Jedziemy
na narty
Krzysztof
Kostkiewicz
Wtajemniczeni
to wiedzą. Na samo słowo
narty, pojawia się w uszach szum, i to nie z powodu wysokiego
ciśnienia, czy
dwóch szklaneczek „scotch on the rocks”, ale szum zjazdu, szum lasu w
górach. Pod
przymkniętymi powiekami przemykają ponętne obrazy. Ośnieżone stoki.
Strzeliste
jodły tarmoszone wiatrem na wszystkie strony. Piękne dziewczyny i
zgrabne
chłopaki znieruchomiali na wyciągu łapią słońce podczas podróży w górę,
by po
chwili szusować w dół efektownymi zakolami, leciutko tylko manewrując
ciałem, a
reszta wychodzi sama, jak gdyby zupełnie bez wysiłku. Spróbujmy to „bez
wysiłku” powtórzyć. Wtedy dopiero przekonamy się ile wartości tkwi we
wszystkich poradach o przygotowaniu przed nartami. O budowaniu
kondycji, o
pomocnych ćwiczeniach, począwszy od dziesiątków przysiadów, a
skończywszy na
pompkach, lub odwrotnie. Każda metoda jest dobra, byle tę kondycję poprawiała. Czy chcę zniechęcić tych
wszystkich odrobinę mniej zdyscyplinowanych? Tych, co im słodkie
lenistwo nie
pozwala przygotowań nawet zacząć? Ależ nie, nic bardziej błędnego. Sam
większość przygotowań do sezonu rozpoczynałem od zjawienia się z
nartami na
śnieżnym stoku, a pierwszym przysiadem było zapięcie butów. Drugim było
odpinanie nart, bowiem zapinanie udaje się, jak wiemy, przez
wdeptywanie się w
wiązania.
Do jednego
natomiast zachęcam gorąco – nawet jeśli czarne diamenty to dla nas nic
wielkiego, rozpoczynajmy sezon od stoków łatwiejszych. Nawet zielone
kółko nie
jest żadnym wstydem pierwszego dnia. Nie jest nim także w dniach
następnych.
Samopoczucie poprawi fakt, że zawsze, ale to zawsze spotkamy kogoś, kto
na
nartach trzyma się słabiej od nas.
Narty
nie są sportem tanim. Relatywnie
kosztowny jest sprzęt i ubiór. Drogie są też wyciągi. Dojazd do
śnieżnych
stoków oraz miejsce do spania też uszczuplają stan konta. Więc co?
Zrezygnować?
Przenigdy!
Jeśli środki
finansowe nie pozwalają na „wszystko na raz” – przypatrzmy się jak
można koszty
narciarskiej przygody obniżyć do strawnego poziomu.
Sprzęt – dla
dokonania pierwszych prób, można wypożyczyć. Jeśli bakcyl połknięty,
rozglądamy
się za sprzętem na posezonowych wyprzedażach sklepowych, lub, jeszcze
taniej,
kupujemy po sezonie z wypożyczalni.
Ubiór – na
początek nie musi być wyczynowy i „po pośledniej modzie”. Dobrze jest
jednak
mieć nieprzemakalne spodnie, by w razie bezpośredniego kontaktu ze
stokiem nie
wozić mokrego siedzenia przez pół dnia.
Wyciągi - tych
nie ominiemy. Na stokach narciarskich należy mieć zawsze ważny bilet
przyczepiony
do ubrania w widocznym miejscu. Zawsze watro dokładnie przestudiować
cennik i
ułożyć plan białego szaleństwa. Można kupować bilet na pół dnia, jest
tańszy, a
zwykle trudno jest wytrzymać kondycyjnie cały dzień. Bilet na dwa
kolejne dni
też zazwyczaj kupimy ze zniżką.
Bliskość pasma
górskiego Pocono pozwoli na wyeliminowanie cen hoteli. Szereg stoków
narciarskich znajdziemy w odległości poniżej stu mil. Wypady
jednodniowe są
więc zupełnie realne. Wypady z jednym, lub dwoma noclegami zwiększają
wprawdzie
koszt, ale też radykalnie podnoszą walory wypoczynkowe i sportowe
zimowej
eskapady.
Do nieodległych
i najpopularniejszych miejsc narciarskich w paśmie Pocono należą:
Alpine
Mountain, Camelback, Big Boulder, Jack Frost, Shawnee Mountain. W
sezonie
zimowym szczegółowe informatory z mapkami, liczbą wyciągów i tras
zjazdowych
spotkać można we wszystkich punktach informacji turystycznej, na
postojach
autostradowych czy w sklepach ze sprzętem sportowym.
Oddalając
się od Filadelfii autostradą 476, po
minięciu Scranton i przejechaniu około trzydziestu mil na północ drogą
81
natrafimy na region Endless Mountains. W zachodnim rożku tego regionu
ulokowała
się malownicza góra Elk, raj narciarski od roku 1959, czyli początków
zorganizowanego narciarstwa w tej strefie. Elk ma wysokość nad poziom
morza
2693 stopy, najwyższy szczyt w zachodniej Pensylwanii, a przewyższenie
zjazdów
wynosi 1000 stóp, jedno z największych w opisywanej strefie. Elk
Mountain
posiada 6 podwójnych wyciągów i 27 tras zjazdowych. Część stoków jest
oświetlona, tak, że białe szaleństwo można uprawiać od 8:30 rano do
10:00
wieczorem. Hmm, pogratuluję każdemu, kto przemierzy wszystkie trasy
jednego
dnia.
Przestronne
schronisko oferuje posiłki po niewygórowanych cenach, można także zjeść
własne
wiktuały, jeśli „zamerykanizowanie” nie zapędziło nas jeszcze do fast
food’ów i
take out’ów. To jest zresztą wdzięczny, lub raczej niewdzięczny temat
na
całkiem osobny felieton. Wypożyczalnia sprzętu posiada wybór
wystarczający do
zaspokojenia potrzeb najwybredniejszych uczestników zimowej przygody.

Autor
Nieco powyżej
głównego
schroniska przycupnęło na zboczu schronisko stare, pamiętające początki
„nartowania”
na górze Elk. Tu spotykamy atmosferę jak w Tatrach, czy Karkonoszach.
Ściany z
bali drewnianych uszczelnionych słomianym warkoczem, proste stoły i
ławy
integrują uczestników narciarskich poczynań niezależnie od
umiejętności, czy
... akcentu. Poczucie więzi powięsza wydatnie rozłożyste palenisko z
żeliwnym
rusztem, na którym każdy przypieka, co tam przyniósł. Najczęściej
kiełbaski,
ale także parówki, czy kromki chleba. Po kilku zjazdach wszystko
smakuje
wyśmienicie. Na jednej ze ścian wisi oszklona gablota rozmiarów sporej
gazetki
ściennej. Kto jeszcze pamięta te gazetki?
Gazetka właśnie
wygrzebała z pamięci scenkę szkolną. Jest rok 1982. Stan wojenny trwa,
choć już
coraz cieniej przędzie. Wywiadówka. Rodzice wtłoczeni w ławki swoich
ośmioletnich dzieci. „Pani” szuka ochotników do zredagowania gazetki
ściennej
na rocznicę PRL-u. Cisza gęsta, że można nożem kroić. Wreszcie podnosi
się
ręka. Klasa patrzy na zbawcę z nadzieją. A rodzic mówi – nie jestem
pewien, czy
to się nada, ale mam w domu zbiór wszystkich kartek. i tych pierwszych
na
cukier, i tych na mięso, papierosy, wódkę. I co tam jeszcze było po
drodze.
Klasa zamiera. Chyba nas wszystkich zamkną – myśli. A potem wybucha
długim,
szczerym śmiechem.
Wróćmy lepiej
do gabloty w schronisku. Zawiera niewątpliwy polski ślad. Poświęcona
jest
bowiem Kevinowi Żukowskiemu. Był zakochany w Elk Mountain. Spędzał tu
na
nartach cały wolny czas. Był sercem i duszą Góry przez wiele lat.
Trenował
młodzież. Wpajał jej miłość do gór, szacunek dla bliźnich. Zostawił
trwały ślad
w ludzkich sercach, mimo, że żył tak krótko. Miał 24 lata, gdy nie
powrócił z
samotnej wyprawy narciarskiej w stanie Maine. Nie został
odnaleziony.Góry nigdy
go nie oddały.
Najbliższa okolica Elk Mountain to tereny
turystyczno – wypoczynkowe. Maleńkie osiedla, miasteczka. Hoteliki,
restauracje, bary. Stadniny koni, pola golfowe, trasy wycieczkowe.
Ślady po kopalniach,
z których żył region przed laty, pozostały już tylko w nazwach i
lokalnych
muzeach. Inny polski ślad napotykamy w Forest City, miasteczku
dwutysięcznym.
Informator podaje, że znajdziemy tam sklepy, stację benzynową,
restauracje,
banki, oraz dystrybutorów, czyli, że można też kupić co-nieco na
ponartach. W
sklepie spożywczym, nazywanym Supermarketem, leży w gablocie kiełbasa,
robiona
na miejscu przez rzeźnika o polskim nazwisku. Kupujemy na próbę, która
znika
tego samego wieczoru. Czy to tylko apetyt w górach? Z pewnością nie.
Pan
rzeźnik robi tak wyśmienitą polską kiełbasę, że tylko wędzone mięsko
Hrabiego
może się z nią równać.
Pewnej zimy, na
górze ELK pojawił się pan około siedemdziesiątki, na nartach
niedługich, aby
łatwiej kręcić. Ze stroju narciarskiego miał tylko buty. Inaczej nie
mógłby
przypiąć desek. Reszta była zupełnie ogólnie turystyczna. Obwoził więc
po stoku
mokre siedzenie bez żenady. Uprawiał swoje narciarstwo przy mniejszym
wyciągu,
który przenosił pasażerów do połowy góry. Tam, spoglądał z niekłamanym
szacunkiem na to co w dole i rozpoczynał swój „zjazd” by się na ten dół
jakoś
dostać. Trasę przebywał głównie pługiem, używając dodatkowo do
hamowania kijków
drapiąc nimi stok. Zjazd kończył się sukcesem przy dolnej stacji
wyciągu. Pan
spoglądał z szacunkiem, tym razem, w górę i pakował się na krzesełko
jadące na
półszczyt, by swoje wysiłki powtórzyć. Przy którymś zjeździe stracił
równowagę
i wyłożył się na śniegu z poplątanymi nogami i rękami. Zapytany, czy
potrzebuje
pomocy, zupełnie sprawnie rozsupłał kończyny i odparł, nadal z pozycji
leżącej,
- ależ nie, dziękuję, ja właśnie cieszę się chwilą, mam już dobrze
ponad
siedemdziesiąt lat i zamiast zastygać na kanapie przed telewizorem,
jeżdżę na
nartach. Czyż to nie piękne?
|