Philadelphia  -  Atlantic City  -  Trenton -  Wilmington










nr57 Nr 57, Marzec 2004

str. 26
- Jedziemy na narty. Krzysztof Kostkiewicz

Jedziemy na narty

Krzysztof Kostkiewicz

Wtajemniczeni to wiedzą. Na samo słowo narty, pojawia się w uszach szum, i to nie z powodu wysokiego ciśnienia, czy dwóch szklaneczek „scotch on the rocks”, ale szum zjazdu, szum lasu w górach. Pod przymkniętymi powiekami przemykają ponętne obrazy. Ośnieżone stoki. Strzeliste jodły tarmoszone wiatrem na wszystkie strony. Piękne dziewczyny i zgrabne chłopaki znieruchomiali na wyciągu łapią słońce podczas podróży w górę, by po chwili szusować w dół efektownymi zakolami, leciutko tylko manewrując ciałem, a reszta wychodzi sama, jak gdyby zupełnie bez wysiłku. Spróbujmy to „bez wysiłku” powtórzyć. Wtedy dopiero przekonamy się ile wartości tkwi we wszystkich poradach o przygotowaniu przed nartami. O budowaniu kondycji, o pomocnych ćwiczeniach, począwszy od dziesiątków przysiadów, a skończywszy na pompkach, lub odwrotnie. Każda metoda jest dobra, byle tę kondycję  poprawiała. Czy chcę zniechęcić tych wszystkich odrobinę mniej zdyscyplinowanych? Tych, co im słodkie lenistwo nie pozwala przygotowań nawet zacząć? Ależ nie, nic bardziej błędnego. Sam większość przygotowań do sezonu rozpoczynałem od zjawienia się z nartami na śnieżnym stoku, a pierwszym przysiadem było zapięcie butów. Drugim było odpinanie nart, bowiem zapinanie udaje się, jak wiemy, przez wdeptywanie się w wiązania.

Do jednego natomiast zachęcam gorąco – nawet jeśli czarne diamenty to dla nas nic wielkiego, rozpoczynajmy sezon od stoków łatwiejszych. Nawet zielone kółko nie jest żadnym wstydem pierwszego dnia. Nie jest nim także w dniach następnych. Samopoczucie poprawi fakt, że zawsze, ale to zawsze spotkamy kogoś, kto na nartach trzyma się słabiej od nas.

 Narty nie są sportem tanim. Relatywnie kosztowny jest sprzęt i ubiór. Drogie są też wyciągi. Dojazd do śnieżnych stoków oraz miejsce do spania też uszczuplają stan konta. Więc co? Zrezygnować? Przenigdy!

Jeśli środki finansowe nie pozwalają na „wszystko na raz” – przypatrzmy się jak można koszty narciarskiej przygody obniżyć do strawnego poziomu.

Sprzęt – dla dokonania pierwszych prób, można wypożyczyć. Jeśli bakcyl połknięty, rozglądamy się za sprzętem na posezonowych wyprzedażach sklepowych, lub, jeszcze taniej, kupujemy po sezonie z wypożyczalni.

Ubiór – na początek nie musi być wyczynowy i „po pośledniej modzie”. Dobrze jest jednak mieć nieprzemakalne spodnie, by w razie bezpośredniego kontaktu ze stokiem nie wozić mokrego siedzenia przez pół dnia.

Wyciągi - tych nie ominiemy. Na stokach narciarskich należy mieć zawsze ważny bilet przyczepiony do ubrania w widocznym miejscu. Zawsze watro dokładnie przestudiować cennik i ułożyć plan białego szaleństwa. Można kupować bilet na pół dnia, jest tańszy, a zwykle trudno jest wytrzymać kondycyjnie cały dzień. Bilet na dwa kolejne dni też zazwyczaj kupimy ze zniżką.

Bliskość pasma górskiego Pocono pozwoli na wyeliminowanie cen hoteli. Szereg stoków narciarskich znajdziemy w odległości poniżej stu mil. Wypady jednodniowe są więc zupełnie realne. Wypady z jednym, lub dwoma noclegami zwiększają wprawdzie koszt, ale też radykalnie podnoszą walory wypoczynkowe i sportowe zimowej eskapady.

Do nieodległych i najpopularniejszych miejsc narciarskich w paśmie Pocono należą: Alpine Mountain, Camelback, Big Boulder, Jack Frost, Shawnee Mountain. W sezonie zimowym szczegółowe informatory z mapkami, liczbą wyciągów i tras zjazdowych spotkać można we wszystkich punktach informacji turystycznej, na postojach autostradowych czy w sklepach ze sprzętem sportowym.

 Oddalając się od Filadelfii autostradą 476, po minięciu Scranton i przejechaniu około trzydziestu mil na północ drogą 81 natrafimy na region Endless Mountains. W zachodnim rożku tego regionu ulokowała się malownicza góra Elk, raj narciarski od roku 1959, czyli początków zorganizowanego narciarstwa w tej strefie. Elk ma wysokość nad poziom morza 2693 stopy, najwyższy szczyt w zachodniej Pensylwanii, a przewyższenie zjazdów wynosi 1000 stóp, jedno z największych w opisywanej strefie. Elk Mountain posiada 6 podwójnych wyciągów i 27 tras zjazdowych. Część stoków jest oświetlona, tak, że białe szaleństwo można uprawiać od 8:30 rano do 10:00 wieczorem. Hmm, pogratuluję każdemu, kto przemierzy wszystkie trasy jednego dnia.

Przestronne schronisko oferuje posiłki po niewygórowanych cenach, można także zjeść własne wiktuały, jeśli „zamerykanizowanie” nie zapędziło nas jeszcze do fast food’ów i take out’ów. To jest zresztą wdzięczny, lub raczej niewdzięczny temat na całkiem osobny felieton. Wypożyczalnia sprzętu posiada wybór wystarczający do zaspokojenia potrzeb najwybredniejszych uczestników zimowej przygody.

 autor
Autor

Nieco powyżej głównego schroniska przycupnęło na zboczu schronisko stare, pamiętające początki „nartowania” na górze Elk. Tu spotykamy atmosferę jak w Tatrach, czy Karkonoszach. Ściany z bali drewnianych uszczelnionych słomianym warkoczem, proste stoły i ławy integrują uczestników narciarskich poczynań niezależnie od umiejętności, czy ... akcentu. Poczucie więzi powięsza wydatnie rozłożyste palenisko z żeliwnym rusztem, na którym każdy przypieka, co tam przyniósł. Najczęściej kiełbaski, ale także parówki, czy kromki chleba. Po kilku zjazdach wszystko smakuje wyśmienicie. Na jednej ze ścian wisi oszklona gablota rozmiarów sporej gazetki ściennej. Kto jeszcze pamięta te gazetki?

Gazetka właśnie wygrzebała z pamięci scenkę szkolną. Jest rok 1982. Stan wojenny trwa, choć już coraz cieniej przędzie. Wywiadówka. Rodzice wtłoczeni w ławki swoich ośmioletnich dzieci. „Pani” szuka ochotników do zredagowania gazetki ściennej na rocznicę PRL-u. Cisza gęsta, że można nożem kroić. Wreszcie podnosi się ręka. Klasa patrzy na zbawcę z nadzieją. A rodzic mówi – nie jestem pewien, czy to się nada, ale mam w domu zbiór wszystkich kartek. i tych pierwszych na cukier, i tych na mięso, papierosy, wódkę. I co tam jeszcze było po drodze. Klasa zamiera. Chyba nas wszystkich zamkną – myśli. A potem wybucha długim, szczerym śmiechem.

Wróćmy lepiej do gabloty w schronisku. Zawiera niewątpliwy polski ślad. Poświęcona jest bowiem Kevinowi Żukowskiemu. Był zakochany w Elk Mountain. Spędzał tu na nartach cały wolny czas. Był sercem i duszą Góry przez wiele lat. Trenował młodzież. Wpajał jej miłość do gór, szacunek dla bliźnich. Zostawił trwały ślad w ludzkich sercach, mimo, że żył tak krótko. Miał 24 lata, gdy nie powrócił z samotnej wyprawy narciarskiej w stanie Maine. Nie został odnaleziony.Góry nigdy go nie oddały.

  Najbliższa okolica Elk Mountain to tereny turystyczno – wypoczynkowe. Maleńkie osiedla, miasteczka. Hoteliki, restauracje, bary. Stadniny koni, pola golfowe, trasy wycieczkowe. Ślady po kopalniach, z których żył region przed laty, pozostały już tylko w nazwach i lokalnych muzeach. Inny polski ślad napotykamy w Forest City, miasteczku dwutysięcznym. Informator podaje, że znajdziemy tam sklepy, stację benzynową, restauracje, banki, oraz dystrybutorów, czyli, że można też kupić co-nieco na ponartach. W sklepie spożywczym, nazywanym Supermarketem, leży w gablocie kiełbasa, robiona na miejscu przez rzeźnika o polskim nazwisku. Kupujemy na próbę, która znika tego samego wieczoru. Czy to tylko apetyt w górach? Z pewnością nie. Pan rzeźnik robi tak wyśmienitą polską kiełbasę, że tylko wędzone mięsko Hrabiego może się z nią równać.           

Pewnej zimy, na górze ELK pojawił się pan około siedemdziesiątki, na nartach niedługich, aby łatwiej kręcić. Ze stroju narciarskiego miał tylko buty. Inaczej nie mógłby przypiąć desek. Reszta była zupełnie ogólnie turystyczna. Obwoził więc po stoku mokre siedzenie bez żenady. Uprawiał swoje narciarstwo przy mniejszym wyciągu, który przenosił pasażerów do połowy góry. Tam, spoglądał z niekłamanym szacunkiem na to co w dole i rozpoczynał swój „zjazd” by się na ten dół jakoś dostać. Trasę przebywał głównie pługiem, używając dodatkowo do hamowania kijków drapiąc nimi stok. Zjazd kończył się sukcesem przy dolnej stacji wyciągu. Pan spoglądał z szacunkiem, tym razem, w górę i pakował się na krzesełko jadące na półszczyt, by swoje wysiłki powtórzyć. Przy którymś zjeździe stracił równowagę i wyłożył się na śniegu z poplątanymi nogami i rękami. Zapytany, czy potrzebuje pomocy, zupełnie sprawnie rozsupłał kończyny i odparł, nadal z pozycji leżącej, - ależ nie, dziękuję, ja właśnie cieszę się chwilą, mam już dobrze ponad siedemdziesiąt lat i zamiast zastygać na kanapie przed telewizorem, jeżdżę na nartach. Czyż to nie piękne?