![]() |
![]() |
|
|
|
|
|
|
Nr 57,
Marzec
2004 |
|
| str. 5 |
- Przeczytano w prasie. Dariusz Majer |
|
Przeczytano w prasie Światowy terroryzm zadomowił
się na dobre
także w Rosji, Polska ma problemy z gazem, planem Hausnera, Unią
Europejską
(preambuła, „Nicea albo śmierć) i handlem bronią, na którą w
najbliższym czasie
popyt powinien być duży. Janina Paradowska z
„Polityki” w komentarzu do
tak zwanej „sprawy Bumaru” nie może się nachwalić przedsiębiorczego
Andrzeja
Ostrowskiego, któremu się udało przebić skostniałe przedsiębiorstwo
państwowe,jakim jest Bumar, a mające do dyspozycji poparcie rządu,
wywiad gospodarczy
i najlepszych specjalistów. Od dawna wiadomo, że prywatna inicjatywa
jest
gwarantem sukcesu, a zbiurokratyzowany moloch państwowy to zawsze
deficyt i
nieudolność. Paradowskiej nie przeszkadza nawet to, że Ostrowski nie
posiadał „stosownych certyfikatów na handel bronią w
wymiarze międzynarodowym”, a „polski
przemysł zbrojeniowy (...) powinien być wdzięczny (Ostrowskiemu –
przyp.
D.M.), gdyż dzięki jego kontaktom, być
może podejrzanym (ale cóż, handel bronią w większości mieści się w
sferze bardzo
głębokiego cienia), może uda się nam jednak jakąś sumę z tego kontraktu
urwać.
Komuś coś jednak przeszkadzało, bo przetarg unieważniono. Tytuł
komentarza –
„Polak nie potrafi”. W czasach gdy tragiczne
wypadki, afery i
problemy polityczne spowszedniały, a liczbę ofiar zamachów
terrorystycznych w
Iraku podaje się jak prognozę pogody, światowa prasa z pasją rozpisała
się na
temat „Pasji” Mela Gibsona. Gibson sprawia wrażenie
człowieka, który
trzyma w kieszeni środowiska żydowskie i chrześcijańskie, które nie
ustają w
wysiłku reklamowania jego filmu, tak że dystrybutor zwiększył ilość
kopii w
samych Stanach z 2,5 tyś. do 4 tyś. Niestety większość omówień skupia
się na
zgodności filmu z Ewangelią i jego ewentualnej antysemickości,
pomijając walory
artystyczne obrazu. Do ciekawszych należy publikowana na łamach „Gazety
Wyborczej” rozmowa Pawła Goźlińskiego z ks. Andrzejem Lutrem, który
film
obejrzał jeszcze przed oficjalną premierą: P.
Goźliński: Film wciska w fotel? Ks. A. Luter: W ziemię. W
„Pasji” są sceny
na granicy ludzkiej wytrzymałości. Przede wszystkim biczowanie, długa,
celebrowana, szokująco okrutna scena. Wykorzystane są w niej wszystkie
narzędzia męki – biblista powie, że one tak wyglądały, że to właśnie
tak mogło
być. Pejcze, bicze zakończone kulami i kolcami, które wbijają się i
rozrywają
ciało. Po biczowaniu wielu skazańców umierało. Ty to wszystko widzisz,
kamera
nie ucieka, zabiera ci komfort ucieczki, dystansu. Zaraz potem korona
cierniowa. To nie koronacja – to wciskanie jej, przybijanie deską do
głowy
skazańca. Jakim cudem ten Jezus jest jeszcze przytomny? W jaki sposób
on
uniesie krzyż? P.G.: Po co cała ta
dosłowność? Czy to nie
jakiś „paleokatolicyzm” – zamiast dystansu i próby zrozumienia,mamy
kawę na
ławę, „tak jak było”. Ks. A.L.: Spójrzmy na
drogę krzyżową w
naszych kościołach: Jezus upadł, drugi raz upadł, trzeci raz upadł,
przeszedł,
poszedł, ukrzyżowali go, umiera. Czasami przed kolejnymi stacjami
popisujemy
się jakimiś głębokimi albo mniej głębokimi medytacjami i to wszystko.
Męka nam spowszedniała.
Tymczasem Gibson mówi: to było prawdziwe ciało, prawdziwa krew,
prawdziwy ból,
prawdziwa śmierć. Zobacz, dotknij. Skoro słowo nie działa, skoro
symbole
straciły moc... Jesteśmy odcięci od ludzkiego, fizycznego wymiaru
ofiary
Chrystusa. Dlatego ten film trafił w swój czas. Jako wstrząs i jako
przypomnienie. (...) P.G.: Jeżeli tak, to czy
jest to film o
człowieku, który dojrzewa do świadomości swojej boskości i swojego
posłannictwa, czy raczej historia Boga, który musi umrzeć jako
człowiek? Czy więc
to film raczej o człowieku, czy o Bogu? Ks. A.L.: O Bogu i
człowieku. Tego się nie
da rozdzielić. P.G.: Ale proszę
odpowiedzieć nie jak
kapłan, ale jak zwyczajny widz. Ks. A.L.: To jest
człowiek. Jezus był
człowiekiem, cierpiał po ludzku. Ale Gibson przypomina wciąż, po co
była ta
śmierć i dlaczego Jezus wziął dobrowolnie na siebie całe to cierpienie.
Bo to
nie jest tak, że w filmie mamy tylko Pasję, tylko ostatnie 12 godzin
życia
Jezusa. Są też retrospekcje: jego dzieciństwo, Kazanie na Górze, wjazd
do
Jerozolimy. Bez nich mielibyśmy tylko pokaz sadystycznego okrucieństwa
i
nieuzasadnionego w żaden sposób cierpienia. Dopiero te przywołania
przeszłości
wyjaśniają sens ofiary. No i oczywiście finał – bo to nie śmierć
Chrystusa
poprzedza napisy końcowe, ale jego zmartwychwstanie. P.G.:
Jak jest pokazane? Równie realistycznie jak śmierć? Ks. A.L.: Nie, to już jest
wizja. Zresztą
wiele kadrów „Pasji” ma urodę obrazów. Niektóre można by wieszać w
kościołach
jak ikony. P.G.: Ale Jezus Chrystus
z podbitym okiem i
twarzą Jima Caviezela teraz będzie na nas patrzył przede wszystkim z
okładek
pism, billboardów, z telewizyjnych reklam. Ks. A.L.: Nic na to nie
poradzimy. Mam
nadzieję, że tylko przez jakiś czas. Dobrze, że ten film powstał, ale
na tym
koniec. Nie chciałbym, żeby w świadomości utrwalał się wizerunek
konającego
Chrystusa o rysach zdeformowanych bólem i wypierał wszystkie inne. P.G.:
Dlaczego? Ks.
A.L.: Bo byłby to obraz jednostronny i redukujący wielowymiarowość
Chrystusa. W
kościele zachodnim zawsze dominowały obrazy męki. Często porażająco
dosłownie.
Proszę spojrzeć na gotyckie ukrzyżowania, obraz Gruenewalda,
hiszpańskie
malarstwo religijne. Inaczej jest w kościele wschodnim. Tam znacznie
silniejszy
jest obraz Chrystusa zmartwychwstałego, nie cierpiącego, ale
przebóstwionego. Najważniejsze
jest, żeby zachować równowagę. Ten film, mam wrażenie, akurat teraz
taką
równowagę przywraca. Jest jak cios, bo zapomnieliśmy, bo jesteśmy
odcięci od
przeżywania tej ofiary. (...) P.G.: (...) czy wersja
ostateczna filmu
będzie pokazywała Żydów jako żądnych krwi, sadystycznych wrogów Jezusa?
Ks.
A.L.: Sadyzm? Nie, stanowczo nie. Jest jeden epizod, który może budzić
kontrowersje – Sanhedryn. Z filmowego punktu widzenia to wspaniała,
szalenie
sugestywna scena. Żydowscy kapłani usiłują wydusić z Jezusa
bluźnierstwo, by go
skazać, a potem krzyczą, policzkują, plują na Jezusa. P.G.:
To zadajmy kolejne pytanie (P.
Goźliński zadaje pytania z listu otwartego do Gipsona wystosowanym
przez żydowską organizację Liga Przeciwko Zniesławieniu – przyp. D.M.): Czy
w ostatecznej wersji „Pasji” Biblia będzie nadal traktowana wybiórczo,
tak żeby
uwypuklić te momenty, które zawierają oskarżenie Żydów i judaizmu?
Przecież
Gibson nie musiał pokazywać agresji Sanhedrynu, pozostając przy tym
wiernym
Ewangelii. Tylko u Mateusza i Marka znajdziemy po jednym akapicie
opisującym,
jak kapłani poniżają Jezusa. W dwóch pozostałych Ewangeliach Jezus jest
policzkowany, ale przez sługi kapłanów, sam opis sądu mieści się w
ramach
zupełnie „cywilizowanego” przesłuchania. Ks.
A.L.: To prawda, ale spójrzmy na tę scenę inaczej – Gibson pokazuje
tłum, w
którym ludzie nawzajem zarażają się agresją, agresja wymyka się spod
kontroli.
Oczywiście, że to są Żydzi – no bo przecież w imię poprawności
politycznej nie
przeniesiemy Pasji na Islandię – ale przede wszystkim to jest tłum,
agresywnie
się zachowujący tłum. Zresztą można zrozumieć jego agresję. Żydowscy
kapłani
odrzucają Jezusa, bo nie byli w stanie zobaczyć w nim wcielonego Boga.
To jest
coś absolutnie przekraczające ich religijne przeświadczenie, coś nie do
przyjęcia. Oni widzą w Jezusie bluźniercę podszywającego się pod
Mesjasza,
który miał być przede wszystkim zbawcą w politycznym sensie –
wyzwolicielem.
Poza tym obawiają się, że zwolennicy Jezusa wywołają rozruchy i tym
samym
sprowokują krwawą reakcję Rzymu. Kajfasz mówi przecież u św. Jana:
„Lepiej, gdy
jeden człowiek zginie za lud, niżby miał zginąć cały naród”. Kajfasz
to niby czarny charakter, ale przecież niejednoznaczny. Ma się
wrażenie, że
tłum zapanował nad nim, że stracił kontrolę, wydarzenia go przerosły. W
czasie
ukrzyżowania jest przerażony. Nie ma w nim cienia jakiejś sadystycznej
przyjemności, że oto zawisł bluźnierca. Również w „Gazecie
Wyborczej” tekst Zbigniew
Stawrowskiego omawiający książkę Josepha H.H. Weilera, prawnika
doradzającego
konwentowi przygotowującemu konstytucje europejską, p.t.
„Chrześcijańska
Europa”. Jest to próba uzasadnienia mocniejszego zaakcentowania
„chrześcijańskich korzeni” w jednoczącej się Europie. Niewątpliwą
ciekawostką
jest fakt, że autor nie jest chrześcijaninem, a wierzącym żydem. Europa –pisze Stawrowski- ma ambicję
stworzenia wspólnoty etycznej połączonej wspólną pamięcią i wspólnymi
fundamentalnymi wartościami. W tym kontekście musi budzić głęboką
refleksję to,
że na kontynencie ukształtowanym pod dominującym wpływem kultury
chrześcijańskiej słowo „chrześcijaństwo” stało się tabu, a sami
chrześcijanie –
gdy chodzi o ich obecność w toczącej się debacie – znaleźli się w
getcie. Nie
tylko z winy zwolenników świeckiego modelu państwa. W znacznej mierze
mamy tu
do do czynienia z milczeniem, które chrześcijanie narzucili sobie sami. (...)
Nie widać więc powodu, by wspólne europejskie rozwiązanie miało
oznaczać
rezygnację z wszelkiego odwołania od religii. Wybór opcji laickiej
dokonany
przez autorów projektu konstytucji nie ma nic wspólnego z
neutralnością, lecz
stanowi uprzywilejowanie w symbolice państwowej określonej wizji świata
–
takiej, która akcentuje nie wolność religijną, lecz wolność od religii.
Choć
wszystkie konstytucje są równie ważne, niektóre są, jak się ostatecznie
okazuje, równiejsze. Przyjęcie pluralistycznej retoryki – pisze Weiler
– a
jednocześnie prowadzenie imperialistycznej polityki konstytucyjnej jest
(...)
niedopuszczalne. To nie jest Europa. Nie wynika stąd wcale, że opcja
laicka
powinna być z Europy wykluczona. Chodzi tylko o to, by w preambule,
jako
deklaracji fundamentalnych wartości, znalazło się miejsce na
tolerancyjny
pluralizm obejmujący obie opcje. Zdaniem Weilera dobrym punktem wyjścia
mogłoby
tu być np. rozwiązanie przyjęte w preambule polskiej konstytucji z 1997
r. Weiler wręcz zachęca do bezkompromisowego
manifestowania swojej wiary: (...) W
encyklice znajdujemy jasne i bezkompromisowe potwierdzenie
chrześcijańskiej
Prawdy: Chrystus jest jedynym pośrednikiem między Bogiem a ludźmi oraz
jednoznaczne odrzucenie tezy, że jedna religia ma taką samą wartość jak
druga.
Czy takie stanowisko nie rani i nie obraża ludzi innej wiary – żydów,
muzułmanów, niewierzących? Wręcz przeciwnie – mówi Weiler – jasne
potwierdzenie
swojej tożsamości to konieczny warunek dialogu, który musi dokonywać
się w
prawdzie. Jest dostrzeżeniem i uznaniem inności człowieka należącego do
odmiennej tradycji religijnej czy światopoglądowej, a tym samym
wyrażeniem
głębokiego szacunku wobec niego. Aby to
lepiej zrozumieć, wyobraźmy sobie spotkanie z muzułmanami czy żydami,
podczas
którego chrześcijanie, by nie urazić swoich rozmówców, unikaliby
jasnego
określenia, kim są i w co naprawdę wierzą, mówiąc im mniej więcej tak:
Wszyscy
wierzymy w tego samego Boga i, przynajmniej w tym, co najważniejsze,
nie
różnimy się od siebie. Czy rzeczywiście takie podejście – pyta Weiler –
byłoby
przez żydów i muzułmanów odebrane jako oznaka szacunku? Zapewne
zapytaliby oni
po chwili z zakłopotaniem: Czy zatem nie wierzycie, że zbawienie może
przyjść
tylko od Jezusa Chrystusa? Budowanie wspólnoty z
ludźmi różniącymi się
od nas zasadniczo za pomocą unikania niewygodnych prawd do niczego
dobrego nie
prowadzi. Budzi podejrzenie o brak dobrej woli z naszej strony oraz
poczucie
lekceważenia wobec kogoś, kto lęka się przyznać, jakie są podstawy jego
własnej
wiary. I może też rodzić obawę: Czy ten, kto nie szanuje własnej
tożsamości,
potrafi uszanować moją? Innego zdania jest rząd
francuski, którego
projekt ustawy o zakazie noszenia w szkołach publicznych widocznych
symboli
religijnych (krzyże, jarmułki, islamskie chusty) przeszedł gładko w
Zgromadzeniu Narodowym stosunkiem głosów 494:36. Czy jest to wynikiem
przyglądania się Francuzów „dialogowi odbywającemu się w prawdzie”, a
wciąż
jeszcze nie zakończonemu w Ziemi Świętej, gdzie symbole religijne i
„poszanowanie własnej tożsamości” jest aż nadto widoczne, czy
jest to
wynikiem francuskiego „cynizmu i złośliwości”? Problem próbuje
rozwiązać Adam
Szostkiewicz, publicysta „Polityki”, w artykule pod uwodzicielskim
tytułem –
„Francja – nietolerancja”. Szostkiewicz stara się rzetelnie przedstawić
racje
obu stron w sporze: Dlaczego mają bić po
oczach symbole religijne, a nie reklamy z nagimi kobietami i
uczniowskie
podkoszulki z symbolami satanistycznymi? Czemu wydaje się walkę znakom
religijnym, a legalizuje związki homoseksualne? Co będzie, jeśli w ślad
za tą
ustawą ktoś zaproponuje następną, na przykład zakazującą noszenia w
miejscach
publicznych habitu czy sutanny? Dlaczego nie zakazano symboli
masońskich? Czy w
Paryżu nie doszli do głosu jakobini, którym marzy się cofnięcie
historii do
czasów rewolucyjnej wojny z Kościołem i wszelkimi religiami jako
niebezpieczną
ciemnotą? Ale
takie dyskredytowanie intencji twórców ustawy jest łatwizną. Francuski
republikanizm może się podobać lub nie, ale wyrósł on z konkretnego
doświadczenia historycznego. Krwawych wojen religijnych, rzezi
protestantów w
noc św. Bartłomieja (1572), później rewolucyjnych prześladowań
katolików, odbudowy
potęgi i wpływów politycznych kościoła katolickiego, od którego
ostatecznie
radykalnie odcięto państwo w 1905 r. A po drodze był jeszcze zajadły
francuski
antysemityzm. Dlatego większość Francuzów szczerze wierzy w zasadę
państwa
całkowicie świeckiego jako rękojmię pokoju społecznego. Kościół
katolicki i
inne wspólnoty religijne ułożyły sobie stosunki z republiką i nie
oczekują
żadnej zasadniczej rewizji w tej dziedzinie. Problemem jest wojowniczy
islam. Autor dodaje, że wśród
francuskich muzułmanów
zakaz popiera 42% (wśród kobiet tego wyznania – 53%), a w prawie stu
procentach
islamskiej Turcji od lat obowiązuje zakaz noszenia chust w szkołach i
urzędach
państwowych. Pod koniec artykułu autor reasumuje: Francja
nie wycofa się ze swej koncepcji republiki
świeckiej. Politycy podkreślają, że zakaz symboli nie jest wymierzony
ani w
islam jako taki, ani w jego wyznawców, lecz agresywną mniejszość
radykałów.
Republika nigdy nie wyrzeknie się swych ideałów, ale nie pozwoli, by
pod
płaszczykiem religijnym zarażać francuski naród obywatelski wirusem
seksizmu –
przecież chusta to symbol dominacji mężczyzn w kulturze islamu – i
nienawiści
do zachodniego stylu życia. To są
poważne argumenty. Politycy w innych krajach Europy już biją brawo
Francji – w
Belgii zgłoszono podobny projekt, w Niemczech jedna z działaczek
Zielonych
podkreśliła, że francuska ustawa to krok jak najbardziej słuszny:
państwo
demokratyczne ma obowiązek interweniować, gdy zagrożone są jego
fundamenty.
Żeby nikt później nie mówił: dlaczego się ociągaliście? W Niemczech
żywe jest
wspomnienie hitleryzmu – doszedł do władzy dzięki głosom sfrustrowanych
robotników i drobnomieszczan. Problem rzeczywiście trudny,
wymagający
głębokiego przemyślenia i sporego wysiłku intelektualnego, który to
intelektualizm
w opinii Susan Sontag jest atrybutem europejskiego sposobu myślenia.
Amerykańska pisarka z okazji przyznania jej Pokojowej Nagrody Związku
Księgarzy
Niemieckich wygłosiła z tej okazji przemówienie, które przerodziło się
w esej o
antagonizmie między Europą i Ameryką. Sprowokowana ostentacyjną
nieobecnością
amerykańskiego ambasadora w Niemczech na uroczystości wręczenia
prestiżowej
nagrody (porównywalnej do literackiego Nobla) obywatelowi Stanów
Zjednoczonych,
z poczucia, jak twierdzi, obywatelskiej odpowiedzialności za swój kraj,
pozwoliła sobie na parę słów krytyki pod adresem obecnej administracji
Białego
Domu. Amerykański ambasador ma obowiązek
reprezentować swój kraj, i to cały – stwierdziła pisarka, jednak ambasadorowi bardziej zależy na demonstrowaniu
ideologicznej postawy i gniewnych reakcji administracji Busha niż na
pełnieniu
normalnych obowiązków dyplomatycznych... Jakie są te „ideologiczne
postawy”
i na czym polega konflikt pomiędzy obu kontynentami Sontag próbuje
przedstawić
w dalszej części swojego przemówienia: Gniewne, lekceważące
wypowiedzi o Europie i
pewnych europejskich krajach są dziś powszechną monetą w amerykańskiej
retoryce
politycznej, a tutaj, przynajmniej w bogatych krajach w zachodniej
części
kontynentu, antyamerykańskie sentymenty są bardziej rozpowszechnione,
głośniejsze i bardziej nieumiarkowane niż kiedykolwiek wcześniej. Czy
to
konflikt? Czy ma głębokie korzenie? Sądzę, że tak. Jak się wzajemnie
postrzegają antagoniści po
obu brzegach Atlantyku?: (...)
Amerykańska niewinność i europejskie wyrafinowanie. Amerykański
pragmatyzm i
europejski intelektualizm. Amerykańska energia i europejska dekadencja.
Amerykańska naiwność i europejski cynizm. Amerykańska dobroduszność i
europejska złośliwość. Amerykański moralizm i europejska sztuka
kompromisu
–wszyscy znają te melodie. Melodie
te można wykorzystać do różnych układów choreograficznych; tańczono do
nich na
wszelkie możliwe sposoby przez dwa burzliwe stulecia. Eurofile mogą
używać tych
szacownych przeciwstawień, by utożsamić Amerykę ze skoncentrowanym na
handlu
barbarzyństwem, a Europę z wysoką kulturą, natomiast eurofobowie
korzystają z
gotowego poglądu, według którego Ameryka reprezentuje idealizm,
otwartość i
demokrację, a Europa ogłupiające, snobistyczne wyrafinowanie. (...)Przeszłością jest
(lub była) Europa, a
Ameryka została ufundowana na idei zerwania z przeszłością widzianą
jako coś
krępującego i ogłupiającego oraz – w swych formach uszanowania i
hierarchii,
standardach regulujących, co lepsze i najlepsze – fundamentalnie
niedemokratycznego
czy też elitarystycznego, zgodnie z królującym dziś synonimem. Ci,
którzy
przemawiają w imieniu triumfującej Ameryki, nadal dają do zrozumienia,
że
amerykańska demokracja oznacza odrzucenie Europy oraz, owszem,
akceptację
pewnego ozdrowieńczego barbarzyństwa. Jeśli dziś większość Amerykanów
uważa, że
Europa jest raczej socjalistyczna niż elitarystyczna, oznacza to nadal,
że w
ich mniemaniu jest to wsteczny kontynent, uparcie przywiązany do
starych reguł
państwa dobrobytu. „Niech żyje nowe!” nie jest tylko sloganem kultury,
lecz
opisuje również wciąż prącą na przód, ogarniającą cały świat machinę
ekonomiczną. Jednak,
gdy to konieczne, nawet „stare” może zostać przechrzczone na „nowe”. Nie jest przypadkiem, że
uparty amerykański
sekretarz obrony usiłował wbić klin między europejskie państwa, w
niezapomniany
sposób rozróżniając „starą” (złą) i „nową” (dobrą) Europę. Jak to się
stało, że
Niemcy, Francja i Belgia zostały przydzielone do „starej” Europy,
natomiast
Hiszpania, Włochy, Polska, Ukraina, Holandia, Węgry, Czechy i Bułgaria
znalazły
się w „nowej”? Odpowiedź: wspieranie Stanów Zjednoczonych w próbach
rozszerzenia ich politycznej i militarnej potęgi oznacza na mocy
definicji
przyjęcie do bardziej pożądanej kategorii, czyli zaliczenie do „nowej”
Europy.
Kto jest z nami, jest „nowy”. (...)
Zapewne najważniejszym źródłem nowego (i niezbyt nowego) amerykańskiego
radykalizmu jest religia, zwykle uważana za źródło wartości
konserwatywnych.
Wielu komentatorów zwraca uwagę na największą różnicę między Stanami
Zjednoczonymi i większością krajów europejskich (...) – w Ameryce
religia nadal
odgrywa centralną rolę w życiu społecznym i języku publicznym. Jest to
jednak
religia w amerykańskim stylu, raczej idea religii niż sama religia. Gdy
George Bush kandydował na prezydenta w 2000 r., jakiś dziennikarz pod
wpływem
natchnienia poprosił go, by wymienił swego „ulubionego filozofa”.
Odpowiedź
„Jezus Chrystus” została dobrze przyjęta, choć tutaj, w dowolnym kraju
Europy,
takie stwierdzenie ze strony kandydata jakiejkolwiek partii centrowej
na wysoki
urząd wystawiłoby go na pośmiewisko. Oczywiście Bush nie chciał w ten
sposób
dać do zrozumienia i nikt go tak nie rozumiał, że jeśli zostanie
wybrany, to
jego administracja będzie przestrzegać zasad i dążyć do realizacji
celów
społecznych, jakie głosił Jezus. (...)
Jak niektórzy Amerykanie i wielu Europejczyków wolałabym żyć w
wielobiegunowym
świecie – nie zaś zdominowanym przez jeden kraj (również mój). Pisarka czyni liczne
analogie do literatury
amerykańskiej i europejskiej, w której to z racji swojego zawodu, czuje
się
najlepiej. Nie ukrywa swojej sympatii do Europy. Dostrzega zalety
amerykańskiego żywiołu. Jest dumna ze swojego pochodzenia i kraju.
Myśli,
przedstawia problem spektakularnie i uważa, że jej ojczyzna wkracza na
błędną
ścieżkę pragnąc stać się Imperium Dobra. Bardziej „wyrafinowanymi
snobami” niż
„skoncentrowanymi na handlu barbarzyńcami” wolą być również dwaj
Europejczycy,
na nieszczęście też artyści: plastyk Zbigniew Libera i aktor Jan
Peszek. Libera
w wywiadzie udzielonym Katarzynie Bielas i Dorocie Jareckiej („Gazeta
Wyborcza”) po długiej dyskusji na temat „odrzuconych” nurtów w sztuce
namawia
do myślenia w interesie nie tylko autorów trudnych ekspozycji, lecz
również
odbiorców: Gazeta: A może ludziom nie potrzeba
sztuki trudnej, brzydkiej,
żenującej? Z.B.: Ja
wiem, że dziś najlepiej jest wystawiać to, co nie budzi żadnych
kontrowersji,
niedługo będziemy oglądać tylko to, co da się sprzedać. To, co się stało ze sztuką
w wolnej Polsce,
jest tragiczne. To załamanie i upadek. Powstrzymano artystów
„krytycznych”, bo
jakoby ich sztuka się skonczyła. To nie jest prawda. Ci artyści jeszcze
nie
zdążyli powiedzieć wszystkiego, zaledwie zasygnalizowali, co mogliby
robić. My nie
wiemy, do czego naszemu społeczeństwu mogłaby przydać się sztuka. Ale
nie
sztuka jako dekoracja, tylko sztuka jako myślenie. To nie
jest tak, że jak utrącimy taką sztukę, to zrobimy krzywdę artystom.
Krzywdę
zrobimy sobie, bo nigdy nie dowiemy się tego, czego moglibyśmy się
dowiedzieć.
Coś przegapimy, coś nas ominie. W „Rzeczpospolitej” rozmowa
Małgorzaty Piwowar
z Janem Peszkiem, sądząc z wywiadu, polskim Don Kichotem, ale nie
jedynym.
J. Peszek: Staram się nie
sprzeniewierzyć swojemu wyobrażeniu o świecie, takim,
jakim chciałbym go widzieć. Sztuka zawsze była dla mnie bardzo ważna,
bo
próbuje dać odpowiedź na zagadkę życia i człowieka. Nie mogę więc
zgodzić się
na akceptację złych gustów rozprzestrzeniających się z prędkością
światła. W
przypadku mojego zawodu – byłby to na przykład udział w reklamie, czy
sitcomie,
które nie mają nic wspólnego ze sztuką. Ciągle przypominam sentencje
mojego
mistrza Schaeffera: ”Im bliżej sztuka przylega do życia, tym bardziej
wulgarne
tworzy produkty”. Moi znakomici koledzy, którzy biorą udział w tego
typu
przedsięwzięciach, wmawiają sobie, że realizują jakąś misję nowej
rzeczywistości. A chodzi po prostu o pieniądze i nic więcej. Tak, jak
ja, myśli
z pewnością znaczna część społeczeństwa, równie bezradna wobec
mechanizmów
rządzących naszym życiem. Za nimi stoją ludzie, którzy wiedzą, jak
skutecznie
działać ekonomicznie, ale kompletnie nie myślą o przyszłości duchowej.
A nie
wolno o niej zapominać. Dlatego żyję w tym kraju, który bardzo
potrzebuje elit.
Ktoś powinien je przecież tworzyć. Tytuł rozmowy – „Człowiek z
niewyparzonym
językiem”. Wybór i
komentarz Dariusz Majer |