Mieliśmy także płatne wakacje. Po roku na koszt firmy można było wyjechać do Libanu (i dalej na własny koszt). Po dwóch latach pracy, co drugi rok oferowano nam (z rodzinami) 2,5 miesiąca wakacji (72 dni, plus dni podróżowania), w tym na koszt firmy też dla całej rodziny przelot do Stanów Zjednoczonych i z powrotem. Mając tak długie wakacje zazwyczaj w drodze do Stanów zatrzymywaliśmy się w innych krajach.

autostrada
Autostrada
 Wspaniałomyślność pracodawcy Aramco względem wakacji spowodowały, ze wszyscy pracownicy (oprócz wyjazdów zawodowych) wiele podróżowali turystycznie po świecie – od Azji po daleki Wschód, Europę i Afrykę. Ta możliwość wyjazdów spowodowała, że rodziny pracowników Aramco były i są otwarte na inne kultury, otwarte na świat, jesteśmy często bardziej tolerancyjni niż inni Amerykanie. Oczywiście, także bardziej rozumiejący i sympatyzujący z kulturą arabską niż inni Amerykanie nie mający możliwości tak bliskich kontaktów z krajami arabskimi.

Firma Aramco starała się stworzyć nam najlepsze warunki na miejscu. Mieliśmy trzy stacje radiowe nadające przez 24 godziny muzykę popularną, muzykę country i klasykę. Oferowano nam możliwość świętowania i obrządków religijnych regularnie zapraszając protestanckiego pastora do protestantów i księdza dla katolików.

W każdym z trzech dystryktów stworzono lokalny bank, który służył naszym potrzebom, otworzono szkołę podstawową dla dzieci (od 1-8 klasy), do której sprowadzono amerykańskich nauczycieli. Była klinika weterynaryjna, było też medyczne centrum włączywszy szpital w każdym z trzech dystryktów, ze specjalnie dużym w części Dhahran. Jedynie niezwykle trudne operacje były przekładane na inne miejsca, wszelkie mniejsze wykonywano na miejscu. Aramco wysyłała swoich pracowników, o ile była taka potrzeba, do szpitali w Europie, lub też zdarzało się, że sprowadzano lekarzy specjalistów do nas. Sam potrzebowałem zabiegu ocznego, który wykonał lekarz sprowadzony z Danii. Lekarz Saudyjczyk wykonał operacje przepukliny, pamiętam pielęgniarki były z Indii, Danii i Arabii. Nawet do mojego psa Kerry Blue przyszedł nasz doktor, gdy ten miał kłopoty zdrowotne.

Aramco pomagała i reagowała na niemal każdą potrzebę. Przypominało to zapewne amerykańskie dni pionierskie, kiedy wszyscy pomagali sobie nawzajem.

W okresie, gdy pracowałem, czyli w latach 60-70-tych, firma Aramco była w posiadaniu czterech amerykańskich kampanii: Standard Oil of California 30%, Texaco 30%, Standard (New Jersey) 30% i Socony Mobil 10%. Praca była interesująca i nigdy jej nie brakowało. Płace były porównywalne z dobrymi w Stanach Zjednoczonych, a także dodatkowo mieliśmy różne płatne bonusy.

W moim okresie dla Aramco pracowało ponad 3 tysiące Amerykanów, mniej więcej 6 tysięcy cudzoziemskich pracowników z innych krajów, i niecałe 15 tysięcy Saudyjczyków. Stopniowo te proporcje się zmieniały, rosła liczba wyuczanych przez nas Saudyjczyków, co było programem i planem Aramco. Wykształceni fachowcy Saudyjscy przejęli stopniowo firmę i w późnych latach 70-tych Aramco stała się Saudi Aramco. Amerykańscy fachowcy obecnie dalej pracują w Arabii Saudyjskiej, ale już dla firmy Saudi Aramco.

Moje 16-letnie doświadczenie było niezłą „lekcją życia”, której nigdy nie zapomnę. Sympatia i szacunek, który ja i moi koledzy nabraliśmy dla tego regionu, ludzi, i ich kultury pozostanie nam do końca życia. Po pracy dla Aramco kolejno pracowałem przez 8 lat w Londynie i w Norwegii dla firmy olejowej Exxon, ale to już inna opowieść.

Wszyscy byli i obecni pracownicy, Aramco otrzymują pięknie wydawany od 1949 roku w Houston dwumiesięcznik „Aramco World”, który pokazuje historię, geografię i kulturę Arabów i wyznawców islamu. W 2002 roku pismo zmieniło nazwę na „Saudi Aramco World”. Jeden z numerów zawiera interesujący artykuł pokazujący historie koni arabskich, które Polska zaimportowała i stopniowo rozwinęła u siebie jako wspaniałą linię koni Arabów, jedną z najlepszych w świecie. Moja żona- urodzona w Polsce – często pokazuje dumnie ten numer odwiedzającym nas gościom.

Norman Boehm

(tłum. Aleksandra Ziółkowska-Boehm)

(tekst ukazał się w: WEEKEND, Nowy Dziennik, 18 pażdziernika 2003

(zdjęcia pochodzą z archiwum Saudi-Aramco Company)