Inspiracja anonimem
Andrzej Jacyna
Otrzymałem ostatnio list nie podpisany, od kogoś oburzonego tym, że
czuje się - cytuję - jakby mu "wciskano kit". Dotyczy on oceny transformacji
ustrojowej. Poza listem znalazły się w kopercie wycinki z gazety, która
- według mnie - reprezentuje szczyty spiskowego oszołomstwa. Autor czy
autorka listu poza licznymi - częściowo zresztą słusznymi zarzutami o korupcję,
prywatę, nieuczciwość i nieudolność pod adresem kolejnych rządów - zarzuca
im między innymi zrujnowanie PGR-ów i pozbawienie bardzo licznej rzeszy
ich pracowników środków do życia. Na końcu poleca mi dostarczyć list pewnemu
profesorowi ekonomii na Uniwersytecie Villanova.
Na ogół anonimy wyrzucam do kosza. Tym listem też nie zamierzam się
zajmować, ale podsunął mi temat, którego jeszcze nie poruszałem, mianowicie
upadłych PGR-ów.
Na wstępie moich rozważań kategorycznie stwierdzam, że Państwowe Gospodarstwa
Rolne poza nielicznymi wyjątkami były szkołą złodziejstwa, złej roboty
i marnotrawstwa. Powstanie ich w ramach realnego socjalizmu miało podłoże
głównie polityczne i - jak w tym ustroju było - realizacja celów politycznych
była przeprowadzana bez względu na koszty. Jednak czy gospodarka rolna
na dużym areale, mająca zaplecze techniczno-materiałowe, doświadczone kadry
i opierająca się ściśle na rachunku ekonomicznym nie jest bardziej efektywna
niż rozdrobnione gospodarstwa indywidualne. Nie ulega wątpliwości, że tak
i nieliczne PGR-y te kryteria spełniały. Jednak - czym znający realia ustrojowe
PRL-u nie powinni się dziwić - dyrektorzy tych właśnie wzorowych przedsiębiorstw
byli podejrzani, obcinano im różnego rodzaju przydziały, gdyż wolny rynek
nie istniał, w rodzaju maszyn, sprzętu, nawozów, itp.
Pracownicy PGR-ów byli chyba najbardziej zdemoralizowaną grupą pracowniczą
w Polsce Ludowej. Pijaństwo i złodziejstwo było na porządku dziennym. Ponieważ
ryba zaczyna psuć się od głowy, najgorzej było wśród kadr kierowniczych,
wśród których znajdowało wielu zesłanych za najrozmaitsze przewinienia
pomniejszych partyjnych notabli, oczywiście bez żadnych kwalifikacji. Ci
jednak przymykali oko na występki swoich pracowników. Etyka pracy na wsi
stojąca wyżej niż w miastach, w PGR-ach praktycznie nie istniała. Gniły
nie zebrane plony, mokło w deszczu siano, niszczał sprzęt, ale nikogo to
nie obchodziło. Pracuje się osiem godzin - teoretycznie - i ani chwili
dłużej. Zastrzegam - były wyjątki, jak np. mój kolega inżynier rolnik rozmiłowany
w swoim zawodzie, od którego wiele dowiedziałem się na omawiany temat.
Najlepszym dowodem na brak wydajności i marnotrawstwo gospodarki rolnej
PRL-u był fakt, że importowano blisko 20 milionów ton zboża rocznie. (Obecnie
sprowadzamy tylko takie zboża, których polski rolnik nie potrafi wyprodukować).
Wieś w tamtym czasie nie miała problemów ze sprzedażą swoich produktów,
bez względu na niską jakość i wysoką cenę. Rolnicy nie oszczędzali wówczas
pieniędzy, gdyż inflacja zjadała natychmiast ich wartość, natomiast kupowano
bez względu na potrzeby wszystko, co udało się kupić. Pamiętam pochowane
po stodołach komplety mebli, sprzęt domowy, pralki, lodówki, telewizory,
motocykle, rowery, itp. Inflacja zjadała także spłaty kredytów wziętych
w latach 70-ych, co wieś przyjmowała z zadowoleniem. Wartość kredytu wziętego
przed laty na budowę chlewni można było wówczas spłacić sprzedając dwie
świnie.
Reforma ustrojowa rozpoczęła się przy kompletnie ogołoconym rynku,
szalejącej inflacji i dezorganizowanej strajkami i brakiem zaopatrzenia
produkcji. Eksperyment ekipy Balcerowicza - co należy pamiętać- był pierwszą
na świecie próbą zamiany księżycowej gospodarki realnego socjalizmu na
normalną gospodarkę rynkową z prywatną własnością środków produkcji, giełdą,
rynkiem kapitałowym. Był to eksperyment niesłychanie trudny i obarczony
wielkim ryzykiem. Nawet mówiono, że o ile upaństwowienie po wojnie można
przyrównać do zrobienia z ryby zupy rybnej to teraz należy z zupy rybnej
zrobić rybę. Nic więc dziwnego, że nie uniknięto błędów, choć sam początek
transformacji można uznać za błyskotliwy sukces. Nasz kraj był pozbawiony
kapitału - złotówka nie była przecież walutą - majątek narodowy przestarzały
i zdewastowany, i można dodać, że niekompatybilny z krajami zachodnimi,
brakowało kadr dla powstających nowych sektorów gospodarki. Mówienie, że
w momencie transformacji Polska była bogata, jest czystą demagogią. Nasz
zakłady produkcyjne pomimo dużej wartości księgowej na rynku były niewiele
warte, miały olbrzymie przerosty zatrudnienia i - jak mówiono w kabaretach
- produkowały szmelc na magazyn. Wydajność polskiego robotnika była 7 razy
niższa niż niemieckiego, co wynikało nie tylko z jego stosunku do pracy,
ale z braku odpowiedniego sprzętu i złej organizacji.
Chłop na swoim pracował znacznie lepiej - o pracownikach PGR-ów już
mówiłem - ale nie musiał się zbytnio wysilać, gdyż rynek przyjmował wszystko
po każdej cenie.
Transformacja - niestety niedokończona - była kosztowna i bolesna,
ale rachunek ekonomiczny jest bezlitosny. Poziom życia spadł o 40%, pojawili
się bezrobotni, ale największe koszty zapłaciła wieś. Otwarcie się Polski
na gospodarkę światową zaowocowało strumieniem tanich towarów, co cieszyło
zubożałych konsumentów. Natomiast produkujący źle i drogo rolnicy zaczęli
mieć trudności ze sprzedażą swego towaru. Okazało się nagle, że jesteśmy
żywnościowo samowystarczalni. Dodatkowo urealnienie wartości pieniądza
spowodowało, że ci, co wzięli kredyty w latach osiemdziesiątych, zaczęli
mieć kłopoty z ich spłacaniem. Ponieważ Balcerowicz nie kazał zamknąć granic
przed importem i nie umorzył wziętych kredytów, stał się dla naszej wsi
wrogiem numer jeden.
Gdyby autorzy transformacji zamknęliby granice przed importem, nie
byłoby siły, aby zmusić polską wieś do konkurencji z produkcją rolników
zachodnich. Trzeba było wykonać ten skok na głęboką wodę. Spora część rolników
jakoś sobie radzi w nowych warunkach, ale wszyscy się na tym rynku nie
zmieszczą.
Jednak w sprawie PGR-ów popełniono błąd pozwalając im upaść i pozbawiając
wszelkiej pomocy. Skoro EWG ma od lat dotowane rolnictwo, wiadomo było,
że bez dotacji nawet najlepsze PGR-y sobie nie poradzą. Należało zrobić
przegląd wszystkich Państwowych Gospodarstw Rolnych i dać im pewien czas
na restrukturyzację, nawet kosztem dotacji, których nie skąpiono i do dziś
się nie skąpi państwowemu przemysłowi.
Trzeba było - teraz każdy mądry - w tym czasie zracjonalizować i zdyscyplinować
zatrudnienie w PGR-ach i oprzeć ich działalność na ścisłym rachunku ekonomicznym.
Po roku, dwóch a nawet trzech latać dokonać przeglądu; dobre i rokujące
nadzieje sprzedać w prywatne ręce, nawet na kredyt spółkom pracowniczym,
a dopuścić do bankructwa te, które nie potrafiły sobie poradzić i nadal
przynoszą wielkie straty. Bankructwa powinny dokonywać się pod ścisłą kontrolą,
aby ta część majątku, która jest coś warta, nie uległa zniszczeniu, lub
nie została rozkradziona. W ten sposób część mieszkańców popegieerowskich
wsi znalazłaby zatrudnienie, ale w zamian musiałaby solidnie pracować i
się dokształcać.
Jest to jednak już musztarda po obiedzie. Stało się inaczej i straty
są nie do odrobienia. Najważniejszą dzisiaj sprawą jest edukacja dzieci
wiejskich, szczególnie we wsiach popegieerowskich, aby nie odziedziczyły
biedy i stylu życia swoich rodziców. Działania rządu w tej sprawie powinna
wesprzeć jakaś specjalna organizacja społeczna.
Nasi chłopi doskonale umieją liczyć. Biadolą, grożą chcąc, aby jak
największy strumień państwowych pieniędzy skierować na wieś. Jestem jednak
przekonany, że zmuszeni sytuacją potrafią doskonale konkurować z Zachodem.
Ale w tym celu muszą podnieść swoje kwalifikacje. W tej dziedzinie powinno
pomóc państwo i zacząć budować na wsi przyzwoitą infrastrukturę edukacyjną
i zapewnić fachowych nauczycieli. Z drugiej strony lepiej promować znakomitą
polską żywność, która już dziś sprzedaje się na Zachodzie.
Wieś polska nie jest aż tak biedna, jak się mówi, chociaż jest wiele
rodzin żyjących w nędzy, szczególnie wielodzietnych. W latach pięćdziesiątych
była znacznie biedniejsza szczególnie na Podkarpaciu. Niejednokrotnie przez
całą zimę jadano ziemniaki z kiszoną kapustą a buty nosiło się tylko do
kościoła. Dlatego nie słuchajmy demagogów, którzy mówią o zagrożeniu biologicznego
bytu polskiej wsi. Kraj, w którym pracuje pół miliona gastarbeiterów nie
może być taki biedny.
Na zakończenie pragnę dodać, że nie mogę już słuchać o stopach procentowych.
Niech nasz rząd zracjonalizuje wydatki, przestanie pożyczać pieniądze z
banków na wysokie procenty, to i Rada Polityki Pieniężnej stopy obniży
do racjonalnej wysokości. Na razie broni nas przed szaleństwem rządzących.
Andrzej Jacyna |