Philadelphia  -  Atlantic City  -  Trenton -  Wilmington








Nr 33, Marzec 2002
str. 11
 
- Trzydziestolecie "Nowego Dziennika" Relacja osobista. 
Krzysztof Kostkiewicz
Trzydziestolecie "Nowego Dziennika"
Relacja osobista
Krzysztof Kostkiewicz

Proszę Państwa, drodzy czytelnicy (ciągle z nadzieją, że ktoś mnie czyta!) i cała reszta. Chcę Was poczęstować zupełnie inną relacją z bardzo ważnego polonijnego wydarzenia – gali trzydziestolecia "Nowego Dziennika" z Nowego Jorku, największej gazety polskiej wydawanej poza granicami Polski. Inną, bo opartą o wrażenia raczej niż fakty, o refleksje i wspomnienia, a nie listę gości, znakomitych zresztą, i ich przemówienia, o króciutkie spotkania z Maciejem Wierzyńskim, Janem Pietrzakiem, czy Krzysztofem Medyną.
Przed popadnięciem w dygresje – serdeczne gratulacje, osobiste i od naszego filadelfijskiego miesięcznika "Teraz" dla Bolesława Wierzbiańskiego, Macieja Wierzyńskiego, całej Redakcji "Nowego Dziennika" za trzydzieści lat walk i starań, za dostarczenie wielu tysięcy wydań gazety, która stała się instytucją dla paru pokoleń polskich emigrantów. 
Od czego tu zacząć? Może od początku? Tak, właśnie od początku. Redakcja "Nowego Dziennika" przysłała nam e-mailowe zaproszenie do uczestnictwa w celebracji trzydziestolecia. Zgodnie z instrukcją zadzwoniłem do pani Ewy Kowalskiej, która troszczy się w Redakcji o pieniążki. I zaczęło się zastanawianie. Sto pięćdziesiąt dolców od osoby to dość dużo. A do tego "black tie". Czy wpuszczą w ciemnym garniturze? Jeszcze jeden telefon do pani Ewy. Usłyszałem – mój mąż też będzie w garniturze, a nie w smokingu, bilety idą jak woda. Zdecydowaliśmy, że jedziemy! Okazja się nie powtórzy. Ja mam ciemnogranatowy garnitur i muchę, dla Zosi kupujemy długą, balową spódnicę z bluzką, biżuteria musi pozostać "stara". Wysyłam czek. Po kilku dniach zaproszenia są w poczcie. Pięknie zaprojektowane i wydrukowane. A w środku znakomite nazwiska. Na galę nagród prasowych zapraszają: "Nowy Dziennik", Jego Ekscelencja Władysław Bartoszewski, były Minister Spraw Zagranicznych Polski oraz The International Committee of Journalism. Impreza wystartuje koktajlem o godzinie siódmej wieczorem, w Sobotę, 23 Lutego roku 2002, w salach Het Super Lub tuż obok Broadway, a poprowadzi Jan Pietrzak! 
Jeszcze, z dziennikarskiego obowiązku, wymienię nagrodzonych i obecnych na gali znakomitych dziennikarzy amerykańskich. Za wybitne osiągnięcia w relacjonowaniu spraw polskich, w czasach walki Polaków o demokrację, medalami trzydziestolecia "Nowego Dziennika" wyróżnieni zostali: John Darnton, Michael Kaufman i A.M. Rosenthal z "The New York Times" oraz Andrew Nagorski z "Newsweek". Medale wręczali – Maciej Wierzyński (Redaktor Naczelny "Nowego Dziennika" z panią Barbarą Wierzbiańską. Były piękne gratulacje, równie piękne podziękowania, nie zabrakło łez wzruszenia. 
A teraz już obiecane wrażenia. 
W salach koktajlowych tłoczno. Wokół Profesora Władysława Bartoszewskiego wianuszek gosci. Zabrakło mi siły przebicia i zmarnowałem szansę na autograf i być może nawet zdjęcie z Panem Ministrem. Potem, na dole, w salach głównych szans już nie było. Publiczność, bardzo liczna, poprawia nastroje w "open bar" do godziny ósmej. Następnie przechodzimy do części oficjalnej. Film Ewy Nagórskiej pokazuje historię gazety. Rozpoczęciu projekcji towarzyszy lekka, ale wyczuwalna obawa zgromadzonych czy nie będzie to sztywnawa akademia "ku czci". Obawa nieuzasadniona. Film jest żywy, dowcipny i krótko puentuje co najistotniejsze w życiu "trzydziestolatka". 
Część oficjalna zawiera także niezbyt długie i sympatyczne wystąpienie Prof. Bartoszewskiego, które na żywo i znakomicie tłumaczy na angielski korespondent "Rzeczpospolitej" w USA, redaktor Krzysztof Darewicz. I tu właśnie zaczęła się już zabawa. Pan Profesor pomaga sobie kartkami z tekstem przemówienia. Początkowo operuje pojedynczymi zdaniami i Krzysztof Carewicz nie ma kłopotu z tłumaczeniem. Po chwili następują jednak dłuższe sekwencje i tłumacz musi zajrzeć do kartek, a szanowny mówca karteczki za siebie. Robi się troszkę scenka jak z kabaretu, Profesor karteczki myk za siebie, a pan Krzysio je wydobywa do światła i szybciutko tłumaczy. Po kilku podejściach mamy całość przetłumaczoną i salę rozbawioną. Nie na darmo pan Darewicz szlifował formę w kabarecie polskim w Waszyngtonie, którego inicjatorką i głową jest pani Kaya Mirecka Ploss. O występie tegoż Kabaretu doniosę Państwu uprzejme w następnym numerze "Teraz", … jeśli dostanę od państwa Darewiczów obiecane zdjęcia.
Rozpoczęła się zabawa. Jan Pietrzak na estradzie wesoły i nostalgiczny. Gra wspaniale do obiadu i do tańca The Howard Fishman Quartet. A na sali kwiat młodzieży z tamtych lat. Bogate suknie pań, eleganccy panowie. Wykwintne dania i napitki.
 
Spotkanie pierwsze – Krzysztof Medyna, słynny muzyk. 
Dzielimy stolik z parą architektów, Bogdanem i Aliną Klisiewicz. Witają się z nobliwym, a skromnym panem. To Krzysztof Medyna. Znany polski saksofonista. Wspólne zdjęcia. I niespodzianka – pan Krzysztof wręcza nam swoją płytę CD. Prosimy o dedykację. Mistrzu, słuchaliśmy w nocy, zaraz po powrocie z balu. Piękna wizytówka muzyczna. Dzięki przepastne!


Red. Maciej Wierzyński z autorem
Spotkanie drugie – Maciej Wierzyński, Redaktor Naczelny "Nowego Dziennika".
 Gdy Naczelny objął "Nowy Dziennik" miałem poważne podejrzenie, czy to ten Wierzyński. Znany dziennikarz, a do tego mój sąsiad z ulicy Włościańskiej na Żoliborzu. Miałem sprawdzić, ale czas leciał i nie było okazji. Stoi z mikrofonem na estradzie, przemawia po polsku i po angielsku. Ten sam i nic się nie zmienił, no może troszkę… dojrzał. Na balu osobistości stale otoczone wianuszkiem wielbicieli, jednak wiara czyni cuda, znalazła się luka. Panie Macieju - pytam - czy mieszkał Pan na Włościańskiej pod drugim? Tak, mieszkanie numer trzynaście. Ja piętro wyżej, pod dziewiętnastym, nad panem - ogłaszam triumfalnie!
Rany Boskie, sąsiad z Włościańskiej! Wykonujemy "niedźwiedzia", wspólne zdjęcia i kilka serdecznych słów. Może kiedyś w tym zabieganym życiu znajdziemy czas na chwilę wspomnień?
A oto jedno z nich, właśnie z Włościańskiej. Na samym początku Grudnia 1981 utworzyliśmy komitet podwórkowy, a właściwie blokowy do pilnowania samochodów nocą. Kradli wtedy jak cholera. Wszystko - koła, akumulatory, całe auta. Był już grafik i zaczęły się dyżury. Po dwie osoby w nocy spacerowały po parkingu. Ciemno było jednak choć oko wykol. Trochę nieswojo. Ktoś "załatwił" z pracy kabel, ktoś inny łopaty, jeszcze inny latarnie i plan był gotowy - trzynastego Grudnia rano kopiemy rowy pod kabel. Rano, właśnie tuż po ogłoszeniu przez Jaruzela "stanu wojennego" wychodzimy niespiesznie na parking, są już łopaty, jest kabel. Kopiemy, pogadujemy. Co będzie dalej? Po schodkach, od bloku podchodzi niepewnie sąsiad, jeden z tych, co się przyłączą jak się uda – panowie, co tu się dzieje, czy to wolno kopać? Akurat byłem z brzegu – nie słyszał pan? Wojna, kazali kopać okopy. Chyłkiem, boczkiem, coraz szybciej, zniknął. Żart, może nie za wybitny, ale rozładował napięcie. Wszyscy się śmieją. 

Spotkanie trzecie – Jan Pietrzak, mistrz kabaretu politycznego i pani Wanda Lysikiewicz, mistrzyni parkietu w Hybrydach.
Panie Janeczku, za komuny to był kabaret polityczny, sami się pchali pod żądło! Teraz trudniej, ale paru niezłych zgrywusów ciągle się przy "waaadzy" znajdzie. Czyż nie? Piękne dzięki za piosenki i za dowcipy. Nie miał Pan łatwego zadania tego wieczoru. Wszyscy chcieli spotkać wszystkich. Trudno było o koncentrację uwagi. Nikt nie usiedział na miejscu. Lepszą publikę miał Pan następnego dnia w Filadelfii, nieprawdaż? 
Mimo oblężenia, udało nam się dopchać do Mistrza na moment, na parkiecie. Mam przygotowane, zaskoczę, zastrzelę, jestem z tamtych lat, kibic od początków. W Hybrydach Jan Pietrzak z Jonaszem Koftą. Poproszę o autograf, o zdjęcie, musi się udać. Udało się… częściowo. 
Z drugiej strony podeszła Pani, elegancka, urodziwa, mówi, że też z Hybryd. Pan Janek na to, że pewnie przychodziła z przedszkola, Pani topnieje serce, a ja, dzięki przytomności Zosi, zdobywam zdjęcie. Mistrz odpływa wśród tłumu wielbicieli. 
Z Panią Wandą królujemy na parkiecie w rock-and-rollu przez kilka minut, stara szkoła Hybryd i Stodoły nie rdzewieje. Czujemy się o ...dzieści lat młodsi. A dookoła pełno młodzieży z tamtych lat. Czyż to nie wspaniałe?

Gala trzydziestolecia powoli dobiega końca. Korpus dyplomatyczny już zniknął, nagrodzeni dziennikarze też żeglują w stronę wyjścia. Jeszcze dziękujemy, ściskamy, życzymy dobrej nocy i trzeba już jechać, do Filadelfii kawałek drogi. Do następnego spotkania!
A może do zobaczenia na balu pięciolecia miesięcznika "Teraz" w następnym roku, u nas w Filadelfii?

Krzysztof Kostkiewicz