Kto wie?
Andrzej Niewinny Dobrowolski
Spotkany na osiedlowym parkingu, zwykle uśmiechnięty i rozmowny sąsiad,
Niemiec, przeszedł obok, udając, że mnie nie zauważył. "Kie licho?" - pomyślałem
- "czapka niewidka?"
"Dzień dobry, panie Steiner!" - zawołałem do pleców sąsiada w nadziei,
że mnie po prostu nie poznał w robionej na drutach wełnianej czapie z pomponem,
podchoinkowym prezencie od teściowej. Ale sąsiad nie zareagował. "Hmmm"
- dokończyłem myśl - "nic, tylko głos mi się od wczorajszego dopingowania
zmienił".
Wieczorem spotkaliśmy się, kiedy akurat wychodził z psem na spacer.
Wpadliśmy niemal na siebie, o niezauważeniu mowy być nie mogło. Jednak
minę miał inną niż zwykle, groźną, wręcz posępną, a nawet i pies, normalnie
podnoszący z zadowoleniem ogon na mój widok, jakby zażenowany spuścił łeb
i warknął nieprzyjaźnie. "No, no, coś jest nie tak. Źle albo, kto wie,
czy nawet nie jeszcze gorzej".
Wątpliwościami na temat dziwnej reakcji sąsiada podzieliłem się z żoną.
Wiadomo, kobieta prócz inteligencji ma jeszcze intuicję oraz rozum, łatwiej
się jej z problemami borykać. Niestety ten okazał się zbyt trudny nawet
dla niej. Podjęliśmy jeszcze kilka nieśmiałych prób zrozumienia nagłej
zmiany w postawie sympatycznego skądinąd sąsiada, ale niczego mądrego nie
wymyśliliśmy.
Rozwiązanie zagadki nastąpiło w sklepie warzywniczym, gdzie żona spotkała
panią Steinerową. Z początku niechętna na wyznania, w końcu uległa chytrym
i wyrafinowanie podchwytliwym pytaniom żony. Lata treningu na mojej osobie
o sobie znać dały, żeby się przy okazji zabawić kalamburem.
Ale tutaj nie o zabawę chodziło, a o sprawę jak najbardziej poważną.
Dotyczącą starcia się wartości, z których żartować zdecydowanie nie wypada.
Zwłaszcza jeśli żarty miałyby mieć miejsce z dala od ojczyzny i wszystkiego,
co się nam ze świętością kraju rodzinnego kojarzy. Gdyby pozwolić sobie
na nieco górnolotnie stwierdzenie, można by powiedzieć, że z racji znalezienia
się na kolizyjnym kursie zderzeniu uległy patriotyzm pana Steinera z moją
miłością do kraju przodków. Kością niezgody, jak trudno się było nie domyślić,
stał się nasz genialny skoczek, fenomen dwudziestego pierwszego wieku,
przykład skromności i źródło dobrego samopoczucia Polaków, Adam Małysz.
Według jednego ze znanych staroszkockich porzekadeł "Każda porażka
niesie ze sobą mniej więcej tyle samo korzyści, ile strat swoim zaistnieniem
wypiera." Śmiem twierdzić, że podobnie jak z porażką, rzecz ma się z sukcesem:
Też nie jest bez wad.
Zgadzam się, że brzemię skutków konfliktu pomiędzy psem pana Steinera
a mną trudno byłoby przedramatyzować, ale znajomy z Berlina zdążył mi już
donieść, że właściciel hotelu, w którym niezbyt oficjalnie pracował od
półtora roku, powiedział mu prosto i wyraźnie: "Wygra na Olimpiadzie ten
wasz Małysz z naszym, możesz się rozejrzeć za robotą gdzie indziej."
Myślę, że - jak we wszystkim - również w sukcesach umiar zdrowszy byłby
od przesady, a staranna reżyseria korzystniejsza od improwizacji. Za wzór
mógłby posłużyć scenariusz zawodów w Kuopio czy w Neustadt, gdzie jednego
dnia wygrywał zagraniczny gość Małysz, drugiego gospodarz. I sympatycznie,
i dyplomatycznie.
Konfrontując powyższą argumentację ze sferą emocji, proszę sobie tylko
przypomnieć reakcję na bezczelność własnego sąsiada, który nagle wyjechał
z garażu autem znacznie lepszym od naszego lub wybudował nad jeziorem domek,
na jaki nas w ogóle nie stać. Czy na pewno odczuwaliśmy wtedy tylko i wyłącznie
zachwyt oraz uznanie dla zaradniejszego bliźniego?
Nie chciałbym wykrakiwać czarnych proroctw, ale sądzę, że niezwykły
talent sportowca z Wisły przysparza nam satysfakcji oraz kłopotów z grubsza
i mniej więcej po równo.
Chyba że mądrości staroszkockich porzekadeł pozbawione są racji lub,
co gorsza, z wrodzonego braku szacunku do powagi sam je po kryjomu wymyślam.
Quién sabe?
Andrzej Niewinny Dobrowolski |