Trzydziestolecie "Nowego Dziennika"
Relacja osobista
Krzysztof Kostkiewicz
Proszę Państwa, drodzy czytelnicy (ciągle z nadzieją, że ktoś mnie czyta!)
i cała reszta. Chcę Was poczęstować zupełnie inną relacją z bardzo ważnego
polonijnego wydarzenia gali trzydziestolecia "Nowego Dziennika" z Nowego
Jorku, największej gazety polskiej wydawanej poza granicami Polski. Inną,
bo opartą o wrażenia raczej niż fakty, o refleksje i wspomnienia, a nie
listę gości, znakomitych zresztą, i ich przemówienia, o króciutkie spotkania
z Maciejem Wierzyńskim, Janem Pietrzakiem, czy Krzysztofem Medyną.
Przed popadnięciem w dygresje serdeczne gratulacje, osobiste i od
naszego filadelfijskiego miesięcznika "Teraz" dla Bolesława Wierzbiańskiego,
Macieja Wierzyńskiego, całej Redakcji "Nowego Dziennika" za trzydzieści
lat walk i starań, za dostarczenie wielu tysięcy wydań gazety, która stała
się instytucją dla paru pokoleń polskich emigrantów.
Od czego tu zacząć? Może od początku? Tak, właśnie od początku. Redakcja
"Nowego Dziennika" przysłała nam e-mailowe zaproszenie do uczestnictwa
w celebracji trzydziestolecia. Zgodnie z instrukcją zadzwoniłem do pani
Ewy Kowalskiej, która troszczy się w Redakcji o pieniążki. I zaczęło się
zastanawianie. Sto pięćdziesiąt dolców od osoby to dość dużo. A do tego
"black tie". Czy wpuszczą w ciemnym garniturze? Jeszcze jeden telefon do
pani Ewy. Usłyszałem mój mąż też będzie w garniturze, a nie w smokingu,
bilety idą jak woda. Zdecydowaliśmy, że jedziemy! Okazja się nie powtórzy.
Ja mam ciemnogranatowy garnitur i muchę, dla Zosi kupujemy długą, balową
spódnicę z bluzką, biżuteria musi pozostać "stara". Wysyłam czek. Po kilku
dniach zaproszenia są w poczcie. Pięknie zaprojektowane i wydrukowane.
A w środku znakomite nazwiska. Na galę nagród prasowych zapraszają: "Nowy
Dziennik", Jego Ekscelencja Władysław Bartoszewski, były Minister Spraw
Zagranicznych Polski oraz The International Committee of Journalism. Impreza
wystartuje koktajlem o godzinie siódmej wieczorem, w Sobotę, 23 Lutego
roku 2002, w salach Het Super Lub tuż obok Broadway, a poprowadzi Jan Pietrzak!
Jeszcze, z dziennikarskiego obowiązku, wymienię nagrodzonych i obecnych
na gali znakomitych dziennikarzy amerykańskich. Za wybitne osiągnięcia
w relacjonowaniu spraw polskich, w czasach walki Polaków o demokrację,
medalami trzydziestolecia "Nowego Dziennika" wyróżnieni zostali: John Darnton,
Michael Kaufman i A.M. Rosenthal z "The New York Times" oraz Andrew Nagorski
z "Newsweek". Medale wręczali Maciej Wierzyński (Redaktor Naczelny "Nowego
Dziennika" z panią Barbarą Wierzbiańską. Były piękne gratulacje, równie
piękne podziękowania, nie zabrakło łez wzruszenia.
A teraz już obiecane wrażenia.
W salach koktajlowych tłoczno. Wokół Profesora Władysława Bartoszewskiego
wianuszek gosci. Zabrakło mi siły przebicia i zmarnowałem szansę na autograf
i być może nawet zdjęcie z Panem Ministrem. Potem, na dole, w salach głównych
szans już nie było. Publiczność, bardzo liczna, poprawia nastroje w "open
bar" do godziny ósmej. Następnie przechodzimy do części oficjalnej. Film
Ewy Nagórskiej pokazuje historię gazety. Rozpoczęciu projekcji towarzyszy
lekka, ale wyczuwalna obawa zgromadzonych czy nie będzie to sztywnawa akademia
"ku czci". Obawa nieuzasadniona. Film jest żywy, dowcipny i krótko puentuje
co najistotniejsze w życiu "trzydziestolatka".
Część oficjalna zawiera także niezbyt długie i sympatyczne wystąpienie
Prof. Bartoszewskiego, które na żywo i znakomicie tłumaczy na angielski
korespondent "Rzeczpospolitej" w USA, redaktor Krzysztof Darewicz. I tu
właśnie zaczęła się już zabawa. Pan Profesor pomaga sobie kartkami z tekstem
przemówienia. Początkowo operuje pojedynczymi zdaniami i Krzysztof Carewicz
nie ma kłopotu z tłumaczeniem. Po chwili następują jednak dłuższe sekwencje
i tłumacz musi zajrzeć do kartek, a szanowny mówca karteczki za siebie.
Robi się troszkę scenka jak z kabaretu, Profesor karteczki myk za siebie,
a pan Krzysio je wydobywa do światła i szybciutko tłumaczy. Po kilku podejściach
mamy całość przetłumaczoną i salę rozbawioną. Nie na darmo pan Darewicz
szlifował formę w kabarecie polskim w Waszyngtonie, którego inicjatorką
i głową jest pani Kaya Mirecka Ploss. O występie tegoż Kabaretu doniosę
Państwu uprzejme w następnym numerze "Teraz",
jeśli dostanę od państwa
Darewiczów obiecane zdjęcia.
Rozpoczęła się zabawa. Jan Pietrzak na estradzie wesoły i nostalgiczny.
Gra wspaniale do obiadu i do tańca The Howard Fishman Quartet. A na sali
kwiat młodzieży z tamtych lat. Bogate suknie pań, eleganccy panowie. Wykwintne
dania i napitki.
Spotkanie pierwsze Krzysztof Medyna, słynny muzyk.
Dzielimy stolik z parą architektów, Bogdanem i Aliną Klisiewicz. Witają
się z nobliwym, a skromnym panem. To Krzysztof Medyna. Znany polski saksofonista.
Wspólne zdjęcia. I niespodzianka pan Krzysztof wręcza nam swoją płytę
CD. Prosimy o dedykację. Mistrzu, słuchaliśmy w nocy, zaraz po powrocie
z balu. Piękna wizytówka muzyczna. Dzięki przepastne!
Red. Maciej Wierzyński z autorem
|
Spotkanie drugie Maciej Wierzyński, Redaktor Naczelny
"Nowego Dziennika".
Gdy Naczelny objął "Nowy Dziennik" miałem poważne podejrzenie,
czy to ten Wierzyński. Znany dziennikarz, a do tego mój sąsiad z ulicy
Włościańskiej na Żoliborzu. Miałem sprawdzić, ale czas leciał i nie było
okazji. Stoi z mikrofonem na estradzie, przemawia po polsku i po angielsku.
Ten sam i nic się nie zmienił, no może troszkę
dojrzał. Na balu osobistości
stale otoczone wianuszkiem wielbicieli, jednak wiara czyni cuda, znalazła
się luka. Panie Macieju - pytam - czy mieszkał Pan na Włościańskiej pod
drugim? Tak, mieszkanie numer trzynaście. Ja piętro wyżej, pod dziewiętnastym,
nad panem - ogłaszam triumfalnie! |
Rany Boskie, sąsiad z Włościańskiej! Wykonujemy "niedźwiedzia", wspólne
zdjęcia i kilka serdecznych słów. Może kiedyś w tym zabieganym życiu znajdziemy
czas na chwilę wspomnień?
A oto jedno z nich, właśnie z Włościańskiej. Na samym początku Grudnia
1981 utworzyliśmy komitet podwórkowy, a właściwie blokowy do pilnowania
samochodów nocą. Kradli wtedy jak cholera. Wszystko - koła, akumulatory,
całe auta. Był już grafik i zaczęły się dyżury. Po dwie osoby w nocy spacerowały
po parkingu. Ciemno było jednak choć oko wykol. Trochę nieswojo. Ktoś "załatwił"
z pracy kabel, ktoś inny łopaty, jeszcze inny latarnie i plan był gotowy
- trzynastego Grudnia rano kopiemy rowy pod kabel. Rano, właśnie tuż po
ogłoszeniu przez Jaruzela "stanu wojennego" wychodzimy niespiesznie na
parking, są już łopaty, jest kabel. Kopiemy, pogadujemy. Co będzie dalej?
Po schodkach, od bloku podchodzi niepewnie sąsiad, jeden z tych, co się
przyłączą jak się uda panowie, co tu się dzieje, czy to wolno kopać?
Akurat byłem z brzegu nie słyszał pan? Wojna, kazali kopać okopy. Chyłkiem,
boczkiem, coraz szybciej, zniknął. Żart, może nie za wybitny, ale rozładował
napięcie. Wszyscy się śmieją.
Spotkanie trzecie Jan Pietrzak, mistrz kabaretu politycznego i pani
Wanda Lysikiewicz, mistrzyni parkietu w Hybrydach.
Panie Janeczku, za komuny to był kabaret polityczny, sami się pchali
pod żądło! Teraz trudniej, ale paru niezłych zgrywusów ciągle się przy
"waaadzy" znajdzie. Czyż nie? Piękne dzięki za piosenki i za dowcipy. Nie
miał Pan łatwego zadania tego wieczoru. Wszyscy chcieli spotkać wszystkich.
Trudno było o koncentrację uwagi. Nikt nie usiedział na miejscu. Lepszą
publikę miał Pan następnego dnia w Filadelfii, nieprawdaż?
Mimo oblężenia, udało nam się dopchać do Mistrza na moment, na parkiecie.
Mam przygotowane, zaskoczę, zastrzelę, jestem z tamtych lat, kibic od początków.
W Hybrydach Jan Pietrzak z Jonaszem Koftą. Poproszę o autograf, o zdjęcie,
musi się udać. Udało się
częściowo.
Z drugiej strony podeszła Pani, elegancka, urodziwa, mówi, że też z
Hybryd. Pan Janek na to, że pewnie przychodziła z przedszkola, Pani topnieje
serce, a ja, dzięki przytomności Zosi, zdobywam zdjęcie. Mistrz odpływa
wśród tłumu wielbicieli.
Z Panią Wandą królujemy na parkiecie w rock-and-rollu przez kilka minut,
stara szkoła Hybryd i Stodoły nie rdzewieje. Czujemy się o ...dzieści lat
młodsi. A dookoła pełno młodzieży z tamtych lat. Czyż to nie wspaniałe?
Gala trzydziestolecia powoli dobiega końca. Korpus dyplomatyczny już
zniknął, nagrodzeni dziennikarze też żeglują w stronę wyjścia. Jeszcze
dziękujemy, ściskamy, życzymy dobrej nocy i trzeba już jechać, do Filadelfii
kawałek drogi. Do następnego spotkania!
A może do zobaczenia na balu pięciolecia miesięcznika "Teraz" w następnym
roku, u nas w Filadelfii?
Krzysztof Kostkiewicz |