Philadelphia  -  Atlantic City  -  Trenton -  Wilmington








Nr 33, Marzec 2002
str. 32 - Psychoza. Walter Hofman
Psychoza
Walter Hofman

Od kilku dni, przed świętem dziękczynienia, byliśmy z żoną bardzo podnieceni. W czwartek rano, a więc w dzień samego święta, lecimy do naszego syna w Providence, w stanie Rhode Insland. Sam lot powinien trwać nieco ponad godzinę. Dodając do tego obowiązkowe dwie godziny przed odlotem, oraz dojazd z naszego półwyspu na lotnisko w Baltimore, to i tak powiniśmy zaoszczędzić sporo czasu w stosunku do podroży samochodem. Żona od czasu do czasu wyrażała swoje obawy przed samym lotem. Ale nie miało to nic wspólnego z ogólną sytuacją antyterrorystyczną. Była to po prostu zwykła, ludzka obawa. A kiedy syn próbował przez telefon uspakajać mamę, że to zaledwie godzina lotu, żona natychmiast replikowała: "przecież ci w Nowym Jorku, w powietrzu byli zaledwie niecałe dwie minuty, i co? Została po nich tylko pamięć wśród najbliższych". 
Tak naprawdę trudno było się nie zgodzić, z tą argumentacją. Tym bardziej, kiedy nie można się zaliczyć do grona, "orłów podniebnych lotów". Ale zgodnie ze swoją życiową dewizą (myśl pozytywnie!), próbowałem natychmiast wytłumaczyć żonie wyższość myślenia pozytywnego nad myśleniem negatywnym, (które w wielu przypadkach ma charakter destrukcyjny). Niestety, ilekroć wybieram się z tego typu mądrościami do mojej żony, zapominam po prostu, że ona zna moje poglądy na życie już od trzydziestu pięciu lat. Kończy się to zawsze w ten sam sposób:" No pewnie. Ciebie, to kompletnie nic nie obchodzi. Ty z niczym i nigdy nie masz problemu"
Niestety, do takich szczęśliwców to ja nie należę.
Środowe wydanie, wieczornych wiadomości telewizyjnych niestety, nie było po mojej stronie. Informacje w swoim, na pewno niezamierzonym sceptycyźmie wydawały się pogłębiać złe samopoczucie żony. A i ja nie czułem się najlepiej. Przesuwające się przed naszymi oczami na ekranie telewizora dziesiątki kilometrów miejskich ulic, oraz setki kilometrów dróg szybkiego ruchu zalanych masą tysięcy samochodów z zapalonymi światłami tworzyły jedną, ogromna świetlną łunę, w której niewyobrażalnym było znaleźć miejsce chociażby na jeden, dodatkowy samochód. Powtarzające się informacje telewizyjnych komentatorów, że w ten świąteczny weekend w podróży znajduje się trzydzieści milionów Amerykanów. Z czego dwadzieścia sześć na drogach, zaś pozostałych cztery w powietrzu, podważało sensowność wyruszania z domu w ogóle. 
Ale, "słowo się rzekło, kobyła u płotu" a bilety w kieszeni. No, może nie zupełnie bilety, ponieważ mieliśmy jedynie internetowe potwierdzenie wykupionych i zarezerwowanych miejsc, co było zresztą równoznaczne, z biletami lotniczymi. 
FBI w ten sam wieczór dokonywało dodatkowych aresztowań, podejrzanych o współdziałanie z terrorystami. Zaś ci sami komentatorzy, nalegali, aby być, co najmniej trzy godziny przed odlotem na lotnisku. Nie wiem, czy tego typu informacje miały nas uspokoić. A może uzmysłowić wielkość siatki terrorystycznej na terenie Stanów Zjednoczonych. Ale ani jedno, ani drugie nie nastrajało optymistycznie. Szczególnie zaś przed podróżą lotniczą. 
Samolot, którym mamy lecieć, startuje o godzinie siódmej rano. Zgodnie z telewizyjnymi sugestiami, czas wyjazdu z domu skalkulowaliśmy na dużo wcześniejszy. Spodziewając się tłoku na drogach, wyruszyliśmy z domu o dwunastej trzydzieści nad ranem. Te pierwsze kilkadziesiąt mil, tak bardzo spokojnych i sennych, tłumaczyliśmy sobie naszym prowincjonalnym ruchem. Byliśmy z żoną pewni, że przed wjazdem na "Bay Bridge" sytuacja diametralnie się zmieni. Most przejechaliśmy równie spokojnie i bez tłoku, jak i pozostałą cześć drogi. Przede wszystkim, byliśmy zaniepokojeni losem naszej córki w podróży, która wraz z mężem i dziećmi jechała w odwiedziny do teściów mieszkających w Richmond, w stanie Virginia. Co prawda wieczorem mieliśmy z nią kontakt telefoniczny i wszystko było w porządku, a ruch na drodze, jak to określiła - normalny? Jednakże przed nimi był Washington, DC. Kiedy około pierwszej żona zadzwoniła do niej, byli już na miejscu i w łóżkach. Ich podróż, przebiegła spokojnie i szczęśliwie. Wskutek doskonałego humoru nasza droga ubywała bardzo szybko. Powiedziałbym, że niewspółmiernie szybciej do czasu, w jakim ją pokonywaliśmy.
O wpół do trzeciej dotarliśmy z parkingu do budynku lotniczego. Biorąc pod uwagę porę i fakt, że nie startował i nie lądował żaden samolot, to ilość pasażerów przebywających na lotnisku należało uznać za dość sporą. Równie spora była ilość uzbrojonych żołnierzy czuwających nad naszym bezpieczeństwem.
W głośnikach słychać było bez przerwy te sama informacje. "Pasażerowie zobowiązani są do przejścia przez punkt kontroli bezpieczeństwa lotów i lotniska. Każdy z podróżnych zobowiązany jest do okazania ważnego biletu, oraz dokumentu identyfikacyjnego ze zdjęciem. Pod żadnym pozorem nie należy pozostawiać bagażu bez opieki. Pozostawiony bagaż będzie usunięty przez służby lotniska, zaś za powstałe zniszczenia lotnisko nie ponosi odpowiedzialności" Tego typu informacje, oraz kręcący się żołnierze, niejednokrotnie ze znanej formacji wojskowej "MP" (Military Police), wprowadzały, że tak powiem, powagę chwili. Ludzie ustawieni w kolejkach ( wiele razy w niewłaściwych i niepotrzebnych) koczowali wprost na podłodze, trzymając pod głowami, rękami bądź nogami, swoje torby podróżne. Sam stałem w takich niepotrzebnych dwóch kolejkach, wierząc, że to ta, do "Security check point" Moja żona zmęczona niemiłosiernie, ze smutną miną i dokumentami w garści, miała już wszystkiego, serdecznie dosyć. Była to nasza trzecia kolejka i trzecia godzina wystawania. Sytuacja żywcem wyjęta z PRL-owskiego dworca PKP. Nareszcie! Po przebrnięciu, tych ważnych i nie ważnych, tych potrzebnych i nie potrzebnych kolejek, dotarliśmy do holu z właściwym numerem rękawa. (gate B14) Przed nami ostatnia już kolejka. Ostatnie legitymowanie - odprawa biletowa. Znaleźliśmy się w drugiej grupie wchodzących na pokład samolotu. Za nami dwie następne grupy. My, mamy prawo wyboru lepszych miejsc. Myślałem sceptycznie - Jakież to ma znaczenie?

Chmury i spokój
Za oknami, lodownie podświetlone promieniami wschodzącego słońca, chmury. Z wysokości trzydziestu tysięcy stop, nie widać telewizyjnych ekranów. Nie słychać podnieconych głosów komentatorów, przekazujących informacje. Tylko spokój i chmury. I jeszcze raz, błogi spokój.
Wśród tłumu oczekujących ludzi, żona pierwsza dostrzegła naszego syna. Widocznie intuicja matczynego serca, nakazuje patrzeć w odpowiednim kierunku. Nasze twarze, rozjaśnione szczęśliwym uśmiechem, sprawiały wrażenie spokojnych i wypoczętych. Zaś miniona noc, wraz z jej zmęczeniem i bezradnością, odsunęła się w zakamarki naszych wspomnień.
Przed sobotnim powrotem na nasz półwysep. Nie byliśmy ciekawi, żadnych, telewizyjnych wiadomości.

Walter Hofman