Philadelphia  -  Atlantic City  -  Trenton -  Wilmington










nr57 Nr 57, Marzec 2004

str. 5
- Przeczytano w prasie.  Dariusz Majer

Przeczytano w prasie

 

Światowy terroryzm zadomowił się na dobre także w Rosji, Polska ma problemy z gazem, planem Hausnera, Unią Europejską (preambuła, „Nicea albo śmierć) i handlem bronią, na którą w najbliższym czasie popyt powinien być duży.

Janina Paradowska z „Polityki” w komentarzu do tak zwanej „sprawy Bumaru” nie może się nachwalić przedsiębiorczego Andrzeja Ostrowskiego, któremu się udało przebić skostniałe przedsiębiorstwo państwowe,jakim jest Bumar, a mające do dyspozycji poparcie rządu, wywiad gospodarczy i najlepszych specjalistów. Od dawna wiadomo, że prywatna inicjatywa jest gwarantem sukcesu, a zbiurokratyzowany moloch państwowy to zawsze deficyt i nieudolność. Paradowskiej nie przeszkadza nawet to, że Ostrowski nie posiadał „stosownych certyfikatów na handel bronią w wymiarze międzynarodowym”, a „polski przemysł zbrojeniowy (...) powinien być wdzięczny (Ostrowskiemu – przyp. D.M.), gdyż dzięki jego kontaktom, być może podejrzanym (ale cóż, handel bronią w większości mieści się w sferze bardzo głębokiego cienia), może uda się nam jednak jakąś sumę z tego kontraktu urwać. Komuś coś jednak przeszkadzało, bo przetarg unieważniono. Tytuł komentarza – „Polak nie potrafi”.

W czasach gdy tragiczne wypadki, afery i problemy polityczne spowszedniały, a liczbę ofiar zamachów terrorystycznych w Iraku podaje się jak prognozę pogody, światowa prasa z pasją rozpisała się na temat „Pasji” Mela Gibsona.

Gibson sprawia wrażenie człowieka, który trzyma w kieszeni środowiska żydowskie i chrześcijańskie, które nie ustają w wysiłku reklamowania jego filmu, tak że dystrybutor zwiększył ilość kopii w samych Stanach z 2,5 tyś. do 4 tyś. Niestety większość omówień skupia się na zgodności filmu z Ewangelią i jego ewentualnej antysemickości, pomijając walory artystyczne obrazu. Do ciekawszych należy publikowana na łamach „Gazety Wyborczej” rozmowa Pawła Goźlińskiego z ks. Andrzejem Lutrem, który film obejrzał jeszcze przed oficjalną premierą:

P. Goźliński: Film wciska w fotel?

Ks. A. Luter: W ziemię. W „Pasji” są sceny na granicy ludzkiej wytrzymałości. Przede wszystkim biczowanie, długa, celebrowana, szokująco okrutna scena. Wykorzystane są w niej wszystkie narzędzia męki – biblista powie, że one tak wyglądały, że to właśnie tak mogło być. Pejcze, bicze zakończone kulami i kolcami, które wbijają się i rozrywają ciało. Po biczowaniu wielu skazańców umierało. Ty to wszystko widzisz, kamera nie ucieka, zabiera ci komfort ucieczki, dystansu. Zaraz potem korona cierniowa. To nie koronacja – to wciskanie jej, przybijanie deską do głowy skazańca. Jakim cudem ten Jezus jest jeszcze przytomny? W jaki sposób on uniesie krzyż?

P.G.: Po co cała ta dosłowność? Czy to nie jakiś „paleokatolicyzm” – zamiast dystansu i próby zrozumienia,mamy kawę na ławę, „tak jak było”.

Ks. A.L.: Spójrzmy na drogę krzyżową w naszych kościołach: Jezus upadł, drugi raz upadł, trzeci raz upadł, przeszedł, poszedł, ukrzyżowali go, umiera. Czasami przed kolejnymi stacjami popisujemy się jakimiś głębokimi albo mniej głębokimi medytacjami i to wszystko. Męka nam spowszedniała. Tymczasem Gibson mówi: to było prawdziwe ciało, prawdziwa krew, prawdziwy ból, prawdziwa śmierć. Zobacz, dotknij. Skoro słowo nie działa, skoro symbole straciły moc... Jesteśmy odcięci od ludzkiego, fizycznego wymiaru ofiary Chrystusa. Dlatego ten film trafił w swój czas. Jako wstrząs i jako przypomnienie.

(...)

P.G.: Jeżeli tak, to czy jest to film o człowieku, który dojrzewa do świadomości swojej boskości i swojego posłannictwa, czy raczej historia Boga, który musi umrzeć jako człowiek? Czy więc to film raczej o człowieku, czy o Bogu?

Ks. A.L.: O Bogu i człowieku. Tego się nie da rozdzielić.

P.G.: Ale proszę odpowiedzieć nie jak kapłan, ale jak zwyczajny widz.

Ks. A.L.: To jest człowiek. Jezus był człowiekiem, cierpiał po ludzku. Ale Gibson przypomina wciąż, po co była ta śmierć i dlaczego Jezus wziął dobrowolnie na siebie całe to cierpienie. Bo to nie jest tak, że w filmie mamy tylko Pasję, tylko ostatnie 12 godzin życia Jezusa. Są też retrospekcje: jego dzieciństwo, Kazanie na Górze, wjazd do Jerozolimy. Bez nich mielibyśmy tylko pokaz sadystycznego okrucieństwa i nieuzasadnionego w żaden sposób cierpienia. Dopiero te przywołania przeszłości wyjaśniają sens ofiary. No i oczywiście finał – bo to nie śmierć Chrystusa poprzedza napisy końcowe, ale jego zmartwychwstanie.

P.G.: Jak jest pokazane? Równie realistycznie jak śmierć?

Ks. A.L.: Nie, to już jest wizja. Zresztą wiele kadrów „Pasji” ma urodę obrazów. Niektóre można by wieszać w kościołach jak ikony.

P.G.: Ale Jezus Chrystus z podbitym okiem i twarzą Jima Caviezela teraz będzie na nas patrzył przede wszystkim z okładek pism, billboardów, z telewizyjnych reklam.

Ks. A.L.: Nic na to nie poradzimy. Mam nadzieję, że tylko przez jakiś czas. Dobrze, że ten film powstał, ale na tym koniec. Nie chciałbym, żeby w świadomości utrwalał się wizerunek konającego Chrystusa o rysach zdeformowanych bólem i wypierał wszystkie inne.

P.G.: Dlaczego?

Ks. A.L.: Bo byłby to obraz jednostronny i redukujący wielowymiarowość Chrystusa. W kościele zachodnim zawsze dominowały obrazy męki. Często porażająco dosłownie. Proszę spojrzeć na gotyckie ukrzyżowania, obraz Gruenewalda, hiszpańskie malarstwo religijne. Inaczej jest w kościele wschodnim. Tam znacznie silniejszy jest obraz Chrystusa zmartwychwstałego, nie cierpiącego, ale przebóstwionego.

Najważniejsze jest, żeby zachować równowagę. Ten film, mam wrażenie, akurat teraz taką równowagę przywraca. Jest jak cios, bo zapomnieliśmy, bo jesteśmy odcięci od przeżywania tej ofiary.

(...)

P.G.: (...) czy wersja ostateczna filmu będzie pokazywała Żydów jako żądnych krwi, sadystycznych wrogów Jezusa?

Ks. A.L.: Sadyzm? Nie, stanowczo nie. Jest jeden epizod, który może budzić kontrowersje – Sanhedryn. Z filmowego punktu widzenia to wspaniała, szalenie sugestywna scena. Żydowscy kapłani usiłują wydusić z Jezusa bluźnierstwo, by go skazać, a potem krzyczą, policzkują, plują na Jezusa.

P.G.: To zadajmy kolejne pytanie (P. Goźliński zadaje pytania z listu otwartego do Gipsona wystosowanym przez żydowską organizację Liga Przeciwko Zniesławieniu – przyp. D.M.): Czy w ostatecznej wersji „Pasji” Biblia będzie nadal traktowana wybiórczo, tak żeby uwypuklić te momenty, które zawierają oskarżenie Żydów i judaizmu? Przecież Gibson nie musiał pokazywać agresji Sanhedrynu, pozostając przy tym wiernym Ewangelii. Tylko u Mateusza i Marka znajdziemy po jednym akapicie opisującym, jak kapłani poniżają Jezusa. W dwóch pozostałych Ewangeliach Jezus jest policzkowany, ale przez sługi kapłanów, sam opis sądu mieści się w ramach zupełnie „cywilizowanego” przesłuchania.

Ks. A.L.: To prawda, ale spójrzmy na tę scenę inaczej – Gibson pokazuje tłum, w którym ludzie nawzajem zarażają się agresją, agresja wymyka się spod kontroli. Oczywiście, że to są Żydzi – no bo przecież w imię poprawności politycznej nie przeniesiemy Pasji na Islandię – ale przede wszystkim to jest tłum, agresywnie się zachowujący tłum. Zresztą można zrozumieć jego agresję. Żydowscy kapłani odrzucają Jezusa, bo nie byli w stanie zobaczyć w nim wcielonego Boga. To jest coś absolutnie przekraczające ich religijne przeświadczenie, coś nie do przyjęcia. Oni widzą w Jezusie bluźniercę podszywającego się pod Mesjasza, który miał być przede wszystkim zbawcą w politycznym sensie – wyzwolicielem. Poza tym obawiają się, że zwolennicy Jezusa wywołają rozruchy i tym samym sprowokują krwawą reakcję Rzymu. Kajfasz mówi przecież u św. Jana: „Lepiej, gdy jeden człowiek zginie za lud, niżby miał zginąć cały naród”.

Kajfasz to niby czarny charakter, ale przecież niejednoznaczny. Ma się wrażenie, że tłum zapanował nad nim, że stracił kontrolę, wydarzenia go przerosły. W czasie ukrzyżowania jest przerażony. Nie ma w nim cienia jakiejś sadystycznej przyjemności, że oto zawisł bluźnierca.

Również w „Gazecie Wyborczej” tekst Zbigniew Stawrowskiego omawiający książkę Josepha H.H. Weilera, prawnika doradzającego konwentowi przygotowującemu konstytucje europejską, p.t. „Chrześcijańska Europa”. Jest to próba uzasadnienia mocniejszego zaakcentowania „chrześcijańskich korzeni” w jednoczącej się Europie. Niewątpliwą ciekawostką jest fakt, że autor nie jest chrześcijaninem, a wierzącym żydem.

Europa –pisze Stawrowski- ma ambicję stworzenia wspólnoty etycznej połączonej wspólną pamięcią i wspólnymi fundamentalnymi wartościami. W tym kontekście musi budzić głęboką refleksję to, że na kontynencie ukształtowanym pod dominującym wpływem kultury chrześcijańskiej słowo „chrześcijaństwo” stało się tabu, a sami chrześcijanie – gdy chodzi o ich obecność w toczącej się debacie – znaleźli się w getcie. Nie tylko z winy zwolenników świeckiego modelu państwa. W znacznej mierze mamy tu do do czynienia z milczeniem, które chrześcijanie narzucili sobie sami.

(...) Nie widać więc powodu, by wspólne europejskie rozwiązanie miało oznaczać rezygnację z wszelkiego odwołania od religii. Wybór opcji laickiej dokonany przez autorów projektu konstytucji nie ma nic wspólnego z neutralnością, lecz stanowi uprzywilejowanie w symbolice państwowej określonej wizji świata – takiej, która akcentuje nie wolność religijną, lecz wolność od religii. Choć wszystkie konstytucje są równie ważne, niektóre są, jak się ostatecznie okazuje, równiejsze. Przyjęcie pluralistycznej retoryki – pisze Weiler – a jednocześnie prowadzenie imperialistycznej polityki konstytucyjnej jest (...) niedopuszczalne. To nie jest Europa. Nie wynika stąd wcale, że opcja laicka powinna być z Europy wykluczona. Chodzi tylko o to, by w preambule, jako deklaracji fundamentalnych wartości, znalazło się miejsce na tolerancyjny pluralizm obejmujący obie opcje. Zdaniem Weilera dobrym punktem wyjścia mogłoby tu być np. rozwiązanie przyjęte w preambule polskiej konstytucji z 1997 r. Weiler wręcz zachęca do bezkompromisowego manifestowania swojej wiary:

(...) W encyklice znajdujemy jasne i bezkompromisowe potwierdzenie chrześcijańskiej Prawdy: Chrystus jest jedynym pośrednikiem między Bogiem a ludźmi oraz jednoznaczne odrzucenie tezy, że jedna religia ma taką samą wartość jak druga. Czy takie stanowisko nie rani i nie obraża ludzi innej wiary – żydów, muzułmanów, niewierzących? Wręcz przeciwnie – mówi Weiler – jasne potwierdzenie swojej tożsamości to konieczny warunek dialogu, który musi dokonywać się w prawdzie. Jest dostrzeżeniem i uznaniem inności człowieka należącego do odmiennej tradycji religijnej czy światopoglądowej, a tym samym wyrażeniem głębokiego szacunku wobec niego.

Aby to lepiej zrozumieć, wyobraźmy sobie spotkanie z muzułmanami czy żydami, podczas którego chrześcijanie, by nie urazić swoich rozmówców, unikaliby jasnego określenia, kim są i w co naprawdę wierzą, mówiąc im mniej więcej tak: Wszyscy wierzymy w tego samego Boga i, przynajmniej w tym, co najważniejsze, nie różnimy się od siebie. Czy rzeczywiście takie podejście – pyta Weiler – byłoby przez żydów i muzułmanów odebrane jako oznaka szacunku? Zapewne zapytaliby oni po chwili z zakłopotaniem: Czy zatem nie wierzycie, że zbawienie może przyjść tylko od Jezusa Chrystusa?

Budowanie wspólnoty z ludźmi różniącymi się od nas zasadniczo za pomocą unikania niewygodnych prawd do niczego dobrego nie prowadzi. Budzi podejrzenie o brak dobrej woli z naszej strony oraz poczucie lekceważenia wobec kogoś, kto lęka się przyznać, jakie są podstawy jego własnej wiary. I może też rodzić obawę: Czy ten, kto nie szanuje własnej tożsamości, potrafi uszanować moją?

Innego zdania jest rząd francuski, którego projekt ustawy o zakazie noszenia w szkołach publicznych widocznych symboli religijnych (krzyże, jarmułki, islamskie chusty) przeszedł gładko w Zgromadzeniu Narodowym stosunkiem głosów 494:36. Czy jest to wynikiem przyglądania się Francuzów „dialogowi odbywającemu się w prawdzie”, a wciąż jeszcze nie zakończonemu w Ziemi Świętej, gdzie symbole religijne i „poszanowanie własnej tożsamości” jest aż nadto widoczne, czy jest to wynikiem francuskiego „cynizmu i złośliwości”? Problem próbuje rozwiązać Adam Szostkiewicz, publicysta „Polityki”, w artykule pod uwodzicielskim tytułem – „Francja – nietolerancja”. Szostkiewicz stara się rzetelnie przedstawić racje obu stron w sporze: Dlaczego mają bić po oczach symbole religijne, a nie reklamy z nagimi kobietami i uczniowskie podkoszulki z symbolami satanistycznymi? Czemu wydaje się walkę znakom religijnym, a legalizuje związki homoseksualne? Co będzie, jeśli w ślad za tą ustawą ktoś zaproponuje następną, na przykład zakazującą noszenia w miejscach publicznych habitu czy sutanny? Dlaczego nie zakazano symboli masońskich? Czy w Paryżu nie doszli do głosu jakobini, którym marzy się cofnięcie historii do czasów rewolucyjnej wojny z Kościołem i wszelkimi religiami jako niebezpieczną ciemnotą?

Ale takie dyskredytowanie intencji twórców ustawy jest łatwizną. Francuski republikanizm może się podobać lub nie, ale wyrósł on z konkretnego doświadczenia historycznego. Krwawych wojen religijnych, rzezi protestantów w noc św. Bartłomieja (1572), później rewolucyjnych prześladowań katolików, odbudowy potęgi i wpływów politycznych kościoła katolickiego, od którego ostatecznie radykalnie odcięto państwo w 1905 r. A po drodze był jeszcze zajadły francuski antysemityzm. Dlatego większość Francuzów szczerze wierzy w zasadę państwa całkowicie świeckiego jako rękojmię pokoju społecznego. Kościół katolicki i inne wspólnoty religijne ułożyły sobie stosunki z republiką i nie oczekują żadnej zasadniczej rewizji w tej dziedzinie. Problemem jest wojowniczy islam.

Autor dodaje, że wśród francuskich muzułmanów zakaz popiera 42% (wśród kobiet tego wyznania – 53%), a w prawie stu procentach islamskiej Turcji od lat obowiązuje zakaz noszenia chust w szkołach i urzędach państwowych. Pod koniec artykułu autor reasumuje:

 Francja nie wycofa się ze swej koncepcji republiki świeckiej. Politycy podkreślają, że zakaz symboli nie jest wymierzony ani w islam jako taki, ani w jego wyznawców, lecz agresywną mniejszość radykałów. Republika nigdy nie wyrzeknie się swych ideałów, ale nie pozwoli, by pod płaszczykiem religijnym zarażać francuski naród obywatelski wirusem seksizmu – przecież chusta to symbol dominacji mężczyzn w kulturze islamu – i nienawiści do zachodniego stylu życia.

To są poważne argumenty. Politycy w innych krajach Europy już biją brawo Francji – w Belgii zgłoszono podobny projekt, w Niemczech jedna z działaczek Zielonych podkreśliła, że francuska ustawa to krok jak najbardziej słuszny: państwo demokratyczne ma obowiązek interweniować, gdy zagrożone są jego fundamenty. Żeby nikt później nie mówił: dlaczego się ociągaliście? W Niemczech żywe jest wspomnienie hitleryzmu – doszedł do władzy dzięki głosom sfrustrowanych robotników i drobnomieszczan.

Problem rzeczywiście trudny, wymagający głębokiego przemyślenia i sporego wysiłku intelektualnego, który to intelektualizm w opinii Susan Sontag jest atrybutem europejskiego sposobu myślenia. Amerykańska pisarka z okazji przyznania jej Pokojowej Nagrody Związku Księgarzy Niemieckich wygłosiła z tej okazji przemówienie, które przerodziło się w esej o antagonizmie między Europą i Ameryką. Sprowokowana ostentacyjną nieobecnością amerykańskiego ambasadora w Niemczech na uroczystości wręczenia prestiżowej nagrody (porównywalnej do literackiego Nobla) obywatelowi Stanów Zjednoczonych, z poczucia, jak twierdzi, obywatelskiej odpowiedzialności za swój kraj, pozwoliła sobie na parę słów krytyki pod adresem obecnej administracji Białego Domu. Amerykański ambasador ma obowiązek reprezentować swój kraj, i to cały – stwierdziła pisarka, jednak ambasadorowi bardziej zależy na demonstrowaniu ideologicznej postawy i gniewnych reakcji administracji Busha niż na pełnieniu normalnych obowiązków dyplomatycznych... Jakie są te „ideologiczne postawy” i na czym polega konflikt pomiędzy obu kontynentami Sontag próbuje przedstawić w dalszej części swojego przemówienia:

Gniewne, lekceważące wypowiedzi o Europie i pewnych europejskich krajach są dziś powszechną monetą w amerykańskiej retoryce politycznej, a tutaj, przynajmniej w bogatych krajach w zachodniej części kontynentu, antyamerykańskie sentymenty są bardziej rozpowszechnione, głośniejsze i bardziej nieumiarkowane niż kiedykolwiek wcześniej. Czy to konflikt? Czy ma głębokie korzenie? Sądzę, że tak.

Jak się wzajemnie postrzegają antagoniści po obu brzegach Atlantyku?:

(...) Amerykańska niewinność i europejskie wyrafinowanie. Amerykański pragmatyzm i europejski intelektualizm. Amerykańska energia i europejska dekadencja. Amerykańska naiwność i europejski cynizm. Amerykańska dobroduszność i europejska złośliwość. Amerykański moralizm i europejska sztuka kompromisu –wszyscy znają te melodie.

Melodie te można wykorzystać do różnych układów choreograficznych; tańczono do nich na wszelkie możliwe sposoby przez dwa burzliwe stulecia. Eurofile mogą używać tych szacownych przeciwstawień, by utożsamić Amerykę ze skoncentrowanym na handlu barbarzyństwem, a Europę z wysoką kulturą, natomiast eurofobowie korzystają z gotowego poglądu, według którego Ameryka reprezentuje idealizm, otwartość i demokrację, a Europa ogłupiające, snobistyczne wyrafinowanie.

(...)Przeszłością jest (lub była) Europa, a Ameryka została ufundowana na idei zerwania z przeszłością widzianą jako coś krępującego i ogłupiającego oraz – w swych formach uszanowania i hierarchii, standardach regulujących, co lepsze i najlepsze – fundamentalnie niedemokratycznego czy też elitarystycznego, zgodnie z królującym dziś synonimem. Ci, którzy przemawiają w imieniu triumfującej Ameryki, nadal dają do zrozumienia, że amerykańska demokracja oznacza odrzucenie Europy oraz, owszem, akceptację pewnego ozdrowieńczego barbarzyństwa. Jeśli dziś większość Amerykanów uważa, że Europa jest raczej socjalistyczna niż elitarystyczna, oznacza to nadal, że w ich mniemaniu jest to wsteczny kontynent, uparcie przywiązany do starych reguł państwa dobrobytu. „Niech żyje nowe!” nie jest tylko sloganem kultury, lecz opisuje również wciąż prącą na przód, ogarniającą cały świat machinę ekonomiczną.

Jednak, gdy to konieczne, nawet „stare” może zostać przechrzczone na „nowe”.

Nie jest przypadkiem, że uparty amerykański sekretarz obrony usiłował wbić klin między europejskie państwa, w niezapomniany sposób rozróżniając „starą” (złą) i „nową” (dobrą) Europę. Jak to się stało, że Niemcy, Francja i Belgia zostały przydzielone do „starej” Europy, natomiast Hiszpania, Włochy, Polska, Ukraina, Holandia, Węgry, Czechy i Bułgaria znalazły się w „nowej”? Odpowiedź: wspieranie Stanów Zjednoczonych w próbach rozszerzenia ich politycznej i militarnej potęgi oznacza na mocy definicji przyjęcie do bardziej pożądanej kategorii, czyli zaliczenie do „nowej” Europy. Kto jest z nami, jest „nowy”.

(...) Zapewne najważniejszym źródłem nowego (i niezbyt nowego) amerykańskiego radykalizmu jest religia, zwykle uważana za źródło wartości konserwatywnych. Wielu komentatorów zwraca uwagę na największą różnicę między Stanami Zjednoczonymi i większością krajów europejskich (...) – w Ameryce religia nadal odgrywa centralną rolę w życiu społecznym i języku publicznym. Jest to jednak religia w amerykańskim stylu, raczej idea religii niż sama religia.

Gdy George Bush kandydował na prezydenta w 2000 r., jakiś dziennikarz pod wpływem natchnienia poprosił go, by wymienił swego „ulubionego filozofa”. Odpowiedź „Jezus Chrystus” została dobrze przyjęta, choć tutaj, w dowolnym kraju Europy, takie stwierdzenie ze strony kandydata jakiejkolwiek partii centrowej na wysoki urząd wystawiłoby go na pośmiewisko. Oczywiście Bush nie chciał w ten sposób dać do zrozumienia i nikt go tak nie rozumiał, że jeśli zostanie wybrany, to jego administracja będzie przestrzegać zasad i dążyć do realizacji celów społecznych, jakie głosił Jezus.

(...) Jak niektórzy Amerykanie i wielu Europejczyków wolałabym żyć w wielobiegunowym świecie – nie zaś zdominowanym przez jeden kraj (również mój).

Pisarka czyni liczne analogie do literatury amerykańskiej i europejskiej, w której to z racji swojego zawodu, czuje się najlepiej. Nie ukrywa swojej sympatii do Europy. Dostrzega zalety amerykańskiego żywiołu. Jest dumna ze swojego pochodzenia i kraju. Myśli, przedstawia problem spektakularnie i uważa, że jej ojczyzna wkracza na błędną ścieżkę pragnąc stać się Imperium Dobra.

Bardziej „wyrafinowanymi snobami” niż „skoncentrowanymi na handlu barbarzyńcami” wolą być również dwaj Europejczycy, na nieszczęście też artyści: plastyk Zbigniew Libera i aktor Jan Peszek. Libera w wywiadzie udzielonym Katarzynie Bielas i Dorocie Jareckiej („Gazeta Wyborcza”) po długiej dyskusji na temat „odrzuconych” nurtów w sztuce namawia do myślenia w interesie nie tylko autorów trudnych ekspozycji, lecz również odbiorców: Gazeta: A może ludziom nie potrzeba sztuki trudnej, brzydkiej, żenującej?

Z.B.: Ja wiem, że dziś najlepiej jest wystawiać to, co nie budzi żadnych kontrowersji, niedługo będziemy oglądać tylko to, co da się sprzedać.

To, co się stało ze sztuką w wolnej Polsce, jest tragiczne. To załamanie i upadek. Powstrzymano artystów „krytycznych”, bo jakoby ich sztuka się skonczyła. To nie jest prawda. Ci artyści jeszcze nie zdążyli powiedzieć wszystkiego, zaledwie zasygnalizowali, co mogliby robić.

My nie wiemy, do czego naszemu społeczeństwu mogłaby przydać się sztuka. Ale nie sztuka jako dekoracja, tylko sztuka jako myślenie.

To nie jest tak, że jak utrącimy taką sztukę, to zrobimy krzywdę artystom. Krzywdę zrobimy sobie, bo nigdy nie dowiemy się tego, czego moglibyśmy się dowiedzieć. Coś przegapimy, coś nas ominie.

W „Rzeczpospolitej” rozmowa Małgorzaty Piwowar z Janem Peszkiem, sądząc z wywiadu, polskim Don Kichotem, ale nie jedynym. J.  Peszek: Staram się nie sprzeniewierzyć swojemu wyobrażeniu o świecie, takim, jakim chciałbym go widzieć. Sztuka zawsze była dla mnie bardzo ważna, bo próbuje dać odpowiedź na zagadkę życia i człowieka. Nie mogę więc zgodzić się na akceptację złych gustów rozprzestrzeniających się z prędkością światła. W przypadku mojego zawodu – byłby to na przykład udział w reklamie, czy sitcomie, które nie mają nic wspólnego ze sztuką. Ciągle przypominam sentencje mojego mistrza Schaeffera: ”Im bliżej sztuka przylega do życia, tym bardziej wulgarne tworzy produkty”. Moi znakomici koledzy, którzy biorą udział w tego typu przedsięwzięciach, wmawiają sobie, że realizują jakąś misję nowej rzeczywistości. A chodzi po prostu o pieniądze i nic więcej. Tak, jak ja, myśli z pewnością znaczna część społeczeństwa, równie bezradna wobec mechanizmów rządzących naszym życiem. Za nimi stoją ludzie, którzy wiedzą, jak skutecznie działać ekonomicznie, ale kompletnie nie myślą o przyszłości duchowej. A nie wolno o niej zapominać. Dlatego żyję w tym kraju, który bardzo potrzebuje elit. Ktoś powinien je przecież tworzyć.

Tytuł rozmowy – „Człowiek z niewyparzonym językiem”.

Wybór i komentarz Dariusz Majer