Philadelphia  -  Atlantic City  -  Trenton -  Wilmington








Nr 33, Marzec 2002
str. 34 - Inspiracja anonimem. Andrzej Jacyna
Inspiracja anonimem
Andrzej Jacyna

Otrzymałem ostatnio list nie podpisany, od kogoś oburzonego tym, że czuje się - cytuję - jakby mu "wciskano kit". Dotyczy on oceny transformacji ustrojowej. Poza listem znalazły się w kopercie wycinki z gazety, która - według mnie - reprezentuje szczyty spiskowego oszołomstwa. Autor czy autorka listu poza licznymi - częściowo zresztą słusznymi zarzutami o korupcję, prywatę, nieuczciwość i nieudolność pod adresem kolejnych rządów - zarzuca im między innymi zrujnowanie PGR-ów i pozbawienie bardzo licznej rzeszy ich pracowników środków do życia. Na końcu poleca mi dostarczyć list pewnemu profesorowi ekonomii na Uniwersytecie Villanova.
Na ogół anonimy wyrzucam do kosza. Tym listem też nie zamierzam się zajmować, ale podsunął mi temat, którego jeszcze nie poruszałem, mianowicie upadłych PGR-ów.
Na wstępie moich rozważań kategorycznie stwierdzam, że Państwowe Gospodarstwa Rolne poza nielicznymi wyjątkami były szkołą złodziejstwa, złej roboty i marnotrawstwa. Powstanie ich w ramach realnego socjalizmu miało podłoże głównie polityczne i - jak w tym ustroju było - realizacja celów politycznych była przeprowadzana bez względu na koszty. Jednak czy gospodarka rolna na dużym areale, mająca zaplecze techniczno-materiałowe, doświadczone kadry i opierająca się ściśle na rachunku ekonomicznym nie jest bardziej efektywna niż rozdrobnione gospodarstwa indywidualne. Nie ulega wątpliwości, że tak i nieliczne PGR-y te kryteria spełniały. Jednak - czym znający realia ustrojowe PRL-u nie powinni się dziwić - dyrektorzy tych właśnie wzorowych przedsiębiorstw byli podejrzani, obcinano im różnego rodzaju przydziały, gdyż wolny rynek nie istniał, w rodzaju maszyn, sprzętu, nawozów, itp.
Pracownicy PGR-ów byli chyba najbardziej zdemoralizowaną grupą pracowniczą w Polsce Ludowej. Pijaństwo i złodziejstwo było na porządku dziennym. Ponieważ ryba zaczyna psuć się od głowy, najgorzej było wśród kadr kierowniczych, wśród których znajdowało wielu zesłanych za najrozmaitsze przewinienia pomniejszych partyjnych notabli, oczywiście bez żadnych kwalifikacji. Ci jednak przymykali oko na występki swoich pracowników. Etyka pracy na wsi stojąca wyżej niż w miastach, w PGR-ach praktycznie nie istniała. Gniły nie zebrane plony, mokło w deszczu siano, niszczał sprzęt, ale nikogo to nie obchodziło. Pracuje się osiem godzin - teoretycznie - i ani chwili dłużej. Zastrzegam - były wyjątki, jak np. mój kolega inżynier rolnik rozmiłowany w swoim zawodzie, od którego wiele dowiedziałem się na omawiany temat.
Najlepszym dowodem na brak wydajności i marnotrawstwo gospodarki rolnej PRL-u był fakt, że importowano blisko 20 milionów ton zboża rocznie. (Obecnie sprowadzamy tylko takie zboża, których polski rolnik nie potrafi wyprodukować). Wieś w tamtym czasie nie miała problemów ze sprzedażą swoich produktów, bez względu na niską jakość i wysoką cenę. Rolnicy nie oszczędzali wówczas pieniędzy, gdyż inflacja zjadała natychmiast ich wartość, natomiast kupowano bez względu na potrzeby wszystko, co udało się kupić. Pamiętam pochowane po stodołach komplety mebli, sprzęt domowy, pralki, lodówki, telewizory, motocykle, rowery, itp. Inflacja zjadała także spłaty kredytów wziętych w latach 70-ych, co wieś przyjmowała z zadowoleniem. Wartość kredytu wziętego przed laty na budowę chlewni można było wówczas spłacić sprzedając dwie świnie.
Reforma ustrojowa rozpoczęła się przy kompletnie ogołoconym rynku, szalejącej inflacji i dezorganizowanej strajkami i brakiem zaopatrzenia produkcji. Eksperyment ekipy Balcerowicza - co należy pamiętać- był pierwszą na świecie próbą zamiany księżycowej gospodarki realnego socjalizmu na normalną gospodarkę rynkową z prywatną własnością środków produkcji, giełdą, rynkiem kapitałowym. Był to eksperyment niesłychanie trudny i obarczony wielkim ryzykiem. Nawet mówiono, że o ile upaństwowienie po wojnie można przyrównać do zrobienia z ryby zupy rybnej to teraz należy z zupy rybnej zrobić rybę. Nic więc dziwnego, że nie uniknięto błędów, choć sam początek transformacji można uznać za błyskotliwy sukces. Nasz kraj był pozbawiony kapitału - złotówka nie była przecież walutą - majątek narodowy przestarzały i zdewastowany, i można dodać, że niekompatybilny z krajami zachodnimi, brakowało kadr dla powstających nowych sektorów gospodarki. Mówienie, że w momencie transformacji Polska była bogata, jest czystą demagogią. Nasz zakłady produkcyjne pomimo dużej wartości księgowej na rynku były niewiele warte, miały olbrzymie przerosty zatrudnienia i - jak mówiono w kabaretach - produkowały szmelc na magazyn. Wydajność polskiego robotnika była 7 razy niższa niż niemieckiego, co wynikało nie tylko z jego stosunku do pracy, ale z braku odpowiedniego sprzętu i złej organizacji. 
Chłop na swoim pracował znacznie lepiej - o pracownikach PGR-ów już mówiłem - ale nie musiał się zbytnio wysilać, gdyż rynek przyjmował wszystko po każdej cenie.
Transformacja - niestety niedokończona - była kosztowna i bolesna, ale rachunek ekonomiczny jest bezlitosny. Poziom życia spadł o 40%, pojawili się bezrobotni, ale największe koszty zapłaciła wieś. Otwarcie się Polski na gospodarkę światową zaowocowało strumieniem tanich towarów, co cieszyło zubożałych konsumentów. Natomiast produkujący źle i drogo rolnicy zaczęli mieć trudności ze sprzedażą swego towaru. Okazało się nagle, że jesteśmy żywnościowo samowystarczalni. Dodatkowo urealnienie wartości pieniądza spowodowało, że ci, co wzięli kredyty w latach osiemdziesiątych, zaczęli mieć kłopoty z ich spłacaniem. Ponieważ Balcerowicz nie kazał zamknąć granic przed importem i nie umorzył wziętych kredytów, stał się dla naszej wsi wrogiem numer jeden.
Gdyby autorzy transformacji zamknęliby granice przed importem, nie byłoby siły, aby zmusić polską wieś do konkurencji z produkcją rolników zachodnich. Trzeba było wykonać ten skok na głęboką wodę. Spora część rolników jakoś sobie radzi w nowych warunkach, ale wszyscy się na tym rynku nie zmieszczą.
Jednak w sprawie PGR-ów popełniono błąd pozwalając im upaść i pozbawiając wszelkiej pomocy. Skoro EWG ma od lat dotowane rolnictwo, wiadomo było, że bez dotacji nawet najlepsze PGR-y sobie nie poradzą. Należało zrobić przegląd wszystkich Państwowych Gospodarstw Rolnych i dać im pewien czas na restrukturyzację, nawet kosztem dotacji, których nie skąpiono i do dziś się nie skąpi państwowemu przemysłowi. 
Trzeba było - teraz każdy mądry - w tym czasie zracjonalizować i zdyscyplinować zatrudnienie w PGR-ach i oprzeć ich działalność na ścisłym rachunku ekonomicznym. Po roku, dwóch a nawet trzech latać dokonać przeglądu; dobre i rokujące nadzieje sprzedać w prywatne ręce, nawet na kredyt spółkom pracowniczym, a dopuścić do bankructwa te, które nie potrafiły sobie poradzić i nadal przynoszą wielkie straty. Bankructwa powinny dokonywać się pod ścisłą kontrolą, aby ta część majątku, która jest coś warta, nie uległa zniszczeniu, lub nie została rozkradziona. W ten sposób część mieszkańców popegieerowskich wsi znalazłaby zatrudnienie, ale w zamian musiałaby solidnie pracować i się dokształcać.
Jest to jednak już musztarda po obiedzie. Stało się inaczej i straty są nie do odrobienia. Najważniejszą dzisiaj sprawą jest edukacja dzieci wiejskich, szczególnie we wsiach popegieerowskich, aby nie odziedziczyły biedy i stylu życia swoich rodziców. Działania rządu w tej sprawie powinna wesprzeć jakaś specjalna organizacja społeczna.
Nasi chłopi doskonale umieją liczyć. Biadolą, grożą chcąc, aby jak największy strumień państwowych pieniędzy skierować na wieś. Jestem jednak przekonany, że zmuszeni sytuacją potrafią doskonale konkurować z Zachodem. Ale w tym celu muszą podnieść swoje kwalifikacje. W tej dziedzinie powinno pomóc państwo i zacząć budować na wsi przyzwoitą infrastrukturę edukacyjną i zapewnić fachowych nauczycieli. Z drugiej strony lepiej promować znakomitą polską żywność, która już dziś sprzedaje się na Zachodzie. 
Wieś polska nie jest aż tak biedna, jak się mówi, chociaż jest wiele rodzin żyjących w nędzy, szczególnie wielodzietnych. W latach pięćdziesiątych była znacznie biedniejsza szczególnie na Podkarpaciu. Niejednokrotnie przez całą zimę jadano ziemniaki z kiszoną kapustą a buty nosiło się tylko do kościoła. Dlatego nie słuchajmy demagogów, którzy mówią o zagrożeniu biologicznego bytu polskiej wsi. Kraj, w którym pracuje pół miliona gastarbeiterów nie może być taki biedny.
Na zakończenie pragnę dodać, że nie mogę już słuchać o stopach procentowych. Niech nasz rząd zracjonalizuje wydatki, przestanie pożyczać pieniądze z banków na wysokie procenty, to i Rada Polityki Pieniężnej stopy obniży do racjonalnej wysokości. Na razie broni nas przed szaleństwem rządzących. 

Andrzej Jacyna